Kulturę japońską Paula Varley wszyscy chwalą, więc trudno mi coś do pochwał dodawać. Może to, że niekoniecznie dotyczą one tłumaczenia (sam nieźle się ubawiłem pojmaniem Saipana w 1944 roku przez Amerykanów). Ale, czym głębiej się wczytywałem, tym bardziej wydawało mi się, że dostrzegam coś szerszego – i rodził się we mnie podziw dla Japończyków. Oczywiście, do podziwu nie potrzebowałem lektury Paula Varleya – ale zawsze był on bardziej wycinkowy. A podziw rodził się z wrażenia, że Japończycy, będąc narodem zbyt małym, by wytworzyć cywilizację zupełnie samodzielnie, uczyli się od obcych (najpierw od Chińczyków, potem od ludzi Zachodu) twórczo. Kultura japońska nie jest kopią kultury chińskiej, ani zachodniej – jest czymś w rodzaju twórczej wariacji na temat, wariacji łączącej obce z własnym. Wariacji przy tym bardzo wyrafinowanej i własnej.
------
Paul Varley Kultura japońska (tłum. Magdalena Komorowska) Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego 2000
środa, 7 stycznia 2009
wtorek, 6 stycznia 2009
Zabić dla c-moll
Moim zdaniem, wolna część [PAK: Koncertu nr 9 "Jeunehomme" Mozarta] jest tym, co Gluck powinien był skomponować! Tak, wielkie tragiczne wrażenie, a także jedna z największych kadencji Mozarta, ta jedna, którą grałem. I część w c-moll, jednej z moich ulubionych tonacji, która była tak ważna dla Mozarta, jak i dla Beethovena: pomyśl o Sonacie i Fantazji c-moll, oczywiście [też] Koncercie c-moll (być może największym, gdybym miał jeden wybrać), Mszy c-moll, Adagiu i fudze na smyczki. Wiesz, napisałem wiersz, w którym Beethoven morduje Mozarta, aby w pełni posiąść tonację c-moll.
Alfred Brendel w Ostatnim wywiadzie (jak to przeczytałem, to złapałem się za głowę -- czyżby Brendel umarł?! -- ale okazało się, że szczęśliwie nie, że tylko rzucił karierę artysty koncertującego, zgodnie z planem, a może prawie, bo założył, że zrobi to w wieku 75, a zrobił w wieku 77 lat) w styczniowym Gramophone (vol. 86, no. 1040),
A notuję, bo też w gruncie rzeczy lubię c-moll. Ale nie zabiłbym dla niej. Przynajmniej nie Mozarta.
Alfred Brendel w Ostatnim wywiadzie (jak to przeczytałem, to złapałem się za głowę -- czyżby Brendel umarł?! -- ale okazało się, że szczęśliwie nie, że tylko rzucił karierę artysty koncertującego, zgodnie z planem, a może prawie, bo założył, że zrobi to w wieku 75, a zrobił w wieku 77 lat) w styczniowym Gramophone (vol. 86, no. 1040),
A notuję, bo też w gruncie rzeczy lubię c-moll. Ale nie zabiłbym dla niej. Przynajmniej nie Mozarta.
poniedziałek, 5 stycznia 2009
Bombaj, 1943
W piątek 14 lutego, jak zwykle o 12.30, rozpoczęła się godzinna przerwa w pracy dokerów. […] i do 13.30 praktycznie nikt nie zaglądał do wnętrza kadłuba frachtowca. W tym czasie Kika osób na pokładach statków cumujących w pobliżu zauważyło unoszący się nad nim dym. Jedną z nich był pierwszy oficer z bliźniaczej jednostki […]. Korzystał on także z przerwy i oparty o reling… palił papierosa [PAK: co było zakazane w porcie], spoglądając w stronę przeciwległej ściany doku. Wydało mu się wówczas, że z jednego z wentylatorów ładowni nr 2 na „Fort Strikine" wydobywa się smuga dymu, co znalazło potwierdzenie, gdy użył przyniesionej na chwilę lornetki. Trochę później to samo zauważył trzeci oficer „Fort Crevier" i jeden z artylerzystów. Około 12:30 dym nad ładownią nr 2 widział także wartownik na parowcu „Iran", zacumowanym przy tym samym nabrzeżu. Godzinę później niewielki dym zobaczył nad statkiem policjant z posterunku przy Bramie Zielonej Victoria Dock, ale, podobnie jak wszyscy pozostali obserwatorzy, nie wszczął alarmu, uznając, że skoro nie robi tego nikt znajdujący się bliżej, to widocznie nie ma ku temu powodu…
Wojciech Holicki Bombajskie piekło na ziemi, Militaria (wydanie specjalne) 3(7)/2008
Wiecie? To znaczy o eksplozji w Bombaju, w której wyniku zginęło co najmniej 233 ludzi, a 500 zostało rannych (co najmniej, bo tyle ofiar zidentyfikowano wśród pracowników służb i portu, a wiadomo że byli i gapie, i spadające na miasto palące się bele bawełny) sam dowiedziałem się przypadkiem. Ale o podejściu – po co mam informować, zrobią to inni jest głośno, nawet jeśli (jak się okazało), najpopularniejsze argumenty przemawiające za jego popularnością, okazały się być wyssane z pióra kreatywnych dziennikarzy.
