It is a most extraordinary thing, but I never read a patent medicine advertisement without being impelled to the conclusion that I am suffering from the particular disease therein dealt with, in its morst virulent form. The diagnosis seems in every case to correspond exactly with all the sensations that I have ever felt.
Jerome Klapka Jerome Three Men in a Boat to say nothing of the dog!, Penguin Books 1994
Trzech panów w łódce chyba wszyscy znają*? Sam notuję, trochę na odtrutkę, bo z przykrością zauważam, że nie dość iż jestem na L4, to ten stan zaczyna mi się jeszcze podobać...
---
*) Na wszelki wypadek, bardzo swobodnie tłumaczę: To niesamowite, ale nigdy nie czytałem reklamy środka medycznego, nie dochodząc do wniosku, że cierpię na właśnie tę chorobę, do której zwalczania jest on przeznaczony, i to w jej najzłośliwszej postaci. Diagnoza wydaje się odpowiadać dokładnie wszystkiemu temu, co sam czuję.
wtorek, 16 marca 2010
piątek, 12 marca 2010
Zmartwienia admirała
Image via Wikipedia
"Wiesz, że jestem wielkim miłośnikiem muzyki, mam na myśli dobrą i wyrafinowaną muzykę," zaczął Hipper. "Jestem zwłaszcza miłośnikiem Ryszarda Wagnera, zwłaszcza Lohengrina! Nasza orkiestra... jest teraz w swojej szczytowej formie."
"Rzeczywiscie tak jest, Wasza Ekscelencjo. Dołożymy wszelkich starań by tak pozostało--"
"Z pewnością mam taką nadzieję, gdyż muzyka jest najlepszą formą odprężenia, jaką mamy na pokładzie. To czego się obawiam, to to, że podczas mojej nieobecności może się ona pogorszyć--"
Hipper zamilkł... Po chwili Reader odważył się [zapytać]: "Dlaczego miało by się coś zmienić?"
Hipper podskoczył z krzesł, krocząc tam i z powrotem wygadując się:
"Boedicker nic nie wie o muzyce. Jego gust ogranicza się do pruskich marszy, słodkich walcy i kończy się na Zemście Nietoperza. Jestem pewien, że doprowadzi naszą orkiestrę do upadku, mówię ci!"*
...[Ale] zakończył wybuchając śmiechem. "W końcu, niedługo wracam. Często im pokazywałem, gdzie skrzypce grają źle!"
Robert K. Massie Castles of steel, Jonathan Cape 2004 (wyraźnie cytując wspomnienia Ericha Raedera)
---
Żeby nie sprawiać trudności wyjaśniam -- sama sytuacja w pewien sposób mnie bawi. Admirał, wojna światowa, przed i za krwawe zmagania, a tu troską się otacza orkiestrę... Jakoś to nie pasuje, nawet jeśli się pamięta o skutkach bezczynności marynarki, czyli o buncie w Kilonii w 1918 roku. Tak więc Franz von Hipper mnie bawi, podobnie jak bawi mnie Winston Churchill, który wśród obowiązków premiera w czasie II wojny światowej znalazł czas, by troszczyć się o liczebność stada małp na Gibraltarze.
Ale można też na to spojrzeć inaczej -- bo przecież wszyscy jakiejś rozrywki potrzebują. W o wiele bardziej ponurych czasach i miejscach pojawiają się wspomnienia o tworzeniu orkiestr, grup teatralnych, kabaretów.
A swoją drogą, w Polsce pojmujemy niemieckość, jako coś łącznego, gdzie Wagner występuje obok pruskich marszów, jako jeszcze jeden wyznacznik, a wszysttko się razem doskonale uzupełnia. Tymczasem proszę -- pochodzący z Bawarii Hipper (dość wyjątkowy przykład kariery w Keisersmarine) utożsamia się z muzyką Wagnerem, ale pruskie marsze... brrr... to coś dla niego obcego, dowodzącego złego smaku.
---
*) Before leaving Seydlitz, Hipper summoned Erich Reader, his Chief of Staff, and described one of his worries about turning over to command to Rear Admiral Frierdrich Boedicker:
"You know I am very fond of music, I mean good and refined music," Hipper began. "I'm particular fond of Richard Wagner, particularly Lohengrin! Our band... is at the top of its form just now."
