Pokazywanie postów oznaczonych etykietą drobiazgi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą drobiazgi. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 października 2010

Bez mediów

Parę dni spędziłem bez mediów. Nie zupełnie „oczywiście” – przez około godzinę oglądałem telewizję, zerkałem przez WAP do Internetu, słyszałem „to i owo” przez telefon, czy od spotkanych ludzi. A przede wszystkim byłem odcięty na tyle krótko, by nie tracić świadomości przewijających się przez media wątków.

Ale – właściwie jedyne informacje, które mogłem śledzić, to te z WAPu mojego operatora komórkowego. O czym było? O „Ryszardzie C.” (gdyby mnie odcięło od mediów choćby parę godzin wcześniej, nie wiedziałbym, co się działo w Łodzi i nie skojarzyłbym jakiegokolwiek Ryszarda C., jeszcze kilka godzin wcześniej najgłośniejszym morderstwem było zabicie Eugeniusza Wróbla*), ‘ustawieniu’ Mistrzostw Europy (ale już w czym, nie raczono napisać), oraz o Nergalu wychodzącym ze szpitala.

Ważne? Nie ważne? Samych informacji bym nie krytykował, ale każda z nich wymagała znajomości kontekstu, a tego już WAP nie dawał. Czy ‘duże’ media dają coś lepszego? Chyba nieco tak. Ale przede wszystkim, wymagają śledzenia na bieżąco. Z tej perspektywy odcięcia trochę brakuje mi takiego medium – skrótowego i prostego, ale informującego także o kontekście, o historii wątku, pozwalającego go śledzić (w obu kierunkach). Tyle, że czy ja, ‘odcięty od mediów’ (chwilowo) byłem jakimkolwiek rynkiem dla mediów? Chyba nie**…

I jeszcze jedno – gdyby nie Życzliwy Głos w telefonie, nie wiedziałbym kto wygrał Konkurs Chopinowski. Bo WAP o nim nie wspominał. Bo gdzie? Wydarzenia? Te są zarezerwowane dla polityki. Sport? Cóż, nawet jeśli ja (i nie tylko) mam skojarzenia sportowe, to nie oczekuję tego od twórców portalu wapowskiego. Rozrywka? A czy Chopin to rozrywka? (Swoją drogą – czy choroba Nergala to rozrywka? Życzę mu dużo zdrowia, ale dwa newsy o chorobie Nergala, przy braku jakiegokolwiek newsa o Konkursie Chopinowskim, to jednak przesada…)

--
*) Którego, skądinąd, miałem okazję poznać w trakcie swoich studiów…
**) Superego szepcze mi w ucho, że takie spostrzeżenie powinno się przetworzyć na portal, WAPowski, chociażby, który by dostarczał takich informacji. Skoro jest na rynku medialnym luka? Ale, właśnie, dla kogo? Czy jakiś reklamodawca wydałby na to pieniądze?

sobota, 16 października 2010

Konkurs

-- Chopin?! U ciebie!? -- zareagowała kiedyś moja Ciocia zobaczywszy na moim biurku płytę z "Czarnej Serii" NIFC. Cóż, trafia się, choć bliżej mi do Bacha, czy Mozarta (może dlatego też, że bliżej mi do oratorium, czy opery, niż do pianistyki). Ale, gdy kolejna znajoma osoba zapytała mnie, czy śledzę Konkurs, bo ona owszem, stwierdziłem, że zerknę... I wciągnęło mnie*!

Muzyka też. Odtwarzam sobie właśnie w tle Sonatę b-moll z wczoraj (Nicolay Khozyainov). Ale muzyki się spodziewałem. Odkryciem są natomiast dla mnie emocje czysto sportowe. Kibice (głównie internetowi), komentatorzy w studio, którzy tak komentują, jakby zaraz miał się pojawić Jacek Gmoch i rozrysować Sonatę b-moll na ekranie. I czekanie na wyniki (i westchnienie ulgi, że raczej przeszli). Uff...

---
*) Nie mój przypadek, ale faktycznie, da się pogadać, jak o serialu. Bo innych też kibicowanie i śledzenie dramaturgii wciąga.

