I dotarła do mnie kolejna produkcja Mahlerowska LSO i Valery'ego Gergieva. LSO absolutnie nie krytykuję, wprost przeciwnie -- brzmią dobrze. A Gergiev obejmuje prowadzenie na liście najszybszych znanych mi nagrań II Symfonii Gustava Mahlera. Może to powinna być konkurencja olimpijska? Obecnie:
1. Miejsce: Valery Gergiev (i LSO) 77'43"
2. Miejsce: Pierre Boulez (i Filharmonicy Wiedeńscy) 80'36"
3. Miejsce: Leonard Bernstein (1963, Filharmonicy Nowojorscy) 84'47"
4. Miejsce: Antoni Wit (i NOSPR) 85'10"
5. Miejsce: Riccardo Chailly (i Royal Concertgebouw) 87'55"
PS.
I co robić? Notkę przygotowałem przed dyskusją o czasie trwania Koncertów Brandenburskich u Pani Kierowniczki.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka bez muzyki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka bez muzyki. Pokaż wszystkie posty
piątek, 16 stycznia 2009
wtorek, 25 listopada 2008
Wydarzenia, ach wydarzenia
Nie raz już narzekałem na wielkie pragnienie organizatorów koncertów, by uczynić z nich ‘wydarzenia’. Koncert „w rocznicę”, „ku czci”, „ku pamięci” – w wersji dawniejszej (choć wciąż spotykanej). „Niezwykłe wydarzenie”, „rewolucja w rozumieniu stylu”, „coś, co na zawsze się zapisze w historii” -- w wersji nowszej. Jakoś budzi to we mnie niechęć.
Weźmy ostatnie koncerty, których echa notowałem na blogu. Na przykład w niedzielę, 16 listopada, Wenecka Orkiestra Barokowa grała Vivaldiego i Handla, a towarzyszyła jej Maria Espada. Bardzo dobry koncert, świetne wykonania, program może nie idealnie wykoncypowany, ale bardzo efektowny. I cieszę się, że ich zaproszono, ale po co były te słowa o ‘rewolucji w postrzeganiu baroku, która się dokona w tym kościele’? Zwłaszcza, że przecież mamy globalizację, że każdy może kupić ich płytę, że rok temu, w tym samym kościele grał zespół Il Giardino Armonico, który stylistycznie nie odbiega daleko od Weneckiej Orkiestry Barokowej? Jaka ‘rewolucja’? Dobry koncert, nawet bardzo, ale nie rewolucja! (Zostawiając nawet na boku niemiłe konotacje tego słowa.)
Albo ostatnia niedziela, ten sam ambitny i różnorodny festiwal, to samo pragnienie tworzenia ‘wydarzeń’ – prawykonanie utworu Aleksandra Lasonia, a do tego wybitni goście (The Hilliard Ensemble). „Na zawsze już będzie zapisane”, że dokonano prawykonania. Owszem, nie powiem, to nie jest rozwiązanie najgorsze (a w pamięci pojawia się dyskusja, czy prawykonanie zamówionego utworu nie byłoby dobrym uczczeniem Dnia Niepodległości) zwłaszcza, że Hilliardzi dobrze śpiewali. Ale czy te słowa w ogóle są potrzebne? Czy bez prawykonania byłby to zły koncert? Nieważny? Nieistotny? Przeciętny?
Jak dla mnie oczywiście nie, a wręcz przeciwnie – zbyt wiele blichtru szkodzi. W końcu słuchacz i tak zostaje sam na sam z muzyką (no dobrze: czasem ktoś szturcha łokciem, kicha, kaszle, wierci się – ta samotność w obliczu muzyki jest względna) – to ona musi go przekonać. To dzieło i wykonanie muszą się obronić – ani słowa uroczystego wstępu, ani zapewnienia o ‘wydarzeniu’ płynące z plakatu tego nie zrobią. A czy te wstępy pomagają w koncentracji? Czy mówią coś istotnego, co pomaga w interpretacji?
Koncert powinien być indywidualnym wydarzeniem – tak, to prawda. Ale to wydarzenie to osobista, intymna wręcz kwestia odbiorcy. Organizatorzy dobierając repertuar, wykonawców; wykonawcy śpiewając i grając mogą w tym oczywiście pomóc, ale nie zastąpią samego przeżycia. A już na pewno nie zrobią tego zapewnieniami o jego ‘wadze’.