"Indeed it is, Your Excellency. We will take the greatest care to see that it remains so--"
"I certainly hope so, for music is perhaps the best form of relaxation I get on board. What's worrying me is that there might be a change for the worse during my absence--"
Hipper lapsed into silence... After a time Reader ventured: "Why should there be any change?"
Hipper jumped from his chair, strode up and down and blurted out:
"Boedicker knows nothing about music. His taste runs to nothing but Prussian marches, treacly waltzes and bits out of Fledermaus. I'm sure he'll be mucking up my whole band -- mucikng it up, I tell you!"
...[But] he ended up bursting out laughing. "After all, I'll soon get them right again. I've often had to show them myself when the fidles were going wrong!"
środa, 10 marca 2010
Nazywam się PAK
Patrząc za okno, widzę, że mój kalendarz pozostaje proroczy w swoich fotografiach polskiej przyrody. Marzec -- a za oknem bywa (choć nie dominuje, ot, tylko tu i ówdzie) śnieg. Gorzej, że równie prorocze nie są moje wpisy-plany, umieszczone pod datami. 5, 8, 9, 10 i 13 (a zapewne i 12) marca -- skreślam (siła wyższa, bezsiła niższa). Skreślam z różną siłą żalu, czasem w poczuciu, że tak lepiej, czasem wciąż nie mogąc się pogodzić...
Nadmiar czasu pozwolił mi na lektury. "Nostromo" Josepha Conrada okazało się trochę nazbyt oczywiste, podobnie jak "Castles of steel" Roberta K. Massiego (ale obie książki już czytałem, zresztą czytałem więcej o I wojnie światowej na morzu, co ma duże znaczenie w przypadku "Stalowych zamków"). W "Stalowych zamkach" pozostaje jednak wiele anegdot, w których się rozsmakowuję. (Za to media, po chwilowym odcięciu, nie przyniosły niczego zaskakującego, może tylko parę informacji, które wywołały uśmiech na mojej twarzy. Jednak czasem jest to uśmiech politowania... Morał stąd aż nazbyt prosty, że nie warto o doniesienia codzienne dbać. Choć ten brak dbałości uderza w model 'człowieka politycznego', który się interesuje światem wokół siebie i stara się na niego wpływać.)
Może najbardziej zaskakujący bywa Józef Hen z Dziennikiem na nowy wiek (i wcale nie chodzi o to, że młodym warto przypomnieć, że "dziennik" to słowo określające blog w epoce przedinternetowej), który pyta (m.in.), czy Witold Gombrowicz obierał ziemniaki. I odpowiada -- nie, nie obierał.
Ale wróćmy do anegdot na koniec -- "Castles of steel" -- kontradmirał Reginald Hall, kierujący wywiadem marynarki, wspomina:
Pewnego razu, jak pamiętam, zostałęm posłany przez Churchilla bardzo późno w nocy. Chciał ze mną przedyskutować pewien punkt. [...] Wiedziałem tylko, że nasze wizje są zupełnie przeciwne. Spieraliśmy się przez jakiś czas. Wiedziałem, że mam rację, ale Churchill był zdecydowany by doprowadzić mnie do swojego punktu widzenia i wciąż argumentował w sposób, jak najbardziej błyskotliwy. Było już dawno po północy, a ja byłem śmiertelnie zmęczony, ale nic nie wydawało się męczyć Pierwszego Lorda*. Wciąż mówił, a ja wyraźnie nabierałem dziwnego wrażenia, że chcoaiż to zupełnie przeciwne mojej woli, wkrótce zgodziłbym się ze wszystkim co powiedział. Ale jakaś cząstka mnie wciąż protestowała i przywoływała scenkę z pękniętą skorupą z Kima Kiplinga, [tak więc] zacząłem mruczeć do siebie: "Nazywam się Hall, nazywam się Hall..."
Nagle przerwał, spoglądając na mnie spod zmarszczonych brwi. "Co tam mruczysz do siebie?" zapytał.
"Mówię," odparłem, "że nazywam się Hall, ponieważ jeśli posłucham cię dłużej, będę przekonany, że to nazywam się Brown."
"Więc nie zgadzasz się z tym, co powiedziałem?" Śmiał się serdecznie.
"Pierwszy Lordzie," odparłem, "nie zgadzam się z ani jednym słowem z tego, ale nie potrafię się z tobą kłócić. Nie wyćwiczyłem się w tym."
