poniedziałek, 7 lipca 2008

Wybitny pisarz, ale...

Wczoraj kartkując Gościa Niedzielnego natknąłem się na pochwałę pisarstwa Gabriela Garcii Marqueza (na przykładzie konkretnej powieści, czy opowiadania), poprzedzoną wyjaśnieniami, że co prawda autor ma sympatie komunistyczne i lubi Fidela Castro, ale za to ma odwagę pisać o Bogu...

Może bym na to nie zwrócił specjalnej uwagi, gdyby nie to, że i w innych miejscach tego numeru dostrzegałem odwołania się do poglądów innych autorów, choć w prasie bez przymiotnika ‘katolicki’ na pierwszej stronie tego prawie nie spotykam. Wręcz uznałem, iż normą jest pochwała dla pisarza za to co pisze, bez konieczności tłumaczenia jakie poglądy posiada. (Np. Daniel Passent wspomina w ostatnim felietonie Ernsta Jungera, po prostu pisząc, że był świetnym pisarzem, bez żadnej dyskusji światopoglądowo-ideologicznej.)

I zaczynam stawiać sobie pytanie, co było pierwsze. Traktowanie czytelników jak dzieci, które trzeba prowadzić za rącze, bo pisarz B ‘jest be’, a pisarz C ‘jest cacy’? (Na co wskazywałoby poważne polemizowanie z „Kodem Leonarda da Vinci”.) I to ‘be’ i ‘cacy’, które dotyczą bardziej wyrażanej treści, niż jakości pisarstwa? Czy to czytelnicy wymuszają i autor pragnący pochwalić pisarstwo Marqueza czuje się zmuszony do usprawiedliwień? Listy do redakcji sugerują to drugie... (A prawdą zapewne jest i jedno i drugie, bo traktowanie innych jak dzieci wywołuje zdziecinnienie, zdziecinnienie zaś wymaga traktowania jak dzieci – i tak pętla się zamyka...)

PS.
Muszę dodać dwa zastrzeżenia.
1. Oczywiście oprócz literatury traktowanej jako sztuka, istnieje coś takiego jak publicystyka. Są „dzieła”, które poza ideologicznym nastawianiem autor zdają się nie posiadać innej treści, a i formą nie imponują. Tam pisanie o poglądach autorów, polemika z nimi, jest zupełnie naturalna. Ale tu chodziło o literaturę jako sztukę, a nie ideologię... I właśnie to mnie uderza, że wszystko traktuje się jak ideologię (a jeśli nie, to wymaga to usprawiedliwienia.
2. Bywam osobą przekorną. Jeśli ktoś pochwali lub zgani jakąś książkę, czy płytę, lub film, to jedno i drugie może być zachętą do przeczytania (posłuchania, obejrzenia), jak i formą zniechęcenia. Poniekąd stąd wynika, że tego typu zachęty lub polemiki są wobec mnie niezbyt skuteczne, ponieważ nie stosuję się wprost do sugestii.
PS.(2).
Osobnym tematem jest miejsce Boga i religii w społeczeństwie i sztuce. Rzeczywiście coraz bardziej niszowe. Ale to duży, osobny temat. Nie na dziś. Ani nie na jutro...
PS.(3).
Oczywiście sprawy gustu, to sprawy gustu. Można nie cenić Marqueza. Byle odróżniać ideologię, od gustu literackiego.

niedziela, 6 lipca 2008

Spóźniony wierszyk urodzinowy (Noblistki, rzecz jasna!)

Wisława Szymborska „Miniatura średniowieczna”

Po najzieleńszym wzgórzu,
najkonniejszym orszakiem,
w płaszczach najjedwabniejszych.

Do zamku o siedmiu wieżach,
z których każda najwyższa.

Na przedzie xiążę
najpochlebniej niebrzuchaty,
przy xiążęciu xiężna pani
cudownie młoda, młodziusieńka.

Za nimi kilka dworek
jak malowanie zaiste
i paź najpacholętszy,
a na ramieniu pazia
coś nad wyraz małpiego
z przenajśmieszniejszym pyszczkiem
i ogonkiem.

Zaraz potem trzej rycerze,
a każdy się dwoi, troi,
i jak który z miną gęstą
prędko inny z miną tęgą,
a jak pod kim rumak gniady,
to najgniadszy moiściewy,
a wszystkie kopytkami jakoby muskając
stokrotki najprzydrożniejsze.