PS.
1) Piszę o koncercie, bo właśnie na koncertach najczęściej zapewnia mnie się o tym, czy o tamtym. Że to ważne, piękne, wyjątkowe, a słuchacze są elitą – na przykład. Ale podobne ambicje to nie tylko kwestia koncertów muzycznych i choć tylko o muzyce pisałem, o innych dziedzinach sztuki pamiętałem.
2) Rano przeczytałem, że zmarł Richard Hickox. Nie ukrywam zaskoczenia – miał 60 lat, wydawał się osobą w pełni sił. Żal, wielki żal.
Weźmy ostatnie koncerty, których echa notowałem na blogu. Na przykład w niedzielę, 16 listopada, Wenecka Orkiestra Barokowa grała Vivaldiego i Handla, a towarzyszyła jej Maria Espada. Bardzo dobry koncert, świetne wykonania, program może nie idealnie wykoncypowany, ale bardzo efektowny. I cieszę się, że ich zaproszono, ale po co były te słowa o ‘rewolucji w postrzeganiu baroku, która się dokona w tym kościele’? Zwłaszcza, że przecież mamy globalizację, że każdy może kupić ich płytę, że rok temu, w tym samym kościele grał zespół Il Giardino Armonico, który stylistycznie nie odbiega daleko od Weneckiej Orkiestry Barokowej? Jaka ‘rewolucja’? Dobry koncert, nawet bardzo, ale nie rewolucja! (Zostawiając nawet na boku niemiłe konotacje tego słowa.)
Albo ostatnia niedziela, ten sam ambitny i różnorodny festiwal, to samo pragnienie tworzenia ‘wydarzeń’ – prawykonanie utworu Aleksandra Lasonia, a do tego wybitni goście (The Hilliard Ensemble). „Na zawsze już będzie zapisane”, że dokonano prawykonania. Owszem, nie powiem, to nie jest rozwiązanie najgorsze (a w pamięci pojawia się dyskusja, czy prawykonanie zamówionego utworu nie byłoby dobrym uczczeniem Dnia Niepodległości) zwłaszcza, że Hilliardzi dobrze śpiewali. Ale czy te słowa w ogóle są potrzebne? Czy bez prawykonania byłby to zły koncert? Nieważny? Nieistotny? Przeciętny?
Jak dla mnie oczywiście nie, a wręcz przeciwnie – zbyt wiele blichtru szkodzi. W końcu słuchacz i tak zostaje sam na sam z muzyką (no dobrze: czasem ktoś szturcha łokciem, kicha, kaszle, wierci się – ta samotność w obliczu muzyki jest względna) – to ona musi go przekonać. To dzieło i wykonanie muszą się obronić – ani słowa uroczystego wstępu, ani zapewnienia o ‘wydarzeniu’ płynące z plakatu tego nie zrobią. A czy te wstępy pomagają w koncentracji? Czy mówią coś istotnego, co pomaga w interpretacji?
Koncert powinien być indywidualnym wydarzeniem – tak, to prawda. Ale to wydarzenie to osobista, intymna wręcz kwestia odbiorcy. Organizatorzy dobierając repertuar, wykonawców; wykonawcy śpiewając i grając mogą w tym oczywiście pomóc, ale nie zastąpią samego przeżycia. A już na pewno nie zrobią tego zapewnieniami o jego ‘wadze’.
PS.
1) Piszę o koncercie, bo właśnie na koncertach najczęściej zapewnia mnie się o tym, czy o tamtym. Że to ważne, piękne, wyjątkowe, a słuchacze są elitą – na przykład. Ale podobne ambicje to nie tylko kwestia koncertów muzycznych i choć tylko o muzyce pisałem, o innych dziedzinach sztuki pamiętałem.