Tak porzuciliśmy temat, a ja wróciłem do łóżka.**
Zresztą ta anegdotka jest ciepła. Znam dwóch panów, którzy potrafią "przekonywać" wywołując u słuchacza zmęczenie wielogodzinnymi perorami (oczywiście wykorzystując przy tym autorytet -- gdyby go nie mieli, rozmówca po prostu wstałby i wyszedł). Po paru godzinach większość słuchaczy podpisuje się pod prawie wszystkim, byle mieć spokój, licząc już tylko na ich kiepską pamięć. Churchillowi przynajmniej można było powiedzieć to w twarz, budząc jedynie serdeczny śmiech. Cóż, młody był, i wśród sprzecznych uczuć, które budził (to potrafiła być osobowość także nieznośnie barwna i romantyczna, zwłaszcza gdy uwzględnimy, że pełniła rolę znaczącego ministra w czasie wojny), wcale liczne były "zakochania się" w nim -- tak określa się na przykład podejście Jacky Fishera, prawie czterdzieści lat starszego reformatorskiego admirała.
Pozostaje mi życzyć Wam spotkań z ludźmi przekonującymi argumentami, a nie wytrzymałością w mowie. I sił. Na wszystkie zamiary!
---
*) Dobra forma Churchilla wynikała częciowo z jego trybu życia -- wstawał, albo raczej, budził się, by zjeść śniadanie w łóżku o ósmej rano, a pracował do godzin nocnych (nie wykluczam, że odpowiedni fragment kiedyś przytoczę na blogu). No dobrze, to trochę mało na dobrą formę, ale zasadniczo on tak pracował -- późno wstać, leniwie rozpocząć dzień, za to trwać na posterunku do drugiej-trzeciej w nocy. Nie każdy był do tego przyzwyczajony.
**) Rear Admiral Reginald Hall, Director of Naval Intelligence:
Once, I remember, I was sent for by Mr. Churchill very late at night. He wished to discuss some point or other with me – at once. […] I only know that his views and mine were diametrically opposed. We argued at somelength. I knew I was right, but Mr. Churchill was determined to bring me round to his point of view and he continued his argument in the most brilliant fashion. It was long after midnight and I was dreadfully tired, but nothing seemed to tire the First Lord. He continued to talk and I distinctly recall the odd feeling that, although it would be wholly against my will, I should in a very short while be agreeing with everything he said. But a bit of me still rebelled and recalling the incident of the broken shard in Kipling’s Kim, I began to mutter to myself: “My name is Hall, my name is Hall…”
Suddenly, he broke off a look frowningly at me. “What’s that you’re muttering to yourself?” he demanded.
“I’m saying,” I told him, “that my name is Hall because if I listen to you much longer I shall be convinced that it’s Brown.”
“Then you don’t agree with what I’ve been saying?” He was laughing heartily.
“First Lord,” I said, “I don’t agree with one word of it, but I can’t argue with you. I’ve not had the training.”
So the matter dropped and I went to bed.
Nadmiar czasu pozwolił mi na lektury. "Nostromo" Josepha Conrada okazało się trochę nazbyt oczywiste, podobnie jak "Castles of steel" Roberta K. Massiego (ale obie książki już czytałem, zresztą czytałem więcej o I wojnie światowej na morzu, co ma duże znaczenie w przypadku "Stalowych zamków"). W "Stalowych zamkach" pozostaje jednak wiele anegdot, w których się rozsmakowuję. (Za to media, po chwilowym odcięciu, nie przyniosły niczego zaskakującego, może tylko parę informacji, które wywołały uśmiech na mojej twarzy. Jednak czasem jest to uśmiech politowania... Morał stąd aż nazbyt prosty, że nie warto o doniesienia codzienne dbać. Choć ten brak dbałości uderza w model 'człowieka politycznego', który się interesuje światem wokół siebie i stara się na niego wpływać.)
Może najbardziej zaskakujący bywa Józef Hen z Dziennikiem na nowy wiek (i wcale nie chodzi o to, że młodym warto przypomnieć, że "dziennik" to słowo określające blog w epoce przedinternetowej), który pyta (m.in.), czy Witold Gombrowicz obierał ziemniaki. I odpowiada -- nie, nie obierał.