środa, 18 sierpnia 2010

Drobiazgi

Parę dni temu spacerowałem po Beskidach. W większości po trasach mi dobrze znanych z wycieczek sprzed lat -- czasem kilku, czasem kilkunastu.

I tu dla mnie zaskoczenie -- względność tej pamięci. Bo szlaki pamiętałem poprzez swoje odczucia -- jeśli byłem zmęczony, to pamiętałem je jako dłuższe i bardziej strome, jeśli wypoczęty -- jako krótsze i łatwiejsze. I jak tu sobie zaufać?

***

I jeszcze przy okazji wycieczki -- jedno ze schronisk ozdobiły wielkie fioletowe krowy. Nie na cześć Stanisława Barańczaka, a na cześć 'alpejskiego mleka' w czekoladach pewnego koncernu z siedzibą w Chicago. Szkoda, bo choć krowy mnie głównie rozbawiły, to -- po pierwsze, brakuje mi protestów, przeciwko szpeceniu górskiego krajobrazu (coś jest rzeczywiście nie tak, że także w kontekście krzyża przed Pałacem Prezydenckim o estetyce mówi się mało, niechętnie i lekceważąco; to chyba ten sam duch, który pozwala wznosić w miastach i wsiach szkaradziejstwa prawdziwe...), po drugie, tłumaczeń Barańczaka do plecaka nie wziąłem, a i tak był za ciężki. Wziąłbym, przynajmniej jakiś pożytek by był.

***

Przerobiłem szkolenie pierwszej pomocy -- jak się już przyznałem. Przerabiam je, co prawda, co jakiś czas na BHP, ale tym razem chciałem się rzeczywiście czegoś nauczyć. I chyba, przynajmniej jak dotąd, nauczyłem, korzystając do woli z luksusowych warunków i możliwości przetestowania prawdziwego defibrylatora.

Ale -- nachodzi mnie taka refleksja, że w pierwszej pomocy najtrudniejsza jest pewna bariera psychologiczna. Bo bardzo niechętnie podejmuje się kontakt z zupełnie obcym człowiekiem, a tu jeszcze nie chodzi o wymianę uprzejmości, ale o fizyczny kontakt. I to taki, w którym -- jak się ma świadomość -- można zrobić coś nie tak.

Mam nadzieję, że bym sobie z tym poradził w chwili próby (i mam nadzieję, że nie będę musiał tego sprawdzać w praktyce). Jakimś pozytywnym znakiem jest to, że widywałem ludzi, którzy spontanicznie pomagali innym, zupełnie obcym, często zniechęcającym do kontaktu.

poniedziałek, 31 maja 2010

Drobiazgi… albo XXI wiek w ubiegłym tygodniu…

Środa:

Dzień Matki. Kwiaciarnia reklamuje to święto w wiadomym celu. A na drzwiach karteczka z prezentem dla mam na czasie: „W sprzedaży parasole”.

Czwartek:

Lekarz: Ha! Ja to wykryłem przy takim pobieżnym badaniu! No, ale ja jestem starym wyga! – cii… lepiej nie mówić, że to samo wykryła pielęgniarka parę godzin wcześniej…

Piątek:

W kiosku dworcowym oglądam pisma w języku obcym. Na jednym napisano (długopisem) 12,- a pod tytułem: 1,90 euro. Podchodzę do sprzedawcy, a on: „Zwylf ojro”„Nie, nie” – pokazuję na cenę pod tytułem – „euro dziewięćdziesiąt, a dwanaście złotych.”. Sprzedawca: „Żartowałem.”.

Sobota:

Na nauce przedchrzcielnej spotykam młode matki. Rozmowa zeszła na czerwień wózka. „W uroki można wierzyć lub nie” – mówi jedna – „ale lepiej je odczynić”.