Kto zasię smutny, strudzony,
z dziurą w łokciu i z zezem,
tego najwyraźniej brak.

Najżadniejszej też kwestii
mieszczańskiej czy kmiecej
pod najlazurowszym niebem.

Szubieniczki nawet tyciej
dla najsokolszego oka
i nic nie rzuca cienia wątpliwości.

Tak sobie przemile jadą
w tym realizmie najfeudalniejszym.

Onże wszelako dbał o równowagę:
piekło dla nich szykował na drugim obrazku.
Och, to się rozumiało
arcysamo przez się.


----
To spóźniony wierszyk urodzinowy, a właściwie zastępstwo za właściwą notkę. Miało być o "Kopciuszku" Rossiniego z Glyndebourne, ale zrezygnowałem; miało być o Glyndebourne, o sztuczności i Peterze Sellersie (i jego realizacji "Theodory" Handla), ale też zrezygnowałem. Aż się boję edytować dłużej tę notkę, bo niedługo i z Szymborskiej zrezygnuję...

sobota, 5 lipca 2008

Ze Stommy raz jeszcze…

[…] Fałsz staje się jeszcze bardziej jaskrawy, kiedy pojęcia „naród”, „patriotyzm” przerzucać zaczynamy w czasy, kiedy one zgoła nie istniały lub miały zupełnie inne znaczenie. Czym był „naród francuski” podczas Wielkiej Rewolucji? Czy obejmował on „emigrantów”? A Wandejczyków? A mieszczan lyońskich? A panią Marie-Fontaine Harel, która ukrywała opornego (réfrataire) księdza, a ten z wdzięczności wymyślił dla niej formułę sera camembert, bardziej dziś popularnego symbolu Francji niż Robespierre i gilotyna? Takie niuanse nie zaprzątają jednak ideologów, a historia do bieżącego użytku, tradycją też zwana, nie jest przecież niczym innym niż ideologią właśnie.
Ludwik Stomma „A jeśli było inaczej… Antropologia historii”, Sens 2008

Sens podstawowy jest oczywisty i nie będę go znowu nawracał na polskie realia (znowu – bo o tym wcześniej pisał Stomma, ale ja nie cytowałem). Mogę jedynie zazdrościć Francuzom, bo jakoś wątpię, czy po naszych historycznych zawirowaniach zostanie jakiś camembert, czy inny oscypek, jako symbol.

piątek, 4 lipca 2008

Cysorz to mo klawe życie

W ramach lektur wtórnych, po „Ja, Klaudiuszu sięgnąłem po Tacyta, Swetoniusza i Herodiana (tego ostatniego trochę z przypadku, ale skoro był...). Odnajdywałem ten sam świat, ale świat inny jednocześnie. I przypominałem sobie, że władza korumpuje, a władza absolutna korumpuje absolutnie.

O tym ostatnim przypomniał mi znowu Herodian w żywocie Kommodusa (choć część historyków zarzuca mu zbyt pobłażliwe podejście do jego przypadku). Ale wcześniej można to było zauważyć w żywocie Nerona pióra Swetoniusza (bardziej Swetoniusza niż Tacyta, o dziwo; ale może dlatego, że Swetoniusza bardziej interesują ludzie – choćby tylko plotki o nich, a mniej polityka).

Starając się zebrać te postacie, wyłaniające się z lektur osobowości muszę przyznać, że mam problemy z mówieniem o Juliuszu Cezarze jako władcy. Dużo o nim wiemy jako o wodzu, ale władał (z odliczeniem czasu na prowadzenie wojen) względnie krótko – a przynajmniej w jego żywotach zostało to zepchnięte na margines. Dużo pracował, był raczej otwarty na inne ludy zamieszkujące państwo, kochał władzę, ale nie przykładał większej uwagi do symboliki, czym zniechęcał wielu do siebie (mimo łagodności w czasie wojny domowej). Jednak wydaje się, że władza nie zdołała go ukształtować, przynajmniej ponad to, co ukształtowało w nim dowodzenie legionami i prowincjami.