Ale wróćmy do anegdot na koniec -- "Castles of steel" -- kontradmirał Reginald Hall, kierujący wywiadem marynarki, wspomina:
Pewnego razu, jak pamiętam, zostałęm posłany przez Churchilla bardzo późno w nocy. Chciał ze mną przedyskutować pewien punkt. [...] Wiedziałem tylko, że nasze wizje są zupełnie przeciwne. Spieraliśmy się przez jakiś czas. Wiedziałem, że mam rację, ale Churchill był zdecydowany by doprowadzić mnie do swojego punktu widzenia i wciąż argumentował w sposób, jak najbardziej błyskotliwy. Było już dawno po północy, a ja byłem śmiertelnie zmęczony, ale nic nie wydawało się męczyć Pierwszego Lorda*. Wciąż mówił, a ja wyraźnie nabierałem dziwnego wrażenia, że chcoaiż to zupełnie przeciwne mojej woli, wkrótce zgodziłbym się ze wszystkim co powiedział. Ale jakaś cząstka mnie wciąż protestowała i przywoływała scenkę z pękniętą skorupą z Kima Kiplinga, [tak więc] zacząłem mruczeć do siebie: "Nazywam się Hall, nazywam się Hall..."
Nagle przerwał, spoglądając na mnie spod zmarszczonych brwi. "Co tam mruczysz do siebie?" zapytał.
"Mówię," odparłem, "że nazywam się Hall, ponieważ jeśli posłucham cię dłużej, będę przekonany, że to nazywam się Brown."
"Więc nie zgadzasz się z tym, co powiedziałem?" Śmiał się serdecznie.
"Pierwszy Lordzie," odparłem, "nie zgadzam się z ani jednym słowem z tego, ale nie potrafię się z tobą kłócić. Nie wyćwiczyłem się w tym."
Tak porzuciliśmy temat, a ja wróciłem do łóżka.**
Zresztą ta anegdotka jest ciepła. Znam dwóch panów, którzy potrafią "przekonywać" wywołując u słuchacza zmęczenie wielogodzinnymi perorami (oczywiście wykorzystując przy tym autorytet -- gdyby go nie mieli, rozmówca po prostu wstałby i wyszedł). Po paru godzinach większość słuchaczy podpisuje się pod prawie wszystkim, byle mieć spokój, licząc już tylko na ich kiepską pamięć. Churchillowi przynajmniej można było powiedzieć to w twarz, budząc jedynie serdeczny śmiech. Cóż, młody był, i wśród sprzecznych uczuć, które budził (to potrafiła być osobowość także nieznośnie barwna i romantyczna, zwłaszcza gdy uwzględnimy, że pełniła rolę znaczącego ministra w czasie wojny), wcale liczne były "zakochania się" w nim -- tak określa się na przykład podejście Jacky Fishera, prawie czterdzieści lat starszego reformatorskiego admirała.
Pozostaje mi życzyć Wam spotkań z ludźmi przekonującymi argumentami, a nie wytrzymałością w mowie. I sił. Na wszystkie zamiary!
---
*) Dobra forma Churchilla wynikała częciowo z jego trybu życia -- wstawał, albo raczej, budził się, by zjeść śniadanie w łóżku o ósmej rano, a pracował do godzin nocnych (nie wykluczam, że odpowiedni fragment kiedyś przytoczę na blogu). No dobrze, to trochę mało na dobrą formę, ale zasadniczo on tak pracował -- późno wstać, leniwie rozpocząć dzień, za to trwać na posterunku do drugiej-trzeciej w nocy. Nie każdy był do tego przyzwyczajony.
**) Rear Admiral Reginald Hall, Director of Naval Intelligence:
Once, I remember, I was sent for by Mr. Churchill very late at night. He wished to discuss some point or other with me – at once. […] I only know that his views and mine were diametrically opposed. We argued at somelength. I knew I was right, but Mr. Churchill was determined to bring me round to his point of view and he continued his argument in the most brilliant fashion. It was long after midnight and I was dreadfully tired, but nothing seemed to tire the First Lord. He continued to talk and I distinctly recall the odd feeling that, although it would be wholly against my will, I should in a very short while be agreeing with everything he said. But a bit of me still rebelled and recalling the incident of the broken shard in Kipling’s Kim, I began to mutter to myself: “My name is Hall, my name is Hall…”
Suddenly, he broke off a look frowningly at me. “What’s that you’re muttering to yourself?” he demanded.
“I’m saying,” I told him, “that my name is Hall because if I listen to you much longer I shall be convinced that it’s Brown.”
“Then you don’t agree with what I’ve been saying?” He was laughing heartily.