Zakładam, że tekst Wojciecha Holickiego nie jest powtarzaniem kreatywnego dziennikarstwa. Zresztą wszystko wygląda prawdopodobnie – potrzeba interwencji nie jest zupełnie oczywista, zwłaszcza, że jej temat wydaje się leżeć poza zakresem kompetencji, a to musi zniechęcać. I niestety – takie rozumowanie znaczyło całą akcję w Bombaju (a i wcześniej, ładowania towaru na Fort Stikine), gdzie wielu zaangażowało się w gaszenie pożaru na statku nie tylko z łatwopalną bawełną (w setkach ton), siarką (325 ton), łatwopalnym olejem, oraz – co najgorsze – amunicją (w setkach ton) – prawie każdy zachowywał się odważnie i oddanie walczył z pożarem (data wydarzenia – 14 kwietnia – stała się w Indiach Dniem Straży Pożarnej), nikt jednak nie myślał w szerszych kategoriach (ewakuacja, na przykład), choćby powiadamiając odpowiednie władze.
Gdy czytałem tę historię właśnie to mnie fascynowało – liczba osób, które dostrzegały problem, ale które zwalczały go jedynie w zakresie swoich kompetencji, często nawet nie prosząc o pomoc kogoś, kto mógłby pomóc – i poza zakres kompetencji wykroczyć. Wszystko odbywało się więc z poświęceniem, zaangażowaniem, wśród znoju, trudu, fizycznego wysiłku i przykładów heroizmu. Wszystko na próżno, bo zabrakło szerszego spojrzenia na sprawę, wykroczenia poza zawodowe schematy.
Wojciech Holicki Bombajskie piekło na ziemi, Militaria (wydanie specjalne) 3(7)/2008
Wiecie? To znaczy o eksplozji w Bombaju, w której wyniku zginęło co najmniej 233 ludzi, a 500 zostało rannych (co najmniej, bo tyle ofiar zidentyfikowano wśród pracowników służb i portu, a wiadomo że byli i gapie, i spadające na miasto palące się bele bawełny) sam dowiedziałem się przypadkiem. Ale o podejściu – po co mam informować, zrobią to inni jest głośno, nawet jeśli (jak się okazało), najpopularniejsze argumenty przemawiające za jego popularnością, okazały się być wyssane z pióra kreatywnych dziennikarzy.
Zakładam, że tekst Wojciecha Holickiego nie jest powtarzaniem kreatywnego dziennikarstwa. Zresztą wszystko wygląda prawdopodobnie – potrzeba interwencji nie jest zupełnie oczywista, zwłaszcza, że jej temat wydaje się leżeć poza zakresem kompetencji, a to musi zniechęcać. I niestety – takie rozumowanie znaczyło całą akcję w Bombaju (a i wcześniej, ładowania towaru na Fort Stikine), gdzie wielu zaangażowało się w gaszenie pożaru na statku nie tylko z łatwopalną bawełną (w setkach ton), siarką (325 ton), łatwopalnym olejem, oraz – co najgorsze – amunicją (w setkach ton) – prawie każdy zachowywał się odważnie i oddanie walczył z pożarem (data wydarzenia – 14 kwietnia – stała się w Indiach Dniem Straży Pożarnej), nikt jednak nie myślał w szerszych kategoriach (ewakuacja, na przykład), choćby powiadamiając odpowiednie władze.