Niedziela:

Internet odmawia posłuszeństwa. Może uroku nie odczyniłem? Uroku przerywającego światłowody?

niedziela, 2 maja 2010

Drobiazgi

Nie jest to piękny długi weekend. Mogę odpocząć od łowienia myszy, które nam się do pracy wprosiły. (No dobrze, nieco przesadzam – złowiłem jedną mysz, to wszystko. A właściwie to sama się złowiła – ja tylko się zorientowałem w co…) Wczoraj, podczas porannego spaceru spotkałem więcej ślimaków niż ludzi…

(Ale nie, żeby nie było co oglądać – bo po tak wymarłych ulicach sunęło, piękne, czerwone ferrari na krakowskich numerach. W ogóle, spotykam coraz więcej samochodów luksusowych – tydzień temu jakiegoś sportowego jaguara, a różne modele porsche to ‘normalka’. Polska nam się bogaci, co się chwali!)

***

Ślimaki i ferrari to jednak rano. Pierwszomajowy wieczór spędziłem na transmisji z METArmidzie Gioacchino Rossiniego. Armida? Cóż, Renee Fleming (w tytułowej roli) mnie nie zaczarowała i nie uwiodła; panie z rzędu za mną gadały cały czas, nie zwracając najmniejszej uwagi na prośby o nieprzeszkadzanie; a muzyka była transmitowana zbyt głośno w tym nazbyt konserwatywnym (akt I) spektaklu. Ale i tak był to bardzo przyjemny wieczór. Zresztą, moim celem było przede wszystkim wykorzystanie okazji (tj. zbywającego komuś biletu) do sprawdzenia, jak funkcjonują takie transmisje. I muszę przyznać, że różnica (pozytywna) w porównaniu do opery odtworzonej w domu z DVD jest większa niż tylko brak darmowego (tj. w cenie biletu) wina w przerwie – nawet jeśli publiczność (nie licząc owych pań za mną) reagowała trochę nazbyt kinowo, a za mało operowo. Po prostu sam fakt oglądania poza domem, wymuszenie innego podejścia do czasu, bardzo ułatwiał odbiór.

Zachęca mnie to na przyszłość – w końcu mogę sobie kupić butelkę wina i spożytkować ją na przerwy w Pierścieniu Nibelunga (przypuszczam, że przy moim zużyciu wina właśnie w takiej objętości muzyki bym jedną butelkę zużył), ale skoro w MET w przyszłym sezonie będzie nowy Pierścień Riczarda Wagnera (że zacytuję panią wprowadzającą, aczkolwiek i tak dobrze, że Wagnera, a nie Łognera), z animacjami komputerowymi, to może…

***

Dopiero co cytowałem Boya, a tu proszę, miejscowy ksiądz dał popis – słuchałem, jak to nie mamy co gonić Europy, bo my jak hulajnoga, oni jak motor – nigdy ich nie dogonimy, i jak Jan Paweł II chciał, byśmy weszli do Unii, to dlatego byśmy im nieśli wiarę, bo oni jej nie mają za grosz i są jak hulajnoga, a my jak motor…

***

Pogoda nadal kiepska – sięgnę chyba po ostatnio wypożyczoną książkę, pod znamiennym tytułem: How to Lie with Statisitcs

***

Życzę udanego Dnia Flagi! I nie mniej udanego Dnia Polonii i Polaków za Granicą!

Reblog this post [with Zemanta]

piątek, 23 kwietnia 2010

Z delegacji, czy jak to nazwać?

Gdańsk mnie jakoś omijał. Może powinienem napisać odwrotnie -- że to ja omijałem Gdańsk, ale ta wersja z dwóch względności ruchu obiektów względem siebie, zakłada jakąś celowość z mojej strony, której przecież nie było. Czy zaś Gdańsk postępował celowo, tego mi nie sądzić. Było raz już blisko, ale może właśnie dlatego, że to był sierpień roku 1980, to jakoś zabrakło dziesięciu, czy dwudziestu kilometrów.

Ale w końcu kursy się przecięły zrządzeniem siły wyższej, ba! sektorowo najwyższej, czyli Ministerstwa. Zanim jednak decyzja Ministerstwa zamieniła się na moja fizyczną obecność w Gdańsku, spotkała mnie do Gdańska droga.

Polska zza okien pociągu zaskoczyła mnie. Pozytywnie, choć nie bez zastrzeżeń. Zwykle jeżdżę na północ najwyżej do Warszawy, więc zupełnie nie doceniam polskich równin, tak podobno dla naszego krajobrazu charakterystycznych. Zaskoczyły mnie one otwartymi przestrzeniami nieba. Ale też i tym, że aż tak wiele ich nie było -- otwierały się przede mną i krajobrazy mi obce -- a to farma wiatraków, a to wzgórza windowsowskie, piękne jak z pulpitu...