August to skomplikowany przypadek – pod wieloma względami przeciwieństwo swego stryja (wystarczy porównać stosunek do żołnierzy) i ktoś o kim Swetoniusz potrafi niemal jednocześnie powiedzieć, że był okrutnikiem i człowiekiem łagodnym. Ten paradoks da się łatwo rozwiązać (inny był August idący po władzę, inny ją już sprawujący), niemniej charakterystyka ta wydaje się świetnym argumentem dla zwolenników sytuacjonizmu, wedle którego człowiek nie tyle ma stały charakter, co zachowuje się zgodnie z wymogami sytuacji, w jakiej się znalazł. Jednak bronię się przed takim rozumieniem – może (jak chyba pisze gdzieś Swetoniusz) należałoby uznać, że okrucieństwo jest odwrotną stroną strachu? Czym pewniej czuł się August w roli pryncepsa, tym bardziej mógł sobie pozwolić na umiarkowanie wobec wrogów. Jednak jego ewolucja w kierunku dobrotliwego ojca ojczyzny, jakby nienaruszona przez szkodliwy wpływ posiadanej władzy, jest zadziwiajaca.

Tyberiusz zyskuje dzięki Swetoniuszowi. Oczywiście ma on swoje za uszami, jest oschłym formalistą, który ulega zmysłowym przyjemnościom (i na przykład zachwyca się obrazem, na którym Atalanta zaspokaja ustami Melaniona*). Ale to charakterystyka prywatna (skądinąd mam dużo uznania dla ludzi, którzy potrafią zachować chłodny dystans i pewną surową prostotę, zbyt dużo by taki opis mnie zniechęcał), która nie przekłada się na sprawowanie urzędu, gdzie Tyberiusz jest sumiennym urzędnikiem, któremu trudno zarzucić (poza sprawą Sejana) by dał się skorumpować władzy.


O Kaliguli trudno coś powiedzieć. Znany jest z ‘szaleństw’, choć Auguet doszukuje się tu raczej próby zbudowania absolutnej władzy metodami znanymi z „Poskromienia złośnicy”. Okres sprawowania władzy jest jednak tak krótki, a opisy (zgodnie!) tak bardzo skupione na anegdocie, że postać jest praktycznie nieopisywalna.

Klaudiusza „znamy” z powieści Gravesa dla władcy bardzo życzliwej, choć ukazującej także wskazywaną przez Swetoniusza uległość wobec żony i wyzwoleńców-doradców. (Chyba da się w tym dostrzec problem w kontaktach Klaudiusza z innymi ludźmi, w których brakuje pewnej otwartości i partnerstwa w stosunkach z innymi ludźmi; tak jakby naznaczyła i upośledziła go długotrwała samotność... Ale może sugeruję się Gravesem...) W gruncie rzeczy jednak Klaudiusz to przypadek podobny do Tyberiusza - władca, któremu niewątpliwie można wykazać wiele prywatnych słabostek (z okrucieństwem na czele – ale kto liczy zamordowanych lekką ręką senatorów czytając Gravesa...)?), jednak nie mających większego wpływu na zasadniczo godne sprawowanie władzy.

I Neron– przykład idealny (podobnie jak Kommodus u Herodiana) - młody, inteligentny człowiek, obejmujący władzę wśród najlepszych oczekiwań, a może i najlepszych chęci (uwagi historyków o poprzednikach mających ostrzegać przed następcami uznałbym raczej za ahistoryczne próby dowiedzenie, że słabości charakteru były widoczne już wcześniej**). I tak początkowo rządzący, stopniowo jednak dostrzegający, iż nie ma ograniczeń dla własnych zachcianek. (Zachcianek początkowo związanych z muzyką i wyścigami konnymi, później także życiem erotycznym – absolutna władza była na dalszym miejscu.) Obaj wyglądają na młodzieńców (Neron objął władzę mając 17 lat, popełnił samobójstwo – mając 30 lat – pamiętany obraz Klausa Marii Brandauera jako Nerona, czy Michała Bajora postarza jego wyobrażenie... Kommodus objął władzę w wieku 19 lat, a sprawował ją do 31 roku życia***), których charakter, niezupełnie jeszcze ukształtowany zwichnęła władza...

I taki jest główny, choć może banalny wniosek z tych lektur i tego osobistego i dyletanckiego przeglądu pierwszych cesarzy – mało kto potrafi się oprzeć sile władzy. Pomaga dojrzałość, pomaga taki oschły charakter jak w przypadku Tyberiusza, już nie tak podatny na zmiany, nie tak miękki wśród słów pochlebców****. Dzisiejsza polityka różni się (szczęśliwie) tym, że władza w państwach demokratycznych jest jednak ograniczona, podlegająca ocenie, kadencyjności, krytykom wolnej prasy. Ale i tu widzimy jak władza krzywi charaktery...