Gdy czytałem tę historię właśnie to mnie fascynowało – liczba osób, które dostrzegały problem, ale które zwalczały go jedynie w zakresie swoich kompetencji, często nawet nie prosząc o pomoc kogoś, kto mógłby pomóc – i poza zakres kompetencji wykroczyć. Wszystko odbywało się więc z poświęceniem, zaangażowaniem, wśród znoju, trudu, fizycznego wysiłku i przykładów heroizmu. Wszystko na próżno, bo zabrakło szerszego spojrzenia na sprawę, wykroczenia poza zawodowe schematy.
niedziela, 4 stycznia 2009
Arbeitfieber
Tworzę słowo przez analogię do Reisefieber. Po trzech tygodnia urlopu zaczynam bowiem taki stan podenerwowania odczuwać. I nic to, że w minionym tygodniu rozmawiałem ze swoim kierownikiem, który zapytany o zmiany w pracy odpowiedział, że właściwie ich nie ma, poza wymianą foteli na nowsze. Bo przecież – argumentował – Święta, Nowy Rok, urlopy, a także (niestety) choroby, sprawiły, że wszystko toczyło się jakby w zwolnionym tempie. I jeszcze w piątek i sobotę przeprowadzano jakieś prace z elektryką budynku, co uniemożliwiało faktycznie pracę, a nawet dostęp do służbowej poczty.
Próbuję ten stan podenerwowania racjonalizować. Po pierwsze, będą zmiany w dojazdach do pracy – tak się złożyło, że nałożyły się one na mój czas urlopowy i nieco poprzestawiały. Będę potrzebował czasu by się do nowego rytmu dnia przyzwyczaić. Zresztą, i bez tego po trzech tygodniach urlopu tego czasu bym potrzebował. Po drugie, nazbierało mi się trochę planów i postanowień (noworocznych) – i chodzi mi po głowie pytanie, czy uda mi się to zrealizować? Po trzecie – wszystkie dobre rzeczy idą trójkami, więc musi być po trzecie – po trzecie nie lubię zimowych dojazdów do pracy (zwłaszcza widząc jak za oknem sypie śnieg). To zresztą była jakaś składowa przekonująca mnie do tak długiego urlopu – tymczasem w grudniu pogoda była mniej zimowa niż dzisiaj. Jak będzie w poniedziałek? Kiedyś już, właśnie w mój pierwszy dzień roboczy roku, do pracy jechałem cztery, czy pięć godzin, ze względu na zaspy. Ile będzie jutro?
PS.
Miało być o eksplozji w Bombaju w 1943 roku, ale skoro mam być litościwy po Sylwestrze to odmalowuję swój stan ducha, przedroboczego i przedkoncertowego.
Próbuję ten stan podenerwowania racjonalizować. Po pierwsze, będą zmiany w dojazdach do pracy – tak się złożyło, że nałożyły się one na mój czas urlopowy i nieco poprzestawiały. Będę potrzebował czasu by się do nowego rytmu dnia przyzwyczaić. Zresztą, i bez tego po trzech tygodniach urlopu tego czasu bym potrzebował. Po drugie, nazbierało mi się trochę planów i postanowień (noworocznych) – i chodzi mi po głowie pytanie, czy uda mi się to zrealizować? Po trzecie – wszystkie dobre rzeczy idą trójkami, więc musi być po trzecie – po trzecie nie lubię zimowych dojazdów do pracy (zwłaszcza widząc jak za oknem sypie śnieg). To zresztą była jakaś składowa przekonująca mnie do tak długiego urlopu – tymczasem w grudniu pogoda była mniej zimowa niż dzisiaj. Jak będzie w poniedziałek? Kiedyś już, właśnie w mój pierwszy dzień roboczy roku, do pracy jechałem cztery, czy pięć godzin, ze względu na zaspy. Ile będzie jutro?
PS.
Miało być o eksplozji w Bombaju w 1943 roku, ale skoro mam być litościwy po Sylwestrze to odmalowuję swój stan ducha, przedroboczego i przedkoncertowego.