2) Rano przeczytałem, że zmarł Richard Hickox. Nie ukrywam zaskoczenia – miał 60 lat, wydawał się osobą w pełni sił. Żal, wielki żal.
sobota, 22 listopada 2008
Peri i raj, i co z niej zrobiono
Listopad był ostatnim w tym roku miesiącem z „większymi” zakupami płytowymi. Na moim biurku wylądował m.in. „Raj i Peri” Roberta Schmunna. (Wylądował zresztą dość twardo, z wybitymi zębami, w których pudełko nie potrafi już utrzymać płyt.) Samo oratorium (określenie dyskusyjne, a przynajmniej autor opisu w książeczce – Benjamin-Gunnar Cohrs – się z nim nie zgadza) robi na mnie średnie wrażenie. Zafrapował mnie za to „szczególik” jego historii.
Żeby jednak o tym „szczególiku” opowiedzieć, muszę streścić libretto. Otóż Peri to postać z perskiej mitologii – duszek żywiący się zapachami, potomkini upadłego anioła i śmiertelniczki, w oryginale piękna i złośliwa, u Schumanna już chyba tylko piękna. (Sama historia, nawiązując do mitologii perskiej, pochodzi z Lalla Rookh Thomasa Moore’a.) Peri, jako nieczysta, nie może dostać się do raju. Błaga, prosi – efekt jest taki, że pozwala się jej warunkowo do niego wkroczyć. Tyle, że warunek jest bardzo niekonkretny – ma dostarczyć najdroższy niebu podarunek.
Peri szuka. W pierwszej części szuka w Indiach, gdzie szlachetny wojownik prowadzi wojnę z tyranem Ganzą. Ginie w bitwie. Peri jest przekonana, że krew bohatera będzie najcenniejszym darem.
Część druga: okazało się, że jednak nie – Peri kąpie się w źródłach Nilu (wówczas nieodkrytych jeszcze), a następnie spływa nim. W Egipcie napotyka epidemię. Udaje się do oazy, gdzie spotyka młodzieńca, który chory postanowił nie zarażać swej ukochanej. Ta jednak, pełna miłości, podążyła za nim. Oboje umierają. Peri ‘chwyta’ ostatnie westchnienia kochanków i z nimi spieszy do nieba.
Część trzecia: znowu na próżno. Peri udaje się do starożytnej Syrii, gdzie spotyka inne Peri. W świątyni słońca w Baalbek Peri widzi dziwną scenę: stary grzesznik natyka się na pięknego i młodego chłopca. Ale nie robi mu krzywdy, gdyż bezbronny chłopiec ukląkł do modlitwy. To uderza grzesznika – klęka i modli się wśród łez o wybaczenie win. Peri spieszy z krwią pokutującego do bram raju.
Tyle Emil Freshsig i Robert Schumann w oparciu o Lalla Rookh Thomasa Moore’a, co zaś ja notuję jedynie za Benjamin-Gunnar Cohrs (na śledzenie treści z muzyką jeszcze przyjdzie czas). Tu przychodzi miejsce na ów „szczególik” – historia otóż jest niesforna i nie zostawiła dzieła Schumanna w spokoju – w czasie pierwszej wojny światowej uczyniono z niego obraz gloryfikujący śmierć żołnierzy na polu chwały. W czasie drugiej, Joseph Goebbels zamówił u Maxa Gebharda aranżację dzieła, która podkreślałaby element ofiary przez śmierć. Ta wersja miała swoją premierę w 1943 roku. Oczywiście, kto chciałby po klęsce Niemiec słuchać oratorium Schumanna opiewającego śmierć walecznych żołnierzy Wehrmachtu i SS? I tak o dziele zapomniano – na kilkadziesiąt lat.
I oto ilustracja, że dzieło potrafi być bezbronne jak dziecko i łatwo je skrzywdzić. Należy więc dzieł bronić przed złym dotykiem.
PS.
Prześledziłem libretto samodzielnie i poprawiłem jeden błąd, jaki wkradł się z powodu oparcia się na streszczeniu -- Ganza nie jest szlachetntym wojownikiem, ale złym najeźdźcą i tyranem.