--
*) Nie oparłem się by to zacytować, choćby dlatego, że Swetoniuszowi tłumaczonemu na polski pozostaje zadowolić się ogólnikowym opisem. Jednak cytowałem z wahaniem, bo nie mam egzemplarza pod ręką i nie pamiętam, do której wersji mitu odniósł się malarz... Na pewno jednak nie do takiej, jakiej uczyłem się w szkole...
**) Swoją drogą te schematy w postrzeganiu świata są aż zabawne. Wszędzie jakieś proroctwa i cudy, aż się może ornitologom wydać, iż orły były w starożytnym Rzymie równie popularne jak dzisiaj wróble, czy gołębie....
***) Swoją drogą czytam też Stommę, który ostrzega, by dzisiejszych kryteriów dotyczących wieku nie przenosić na dawne epoki, bo w czasach, gdy średnia wieku była niska nastolatkowie często otrzymywali wysokie stanowiska – i najczęściej potrafili stanąć na wysokości zadania.
****) Wniosek o tyle banalny, że już go kiedyś w lekturze spotkałem – zapewne u Alexenadra Demandta. Ale w biografiach skupionych na skandalach z jednej, a na wielkiej polityce i syntezie historii z drugiej strony, takie indywidualne przemiany się gubią. Dlatego, mimo Demandta, było to dla mnie jakieś odkrycie, bo wniosek nie tylko wyczytałem, ale i samodzielnie wyprowadziłem z lektury.

czwartek, 3 lipca 2008

Idę na łatwiznę

Idę na łatwiznę i zerkam do „A jeśli było inaczej...” Ludwika Stommy, w poszukiwaniu smakowitego cytatu (a jest ich tu sporo). Pierwszy z brzegu dotyczy mańkutów – Cesare Lamrbosa (1835-1909) pisał:


„Zważywszy, że asymetria ciała pogłębia się w miarę rozwoju fizycznego człowieka, i że mózg należy do organów, które rozwijają się najbardziej, uznać należy, iż właśnie jego asymetria pogłębia się najbardziej. Innymi słowy, im bardziej rozwija się osobnik cywilizowany, tym bardziej skłania się ku stronie prawej i praworęczności w porównaniu z osobnikiem pozostającym w stanie dzikości. Podobnie rzecz się dzieje w przypadku mężczyzn w porównaniu z kobietami. Tłumaczy to nam, dlaczego kobiety i przedstawiciele ras prymitywnych, nawet jeśli nie są mańkutami w sensie dosłownym, wykazują pewne skłonności do lewostronności. Tłumaczy to nam również, dlaczego niektóre populacje niezbyt cywilizowane, jak na przykład Arabowie, piszą przeważnie od strony prawej ku lewej, podobnie jak małe dzieci, zanim nie zostaną poddane procesowi edukacji.”


(Dodam tylko, że szczęśliwie tego nie znam. Znałem mańkutów, niektórzy trochę marudzili na to, że piszą lewą ręką, ale nie było to nic poza marudzenie. Z pewnym zdziwieniem więc odnotowuję, że jeszcze w latach 70-tych i 80-tych trafiały się próby wymuszania, czy raczej wyuczenia praworęczności u mańkutów...)

środa, 2 lipca 2008

Nieznośny ciężar autorytetu, albo „Pamięć i tożsamość”

Wczoraj u Torlina pojawił się problem lekcji filozofii w szkole, gdzie właściwie nie było głosów przeciw, a pojawiły się jedynie dwie uwagi na marginesie – czy nauka filozofii nie zostanie sprowadzona do wykuwania definicji i dat z jej dziejów; oraz czy nie zostanie zdominowana przez jedną opcję – konkretnie, przez Kościół i jego nauczanie*.

I niestety, jest czego się bać. A przykładem była dla mnie „Pamięć i tożsamość”, która stała się elementem zadań maturalnych z WOS parę lat temu. (Co prawda Romana Giertycha już w MEN nie ma, ale...) Oczywiście z pozycji Wielkiego Autorytetu Papieża Polaka, o którym można się wypowiadać na kolanach... (Oczywiście, bo inaczej dałoby się jeszcze zrozumieć i usprawiedliwić.)