sobota, 3 stycznia 2009
Pokusy dezintegracji
Latem 1917 roku w lotnictwie niemieckim pojawiły się nawet pewne symptomy dezintegracji, rozpoczął się bowiem wówczas proces przeformowywania jednostek w celu „ujednolicenia ich składu narodowościowego”. W wyniku tego procesu wiele jednostek lotniczych straciło swój dotychczasowy, ogólno niemiecki (czytaj pruski) charakter i przekształciło się w jednostki narodowe, tj. złożone z obywateli poszczególnych krajów – stanowiących Rzeszę Niemiecką. Wynikało to z faktu, że wszyscy władcy ważniejszych krajów Rzeszy nagle zapragnęli posiadać swoje siły powietrzne. […] W dniu 4 lipca pięć eskadr myśliwskich: 16., 23., 32., 34., 35., Sztab Generalny musiał uznać za wyłącznie bawarskie i odtąd mogli w nich służyć jedynie poddani króla Bawarii. Ale na tym się nie skończyło. 21 października wydany został zakaz przenoszenia poddanych Królestwa Wirtembergii do innych, niż własne, jednostek lotniczych […]. 24 listopada 10 polowych oddziałów lotniczych i 4 eskadry myśliwskie zostały przeformowane w jednostki Królestwa Saksonii. Nawet wielki książę Badenii zażądał, aby 1134 jego poddanych, służących dotąd w pruskich jednostkach lotniczych, zostało zgrupowanych wyłącznie w formacji badeńskiej, co zresztą też wykonano. Choć pruski Inspektorat Lotnictwa każdorazowo protestował przeciwko temu, to jednak żądania panujących królów i książąt Rzeszy były respektowane. Zatem w krytycznym okresie wojny pomiędzy niemieckimi jednostkami lotniczymi walczącymi na poszczególnych frontach trwał wielki przepływ personelu latającego i naziemnego. Nie pozostawało to bez wpływu na efekty działania całego lotnictwa niemieckiego.
Hubert Mordawski Siły powietrzne w I wojnie światowej, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2008
Hubert Mordawski Siły powietrzne w I wojnie światowej, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2008
piątek, 2 stycznia 2009
Niemal odkładając na półkę - Kaligrafia japońska Yuuko Suzuki
Niemal odkładając, bo właściwie przeczytałem co było do przeczytania, a zostały mi ćwiczenia i przykłady. Zerkam, nawet czasem jakiś pędzel trafi mi się wziąć do ręki i spróbować maznąć nim tę, czy inną linię, a potem przekładam zakładkę o stronę, obiecuję, że już tylko oglądanie, bo przecież japońskim kaligrafem nie zamierzam w życiu zostać (ani kupować koniecznego wyposażenia, to jest pędzelków, tuszu, kamienia do tuszu, japońskiego bądź chińskiego papieru kaligraficznego i chyba stołu o odpowiedniej wysokości, bo nigdzie nie znajduję przepisowego miejsca na kaligrafowanie w domu), a jednak, przy kolejnym przykładzie zatrzymuję się i myślę, że może jednak odgrzebałbym pędzel i spróbował. I tak nie wiem, kiedy Kaligrafię japońską odłożę ostatecznie na półkę.
Po Kaligrafię japońską sięgnąłem, jako po pewną kontynuację rodzimej kaligrafii – może nie wprost, bo choć coś mnie korciło by spróbować napisać jakieś japońskie wyrażenia, to jednak bardziej chodziło o poszerzenie swoich horyzontów. I chyba warto – bo kaligrafia japońska jest dalece różna od europejskiej. Jest traktowana jako sztuka, podczas gdy kaligrafia ‘łacińska’, to jedynie umiejętność budząca wzruszenie ramion osób interesujących się plastyką, jako zdolność zupełnie odtwórcza (mimo zachęt do tworzenia własnego liternictwa, mimo pojawiających się kwestii rozplanowania tekstu i wyboru formy). Kaligrafia japońska ma szersze możliwości. Po pierwsze bliższa jest malarstwu pędzelkiem (niby u nas też można szkicować piórem, ale kto widział zachodnią kaligrafię abstrakcyjną? a japońska istnieje). Po drugie, pismo japońskie pozwala na wiele form zapisu tych samych słów, co sprawia, że elementem oceny artyzmu, jest też trafność przyjętej formy. Po trzecie, można wykazywać się erudycją i wskazywać na historyczne dziedzictwo znaków. A przy tym wszystkie znane z rodzimej kaligrafii możliwości pozostają zachowane.
***
Znane mi książki bądź o czymś informują, bądź pozwalają na przeżycie czegoś, bądź też pozostawiają obojętnym. Ta nie należy do żadnych z tych kategorii – ona uczy (przynajmniej mnie) jak głęboka jest moja własna ignorancja i to w każdym z zagadnień: tworzenia, czytania i estetycznego odbioru japońskiej kaligrafii. Ta osiemdziesięciostronicowa książeczka daje tylko cień posmaku, pozwalając samemu spróbować i przekonać się, że to o wiele trudniejsze niż wydaje się na pierwszy rzut oka.