Żeby jednak o tym „szczególiku” opowiedzieć, muszę streścić libretto. Otóż Peri to postać z perskiej mitologii – duszek żywiący się zapachami, potomkini upadłego anioła i śmiertelniczki, w oryginale piękna i złośliwa, u Schumanna już chyba tylko piękna. (Sama historia, nawiązując do mitologii perskiej, pochodzi z Lalla Rookh Thomasa Moore’a.) Peri, jako nieczysta, nie może dostać się do raju. Błaga, prosi – efekt jest taki, że pozwala się jej warunkowo do niego wkroczyć. Tyle, że warunek jest bardzo niekonkretny – ma dostarczyć najdroższy niebu podarunek.
Peri szuka. W pierwszej części szuka w Indiach, gdzie szlachetny wojownik prowadzi wojnę z tyranem Ganzą. Ginie w bitwie. Peri jest przekonana, że krew bohatera będzie najcenniejszym darem.
Część druga: okazało się, że jednak nie – Peri kąpie się w źródłach Nilu (wówczas nieodkrytych jeszcze), a następnie spływa nim. W Egipcie napotyka epidemię. Udaje się do oazy, gdzie spotyka młodzieńca, który chory postanowił nie zarażać swej ukochanej. Ta jednak, pełna miłości, podążyła za nim. Oboje umierają. Peri ‘chwyta’ ostatnie westchnienia kochanków i z nimi spieszy do nieba.
Część trzecia: znowu na próżno. Peri udaje się do starożytnej Syrii, gdzie spotyka inne Peri. W świątyni słońca w Baalbek Peri widzi dziwną scenę: stary grzesznik natyka się na pięknego i młodego chłopca. Ale nie robi mu krzywdy, gdyż bezbronny chłopiec ukląkł do modlitwy. To uderza grzesznika – klęka i modli się wśród łez o wybaczenie win. Peri spieszy z krwią pokutującego do bram raju.
Tyle Emil Freshsig i Robert Schumann w oparciu o Lalla Rookh Thomasa Moore’a, co zaś ja notuję jedynie za Benjamin-Gunnar Cohrs (na śledzenie treści z muzyką jeszcze przyjdzie czas). Tu przychodzi miejsce na ów „szczególik” – historia otóż jest niesforna i nie zostawiła dzieła Schumanna w spokoju – w czasie pierwszej wojny światowej uczyniono z niego obraz gloryfikujący śmierć żołnierzy na polu chwały. W czasie drugiej, Joseph Goebbels zamówił u Maxa Gebharda aranżację dzieła, która podkreślałaby element ofiary przez śmierć. Ta wersja miała swoją premierę w 1943 roku. Oczywiście, kto chciałby po klęsce Niemiec słuchać oratorium Schumanna opiewającego śmierć walecznych żołnierzy Wehrmachtu i SS? I tak o dziele zapomniano – na kilkadziesiąt lat.
I oto ilustracja, że dzieło potrafi być bezbronne jak dziecko i łatwo je skrzywdzić. Należy więc dzieł bronić przed złym dotykiem.
PS.
Prześledziłem libretto samodzielnie i poprawiłem jeden błąd, jaki wkradł się z powodu oparcia się na streszczeniu -- Ganza nie jest szlachetntym wojownikiem, ale złym najeźdźcą i tyranem.
sobota, 8 listopada 2008
Relacja koncertowa
Udałem się wczoraj do kościoła na koncert. Kościoła, nie kaplicy, jak można by się spodziewać, bo do głównej nawy. Pytacie co było? Co? – Berlioz!

Berlioz. Claire Berlioz.
Skoro o wiolonczelistce mowa – zdjęcie nie myli. To skoncentrowana energia, bez cienia miękkości i ciepła. Przypominała mi psychopatycznych morderców z filmów, tyle, że zamiast noża nerwowo ściskała smyczek.
Od wiolonczeli blisko do gamby. Gdy tak na gambistę patrzałem to myślałem, czy on tak na poważnie, czy kpi z dyrygenta – buzia w ciup, wzrok błędny. Ale gdy zaczął grać to wszystko się zmieniło, a cała jego postawa dowodziła skupienia, ot buzia w ciup i wzrok mętny...