“First Lord,” I said, “I don’t agree with one word of it, but I can’t argue with you. I’ve not had the training.”
So the matter dropped and I went to bed.
poniedziałek, 8 marca 2010
Ech... seksista
Ciałko niewieście ku wejrzeniu i dotknięciu jest najrozkoszniejsze, subtelniuchnej barwy ślicznej, skóra na nim piękna a snąca, głowa ozdobna, warkocz ochędożny, włosy miękusienieczkie, snące i odbłuż, kształt oblicza wdzięczny, poźrzenie wesołe, lice ze wszystkich najśliczniejsze, szyja bieluczka, czoło wysokie, szyrokie, pobłyskujące się, oczy ma czerstwiejsze, jaśniejsze, weselsze i wdzięczniejsze, brwi nad nimi pięknie zatoczone, jako dwa sznureczki kunsztownie ułożone, porządnie a przystojnie od siebie odsadzone, z których środka nosek wychodzi równiusienieczki i kształtowny, pod którym usta rumieniuchne, z subtelniuchnemi wargeczkami kształtnie a wdzięcznie złączone, z których gdy się trosiuchnę uśmiechnie, ząbeczki się ukazują, gęściuchno a równiuchno usadzone, śliczniejsze na kość słoniową, których jest mniejsza liczba niż u męża, a to przeto iż nie tak odjezdna i nie tak obmowna.
Przekład rozprawy Korneliusza Agryppy O ślachetności i zacności płci niewieściej, pióra Mikołaja Wirzbięty, Kraków 1575 (za Julian Tuwim Cicer cum caule, czyli groch z kapustą, ISKRY 2006)
Przekład rozprawy Korneliusza Agryppy O ślachetności i zacności płci niewieściej, pióra Mikołaja Wirzbięty, Kraków 1575 (za Julian Tuwim Cicer cum caule, czyli groch z kapustą, ISKRY 2006)
niedziela, 7 marca 2010
Zamiast
Mam przed oczami ludzi, którzy opowiadali mi, jak to gromadzili się po domach, rozkładali szaty kapłańskie na ołtarzu i czytali mszę z książeczki albo z własnych kartek, a miejsce przeistoczenia wypełniali ciszą, bo nie było wśród nich kapłana. Na krześle stawiali krzyż i podchodzili do spowiedzi. Kiedy się nad tym zastanawiam, nie mogę zrozumieć, że pomimo braku tych pewnych źródeł uzdrowienia (Eucharystii, spowiedzi), oni stali się, wyrośli na prawdziwych chrześcijan. Przychodzi mi czasem wstydzić się za siebie, że tak mało staję się chrześcijaninem, bo za bardzo żyję tym, że się nim urodziłem.
Ks. Rafał Lar Każdego dnia staję się księdzem... w Kazachstanie, Z Tej Ziemi (Śląski Kalendarz Katolicki na rok 2010).
Ks. Rafał Lar Każdego dnia staję się księdzem... w Kazachstanie, Z Tej Ziemi (Śląski Kalendarz Katolicki na rok 2010).
sobota, 6 marca 2010
Umysł geniusza, a umysł inżyniera
To nie był umysł marzyciela i geniusza, jak [PAK: Jacky] Fishera, którego idee obejmowały całe spektrum spraw marynarki. Umysł Jellicoe był praktyczny, realistycznym umysłem inżyniera. Fisher pytał: Dlaczego? i Dlaczego nie? Jellicoe pytał: Jak? i Ile?*
Robert K. Massie Castles of steel, Jonathan Cape 2004
---
*It was not the mind of a dreamer and genius like Fischer, whose ideas ranged across the whole spectrum of naval affairs. Jellicoe's was the practical, realistic mind of engineer. Fisher asked Why? and Why not? Jellicoe asked How? and How much?