---
Yuuko Suzuki Kaligrafia japońska (tłumaczenie z wydania angielskiego: Justyna Piątek), Wydawnictwo RM 2007
Po Kaligrafię japońską sięgnąłem, jako po pewną kontynuację rodzimej kaligrafii – może nie wprost, bo choć coś mnie korciło by spróbować napisać jakieś japońskie wyrażenia, to jednak bardziej chodziło o poszerzenie swoich horyzontów. I chyba warto – bo kaligrafia japońska jest dalece różna od europejskiej. Jest traktowana jako sztuka, podczas gdy kaligrafia ‘łacińska’, to jedynie umiejętność budząca wzruszenie ramion osób interesujących się plastyką, jako zdolność zupełnie odtwórcza (mimo zachęt do tworzenia własnego liternictwa, mimo pojawiających się kwestii rozplanowania tekstu i wyboru formy). Kaligrafia japońska ma szersze możliwości. Po pierwsze bliższa jest malarstwu pędzelkiem (niby u nas też można szkicować piórem, ale kto widział zachodnią kaligrafię abstrakcyjną? a japońska istnieje). Po drugie, pismo japońskie pozwala na wiele form zapisu tych samych słów, co sprawia, że elementem oceny artyzmu, jest też trafność przyjętej formy. Po trzecie, można wykazywać się erudycją i wskazywać na historyczne dziedzictwo znaków. A przy tym wszystkie znane z rodzimej kaligrafii możliwości pozostają zachowane.
***
Znane mi książki bądź o czymś informują, bądź pozwalają na przeżycie czegoś, bądź też pozostawiają obojętnym. Ta nie należy do żadnych z tych kategorii – ona uczy (przynajmniej mnie) jak głęboka jest moja własna ignorancja i to w każdym z zagadnień: tworzenia, czytania i estetycznego odbioru japońskiej kaligrafii. Ta osiemdziesięciostronicowa książeczka daje tylko cień posmaku, pozwalając samemu spróbować i przekonać się, że to o wiele trudniejsze niż wydaje się na pierwszy rzut oka.
---
Yuuko Suzuki Kaligrafia japońska (tłumaczenie z wydania angielskiego: Justyna Piątek), Wydawnictwo RM 2007
czwartek, 1 stycznia 2009
A kapelusz wkładać trzeba!
A kapelusz trzeba wkładać na głowę, żeby go można było zdjąć, kiedy zajdzie potrzeba.
Tomasz Mann Czarodziejska góra
--
Że wyrwane z kontekstu? I owszem, więc kontekst dopowiadam: wczoraj w końcu kupiłem sobie pierwszy kapelusz w życiu, a dzisiaj ćwiczyłem się w zdejmowaniu go przy życzeniach pomyślności w Nowym Roku! I przed Wami też go zdejmuję, życząc zdrowia i spełnienia pragnień w tym Nowym 2009 Roku, choć niestety tylko wirtualnie.
PS.
-8C. A jednak przypominam sobie Fryderyka Nietzschego (Zmierzch bożyszcz, czyli jak filozofuje się młotem):
Zadowolenie chroni nawet przed przeziębieniem. Czy kiedykolwiek przeziębiła się kobieta, która miała poczucie, że jest dobrze ubrana? – Przyjmuję, że była lekko ubrana.
Kapelusz to nie 'lekkie ubranie' jako takie, ale jednak uszy wystawione na działanie temperatury.
Tomasz Mann Czarodziejska góra
--
Że wyrwane z kontekstu? I owszem, więc kontekst dopowiadam: wczoraj w końcu kupiłem sobie pierwszy kapelusz w życiu, a dzisiaj ćwiczyłem się w zdejmowaniu go przy życzeniach pomyślności w Nowym Roku! I przed Wami też go zdejmuję, życząc zdrowia i spełnienia pragnień w tym Nowym 2009 Roku, choć niestety tylko wirtualnie.
PS.
-8C. A jednak przypominam sobie Fryderyka Nietzschego (Zmierzch bożyszcz, czyli jak filozofuje się młotem):
Zadowolenie chroni nawet przed przeziębieniem. Czy kiedykolwiek przeziębiła się kobieta, która miała poczucie, że jest dobrze ubrana? – Przyjmuję, że była lekko ubrana.
Kapelusz to nie 'lekkie ubranie' jako takie, ale jednak uszy wystawione na działanie temperatury.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