Pamięcią błądzę po wykonawcach omijając skrzypce po lewej. Bo skrzypce były, ale jakoś za kontratenorami stały i najbardziej rzucały mi się w oczy i uszy podczas strojenia. Co innego flety – instrument bardzo spopularyzowany przez misję publiczną TVP, a konkretnie program „Gwiazdy tańczą na lodzie”. Flety były dwa, a przy nich dwoje flecistów. Nierozróżnialnych, jak bliźniacy. Tak samo założone nogi, gdy nie grali, tak samo podparte podbródki, gdy nie grali W tych samych chwilach ze sobą plotkowali. Jedyne co ich rozróżniało to to, że łysiejący pan w średnim wieku i fioletowej koszuli obracał się do plotek przez prawe, a młoda brunetka w czarnej sukience przez lewe ramię.
Obok – kontrafagot jak wielki komin wyrastał ponad zespołem każąc zapytać, jak to jest z emisją CO2. Kontrafagocisty widać zza instrumentu nie było, choć logika podpowiada, że ktoś tam powinien być. I już pozytyw, jak przystało na ten instrument pozytywny – z uśmiechem, urodą i długimi kręconymi, ciemnymi włosami. A potem dwie oboistki. Tu muszę wyjaśnić, że tym razem nie miałem miejsca z widokiem na buty oboistek, jak kiedyś. No, może na buty jednej… Ale ciekawiej było oglądać jak grały, kołysząc się na ugiętych kolanach, jakby swingujący chórek. A w przerwach między grą wciąż coś przy instrumentach grzebały.
Od oboistek krok już do fagocistki, uśmiechniętej, jakby wszystko wkoło było komedią. Pod fagocistką zaś stali altowioliści, w tym przesmutna altowiolistka (której dopiero w końcówce wykwitł uśmiech kota zapatrzonego w mięsiwo) i niewyraźny, młody, tyczkowany altowiolista.

Przesmutna altowiolistka u stop ołtarza.
Obok zaś jeszcze klawesynista, skryty gdzieś za bas-barytonami, a raczej baryton-basami, wraz ze swym profesorskim wyrazem twarzy.
Basy, oj basy dobre były. Zwłaszcza ten z prawej – gdy śpiewał z groźnym, prokuratorskim wzrokiem, zmarszczki kreśliły mu się na czole. Co innego drugi – ułożony, gładki, jakby przyszedł na koncert ze spotkania Dzieci Maryi. Tyle, że już we właściwych latach był.
Tenorzy – kontrast. Niski, na czarno ubrany dla wyszczuplenia, co niewiele dawało, robił za poczciwca; obok drugi rudawy, brodaty, w czerwono-fioletowej koszuli, fałszywy jakiś… zdradziecki.
I jeszcze był trzeci tenor. Młody, uczony, bo w okularkach, na czarno ubrany, wyglądał na pilnego ucznia, takiego co go nauczyciele lubią, ba! miłują wręcz.
No i kontratenorzy, słabo ich widziałem bo mikrofony zasłaniały. Jeden bardziej ministrancki, gładko ogolony, równo się trzymający, i drugi z zarostem, z rączkami splecionymi na brzuchu, byle czegoś nie przekombinować w czasie koncertu. W końcu miał sopranistki za sąsiadki.
Sopranistki dwie były i znowu kontrast – mała biała i mała czarna, po sukniach sądząc. Ta czarna bardziej dystyngowana, jak i dystyngowana jest czerń, a ta biała nadrabiała tupetem – zaręczam, że nie chcielibyście stać przed nią w kolejce…
Nad wszystkim czuwał pan dyrygent, który czasem się zacinał i dyrygował jak robot… Ale czasem jakoś wszystko wracało na miejsce, a ruchy nabierały oleistości. Bo tak ma być.
PS.
A Pani Kierowniczce w Łodzi zwrócę jedynie uwagę, że miałem wrażenie, że Missa Solemnis to krótka jest… Krótsza o dobre pół godziny, albo i więcej.
Berlioz. Claire Berlioz.
Skoro o wiolonczelistce mowa – zdjęcie nie myli. To skoncentrowana energia, bez cienia miękkości i ciepła. Przypominała mi psychopatycznych morderców z filmów, tyle, że zamiast noża nerwowo ściskała smyczek.