„Pamięć i tożsamość” to zbiór osobistych refleksji, które w sferze nauczania WOS (a zapewne i filozofii, gdyby ją wprowadzić do szkół), ukazuje wizję historii XX wieku (zwłaszcza historii Polski), oraz systemu społeczno-politycznego. (Zostawiam inne wątki na boku.) Wizja osobista może być przedmiotem twórczej refleksji – zawiera ona parę ciekawych, nieortodoksyjnych (przynajmniej w naszej rzeczywistości) myśli**. Ale jednocześnie nie jest ona obiektywnym obrazem świata, nawet nie próbuje bezstronnie przedstawić odmiennych idei i wizji. Znowu – materiał do dyskusji jest to może i niezły, ale materiał do dyskusji dla osób, które potrafią dostrzec karykaturalność wyobrażeń tego, co dla autora obce (a więc nieźle odmienne idee znają). I które nie boją się polemiki. A czy te dwa warunki są spełnione w naszych szkołach? (Przecież wcale nie tak dawno pytanie wydawcy tabloidów odpowiadali, że w Polsce można wszystko, poza krytyką i polemiką z Janem Pawłem II – co skądinąd w sferze publicznej nieźle widać. Czy coś się w tej sprawie zmieniło?***)

Gdyby nie autorytet (swoją droga, gdyby nie autorytet autora, książka zapewne nigdy nie trafiłaby na maturę, czy do nauczania WOS) nie widziałbym problemu – jednej wizji można przeciwstawić inną; a z otwartej dyskusji i niepokornych pytań można się więcej nauczyć niż z suchego, dążącego do obiektywizmu podręcznika.

Ale suchy, dążący do obiektywizmu podręcznik daje się pogodzić z autorytetem w nauczaniu (mimo uproszczeń), zaś subiektywne spojrzenie – nie. Jeśli potrafimy to rozróżnić, potrafimy stawiać granice – obiektywizmowi i subiektywizmowi, autorytetom, to znaczy że jesteśmy dość dojrzali by sobie z problemem poradzić, by dobrze uczyć – także filozofii. Jednak nie zawsze to potrafimy. Najczęściej zaś nie potrafimy zaś tam, gdzie pojawia się autorytet Kościoła i Jana Pawła II****.

---
*) Może dodam, że sam miałbym trzecią uwagę – miałem okres zainteresowania filozofią, który teraz postrzegam jak czas raczej stracony niż twórczy i wartościowy. Sokratejskie ukąszenie, może, może... ale kąsi ono chyba w takiej mierze w jakiej się na nie przyzwala.
**) Swoją drogą z każdej książki i myśli można wybrać to, co nie budzi kontrowersji, pytań i udać, że nic się nie stało. I poniekąd taki też jest odbiór „Pamięci i tożsamości”. Czasem sam już nie wiem, co gorsze.
***) Młodzież zwykle jest niepokorna. Czy jednak jest tej niepokory dość na takie tabu? I czy nie zapłaciłaby za nią na maturze?
****) Oczywiście są krytycy - tacy, którzy nie radzą sobie w „drugą stronę”; ale z tego co widzę to w Polsce stanowią oni niewielką niszę, nie mającą faktycznego wpływu na edukację.

PS. Znajomy streścił moją notkę, "jakie tytuły powinny, a jakie nie powinny być obowiązkowe". To niezupełnie tak, bo nie chcę narzucać obowiązkowości jakiegokolwiek tytułu -- to jest kwestia techniczna, nad którą powinni dyskutować eksperci. Ja sprzeciwiam się obowiązkowości konkretnego tytułu (można co prawda rozszerzyć to na parę kolejnych, ale MEN ma do niego słabość, zaś on sam nieźle ilustruje problem), a i to nie w sposób bezwzględny, a jedynie biorący pod uwagę polską rzeczywistość roku 2008. Być może za 10-15 lat moje zastrzeżenia się zdezaktualizują, bo i dzieła Jana Pawła II będzie się przyjmować krytycznie. Każde zaś dzieło przyjmowane krytycznie może być wykorzystane z powodzeniem w nauczaniu filozofii. Być może za 10-15 lat w roli bezkrytycznie przyjmowanej subiektywnej wizji wystąpią inne tytuły. Być może -- przyszłości nie znam, przeszłość krytykować nazbyt łatwo, piszę więc tylko o teraźniejszości.