Robert K. Massie Castles of steel, Jonathan Cape 2004
---
*It was not the mind of a dreamer and genius like Fischer, whose ideas ranged across the whole spectrum of naval affairs. Jellicoe's was the practical, realistic mind of engineer. Fisher asked Why? and Why not? Jellicoe asked How? and How much?
poniedziałek, 1 marca 2010
Z przypisu
Rozległa wiedza Widenmanna pochodziła z sieci drobnych szpiegów, głównie Brytyjczyków opłacanych przez Niemcy, działających wokół brytyjskich baz morskich. Ich istnienie zostało odkryte trzy lata wcześniej, ale zgodnie z klasyczną procedurą kontrwywiadowczą, pozwolono im działać dalej, gdyż, jak realistycznie zauważył Churchill, "inni, o których mogliśmy nie wiedzieć, mogliby zając ich miejsca. W przypadku większości pozotawionych," Churchill twierdził dalej, "czytaliśmy ich meldunki, które regularnie przesyłali do swoich płatników w Berlinie. Dotąd nie mieliśmy nic przeciwko temu, by niemiecki rząd wiedział, iż marynarka prowadzi wyjątkowe akcje zabezpieczające. Ale przyszedł czas, by opuścić kurtynę. ... Na jedno moje słowo, Minister Spraw Wewnętrznych pochwycił tych wszystkich małych zdrajców, którzy za kilka funtów miesięcznie sprzedawali swój kraj."*
Robert K. Massie Castles of steel (przypis), Jonathan Cape 2004
Że szpiegomania w różny sposób nas otacza, czy może otaczała, gdy wciąż się mówiło o agentach, czy informatorach, to samo postępowanie Churchilla (Winstona, który w tym czasie, czyli w roku 1914, odpowiadał za marynarkę wojenną) nie powinno dziwić -- od wywiadu i kontrwywiadu jesteśmy już chyba w Polsce specjalistami mimo woli.
A jednak nieco mnie zdziwiło. Może nie tyle postępowanie, co przyznanie się do niego. Bo gdzieś w środku wierzę, że między popędami, by tak czy inaczej postąpić, a działaniem, powinien pośredniczyć rozum. Tak, jak w tym przypadku. Tymczasem wciąż spotykam sytuacje, gdy go brak. Spalone akcje wokół obserwowanych agentów, czy skandali korupcyjnych -- by być bliżej tematu podjętego przez Massiego; czy próba zablokowania wydania książki Kapuściński non-fiction Artura Domosławskiego, by być trochę dalej tematu, a bliżej czasu obecnego.
---
*) Widenmann's extensive information came from a network of minor spies, mostly British in German pay, operating in and around British naval base. Their existence had been discovered three years earlier but, in a classic counterintelligence procedure, they were allowed to continue because, as Churchill realistically put it, "other of whom we might not have known would have takien their place. Left at large," Churchill continued, "we read their communications which we [then] regularly forwarded to their paymasters in Berlin. Up to this point, we had no objection to the German government knowing that exceptional precautions were being taken by the navy. But the moment had now come to draw down the curtain. ... On a word from me, the Home Secretary laid by the heels all thee petty traitor who for a few pounds a month were seeking to seel their country."
Robert K. Massie Castles of steel (przypis), Jonathan Cape 2004
Że szpiegomania w różny sposób nas otacza, czy może otaczała, gdy wciąż się mówiło o agentach, czy informatorach, to samo postępowanie Churchilla (Winstona, który w tym czasie, czyli w roku 1914, odpowiadał za marynarkę wojenną) nie powinno dziwić -- od wywiadu i kontrwywiadu jesteśmy już chyba w Polsce specjalistami mimo woli.
A jednak nieco mnie zdziwiło. Może nie tyle postępowanie, co przyznanie się do niego. Bo gdzieś w środku wierzę, że między popędami, by tak czy inaczej postąpić, a działaniem, powinien pośredniczyć rozum. Tak, jak w tym przypadku. Tymczasem wciąż spotykam sytuacje, gdy go brak. Spalone akcje wokół obserwowanych agentów, czy skandali korupcyjnych -- by być bliżej tematu podjętego przez Massiego; czy próba zablokowania wydania książki Kapuściński non-fiction Artura Domosławskiego, by być trochę dalej tematu, a bliżej czasu obecnego.
---
*) Widenmann's extensive information came from a network of minor spies, mostly British in German pay, operating in and around British naval base. Their existence had been discovered three years earlier but, in a classic counterintelligence procedure, they were allowed to continue because, as Churchill realistically put it, "other of whom we might not have known would have takien their place. Left at large," Churchill continued, "we read their communications which we [then] regularly forwarded to their paymasters in Berlin. Up to this point, we had no objection to the German government knowing that exceptional precautions were being taken by the navy. But the moment had now come to draw down the curtain. ... On a word from me, the Home Secretary laid by the heels all thee petty traitor who for a few pounds a month were seeking to seel their country."
Subskrybuj:
Posty (Atom)