Od wiolonczeli blisko do gamby. Gdy tak na gambistę patrzałem to myślałem, czy on tak na poważnie, czy kpi z dyrygenta – buzia w ciup, wzrok błędny. Ale gdy zaczął grać to wszystko się zmieniło, a cała jego postawa dowodziła skupienia, ot buzia w ciup i wzrok mętny...
Pamięcią błądzę po wykonawcach omijając skrzypce po lewej. Bo skrzypce były, ale jakoś za kontratenorami stały i najbardziej rzucały mi się w oczy i uszy podczas strojenia. Co innego flety – instrument bardzo spopularyzowany przez misję publiczną TVP, a konkretnie program „Gwiazdy tańczą na lodzie”. Flety były dwa, a przy nich dwoje flecistów. Nierozróżnialnych, jak bliźniacy. Tak samo założone nogi, gdy nie grali, tak samo podparte podbródki, gdy nie grali W tych samych chwilach ze sobą plotkowali. Jedyne co ich rozróżniało to to, że łysiejący pan w średnim wieku i fioletowej koszuli obracał się do plotek przez prawe, a młoda brunetka w czarnej sukience przez lewe ramię.
Obok – kontrafagot jak wielki komin wyrastał ponad zespołem każąc zapytać, jak to jest z emisją CO2. Kontrafagocisty widać zza instrumentu nie było, choć logika podpowiada, że ktoś tam powinien być. I już pozytyw, jak przystało na ten instrument pozytywny – z uśmiechem, urodą i długimi kręconymi, ciemnymi włosami. A potem dwie oboistki. Tu muszę wyjaśnić, że tym razem nie miałem miejsca z widokiem na buty oboistek, jak kiedyś. No, może na buty jednej… Ale ciekawiej było oglądać jak grały, kołysząc się na ugiętych kolanach, jakby swingujący chórek. A w przerwach między grą wciąż coś przy instrumentach grzebały.
Od oboistek krok już do fagocistki, uśmiechniętej, jakby wszystko wkoło było komedią. Pod fagocistką zaś stali altowioliści, w tym przesmutna altowiolistka (której dopiero w końcówce wykwitł uśmiech kota zapatrzonego w mięsiwo) i niewyraźny, młody, tyczkowany altowiolista.
Przesmutna altowiolistka u stop ołtarza.
Obok zaś jeszcze klawesynista, skryty gdzieś za bas-barytonami, a raczej baryton-basami, wraz ze swym profesorskim wyrazem twarzy.
Basy, oj basy dobre były. Zwłaszcza ten z prawej – gdy śpiewał z groźnym, prokuratorskim wzrokiem, zmarszczki kreśliły mu się na czole. Co innego drugi – ułożony, gładki, jakby przyszedł na koncert ze spotkania Dzieci Maryi. Tyle, że już we właściwych latach był.
Tenorzy – kontrast. Niski, na czarno ubrany dla wyszczuplenia, co niewiele dawało, robił za poczciwca; obok drugi rudawy, brodaty, w czerwono-fioletowej koszuli, fałszywy jakiś… zdradziecki.
I jeszcze był trzeci tenor. Młody, uczony, bo w okularkach, na czarno ubrany, wyglądał na pilnego ucznia, takiego co go nauczyciele lubią, ba! miłują wręcz.
No i kontratenorzy, słabo ich widziałem bo mikrofony zasłaniały. Jeden bardziej ministrancki, gładko ogolony, równo się trzymający, i drugi z zarostem, z rączkami splecionymi na brzuchu, byle czegoś nie przekombinować w czasie koncertu. W końcu miał sopranistki za sąsiadki.
Sopranistki dwie były i znowu kontrast – mała biała i mała czarna, po sukniach sądząc. Ta czarna bardziej dystyngowana, jak i dystyngowana jest czerń, a ta biała nadrabiała tupetem – zaręczam, że nie chcielibyście stać przed nią w kolejce…
Nad wszystkim czuwał pan dyrygent, który czasem się zacinał i dyrygował jak robot… Ale czasem jakoś wszystko wracało na miejsce, a ruchy nabierały oleistości. Bo tak ma być.
PS.
A Pani Kierowniczce w Łodzi zwrócę jedynie uwagę, że miałem wrażenie, że Missa Solemnis to krótka jest… Krótsza o dobre pół godziny, albo i więcej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