wtorek, 1 lipca 2008

Gramophone: plagiowani, albo klasyczni twórcy przebojów

W ’10-tce’ Gramophone tym razem (lipiec 2008) dziesięciu najbardziej
plagiowanych kompozytorów wg Jeremy Nicholasa:

1. Chopin
Żaden kompozytor nie był częściej plagiowany niż Chopin. – co najmniej dwadzieścia osiem tytułów i dwie sztuki muzyczne wykorzystują jego kompozycje. Najbardziej znane to „I’m always chasing rainbows” (Fantasia-Impromptu, Op. 66), „So deep is the Night” (Etiuda, Op. 10 Nr 3), “Could it be magic” (Preludium, Op. 28 Nr 20) I “Till the end of time” (Polonez Nr 6, Op. 53).

2. Czajkowski
Tuż za kroczą Rosjanie; [Czajkowski] nieświadomie pisał melodie takich przebojów jak “Moon Love” (5. Symfonia, druga część), „Our Love” (uwertura-fantazja Romeo i Julia), „The Story of a Starry Night” (6. Symfonia, część pierwsza) i “On the Isle of May” (Andante cantabile z Kwartetu smyczkowego nr 1).

3. Borodin
Cały szereg przebojów został wypożyczony z [muzyki] Borodina w musicalu Kismet Roberta Wrighta i Georga Forresta, pośród nich: „Baubles, Bangles and Beads” oraz „And this is my beloved” (Scherzo i Nocturn z 2. Kwartetu smyczkowego).

4. Rachmaninow
Zastrzeżenia dotyczące praw autorskich nie powstrzymały Buddy Kaye’a i Teda Mossmana od napisania tekstu do 2. Koncertu fortepianowego (finał, drugi temat), a Franka Sinatry od nagrania „Full Moon and Empty Arms” w 1945 roku. „All by myself” (z wykorzystaniem drugiej części koncertu) zostało w 1976 roku przebojem Erica carmena, a później – Celin Dion.

5. Dvorak
„Wagon Wheels” (1934) nagrane przez Paula Robesona […], oparta została na „Goin’ Home” (1922), które wykorzystywało Largo z Symfonii „Z nowego świata”.

6. Lemare
Edwin Lemare sprzedał swoje najbardziej znane dzieło organowe, Andantino Des-dur za 15 dolarów 1 1892 roku. W 1921 amerykański autor piosenek dodał tekst nazywając je „Moonlight and Roses” i otrzymał przebój sprzedany w milionie egzemplarzy. Dopiero, gdy Lamare zagroził pozwem sądowym uznano jego autorstwo i przyznano mu honorarium.

7. Beethoven
Norman Newell i Ernest Ponticelli dodali ckliwy tekst do wolnej części Sonaty fortepianowej Nr 8, op. 13 (Patetycznej), co pozwoliło dostać się na szczyty list przebojów [do Top Twenty] komikowi Kenowi Doddowi w 1966 roku. [Przebój] nazywał się „More Than Love”. [PAK: Oczywiście Jeremy Nichols nie zna naszego programu „Europa da się lubić”.]

8. Saint-Saëns
Trzecia symfonia c-moll, zwana „Symfonią Organową” została przywołana w roku 1978, gdy jej wielki temat z ostatniej części połączono z rytmami regge i tekstem. Scott Fitzgerald oraz Yvonne Keely osiągnęli trzecie miejsce na liście przebojów piosenką znaną jako „If I had words”. Rzeczywiście. Gdyby tylko.

9. Ponchelli
„Taniec godzin” z La Gioconda zamienił się w „Like I do”, przebój Maureen Evans z 1962 roku. Amerykański komik Alan Sherman […] wydał własną wersję tej melodii – klasyczne „Helo Muddah, Hello Fadduh”.

10. J.S. Bach
Bach zaczerpnął swój słynny Menuet G-dur (BWV An11 114 z Clavierbüchlein für Anna Magdalena Bach) ze suity drezdeńskiego organisty Christiana Pezolda. Został on ponownie zaczerpnięty przez dwóch autorów piosenek w 1965 roku, którzy zamienili go w przebój dla The Toys zwany „Lovers Concerto”.


To oczywiście nie jest pełna lista, ale tyle zapisał Jeremy Nicholas, a ja
przetłumaczyłem zgrubnie i pospiesznie...