Po drodze sporo się robi na Euro 2012 -- Stadion Narodowy, tory i stacje (zwłaszcza na północ od Warszawy, a skutki w opóźnieniu kursowania PKP już sobie wliczyła w informację kolejową), mury obronne (w Gdańsku odnawiane, jakby historyczne centrum obawiało się inwazji pseudokibiców; a i w podejrzanie dobrym stanie w Malborku) -- Polska nam piękną może być, gdyby tylko lepszy stan pociągowych toalet...

Gdańsk zwiedzałem z rana i z wieczora, co specyficznym świetle stawiało Długi Targ i Neptuna, a poza tym zamykało przede mną sklepy i muzea. Finansowo zdecydowanie było to stawianie dobre, a i tak przekroczyłem harmonogram wydatków. Z punktu widzenia widza-zwiedzacza, dobre to nie było. Ale może, z całym nieprzygotowaniem, otwierało inne perspektywy? Spacery od dworca do Sołdka i od Sołdka do dworca (tyle, że raz zostawiwszy go na drugim brzegu, a raz nie), herbata jesienna* (choć może na pogodę lepsza byłaby zimowa, z procentowym miodem, zamiast zwykłego), Bazylika Mariacka (świeży pochówek Macieja Płażyńskiego przyciągnął mnie, niby fotograficzną pszczółkę, morzem kwiatów -- Polska pochowała prezydenta, a teraz zostało regionom chowanie ich zmarłych, często faktycznie bliższych i bardziej przeżywanych) pociągająca bardziej rozmiarami niż pięknem, mimo szlachetnej bieli wnętrz.

Hotel? Cóż, wiedziałem ile zapłacę (albo raczej: ile zapłacimy, bo funduje go Ministerstwo utrzymywane z Naszych podatków, za który to udział w moich kosztach serdecznie dziękuję), więc mogę jedynie dodać, że swoją cenę pokoju nosił godnie i zachęcał do ruchu prawie jak PKP, oferując wypożyczenie rowerów, kijów do nordica, czy udostępnienie salonu fitness. Nie wiem, czy to pociecha, czy nie, że nie korzystałem, zbytnio ściśnięty między przyjazd, wyjazd i sprawę zawodową do załatwienia**.

I dopiero na zakończenie wizyty, gdy skończyły się obowiązki i doby hotelowe, zdobywałem forty, które nadal służą chemii. Niegdyś artyleryjskiej i niszczycielskiej, dziś edukacyjnej. I które wreszcie pozwalały dojżeć morze, nasze morze, wygądane wciąż.


A potem powrót. 10 godzin gniecenia się w pociągu, bardziej zdezelowanym niż poprzedni. Wśród nocy, a więc bez licznych widoków, bez lektury, wśród nieczytającego towarzystwa. Pozdrawiam, próbują się nieco odwiesić i dojść z sobą do ładu.

---

*) Korzenna, z miodem, cytryną i pomarańczą. Podobną piłem kiedyś w rodzinnym mieście, ale różniły się średnicą naczyń, w którym je podano (w Gdańsku bardziej przysadziste -- szeroki i niski kubek, podczas gdy u mnie w kielichu wysokim), oraz porą roku, bo moja zimowa odpowiadała gdańskiej wiosennej, a gdańska zimowa pozostała bez odpowiednika, co niestety nie przekłada się na trzeźwość przeciętnego przechodnia.

**) Skądinąd bardzo ciekawą, ale że częściowo pofuną to muszę się gryź w palce, nim wystukając, co nie trzeba. Może innym razem, nie wprost, aluzjami?

Reblog this post [with Zemanta]

środa, 7 kwietnia 2010

Drobiazgi

Wyjątek z listu nadesłanego “Kurierowi Warszawskiemu” w r. 1826 (nr 4):

Tak mało wychodzi teraz książek polskich, iż jest prawie zbrodnią literacką i tym jeszcze kazać w składach czekać na mule, i tym sposobem rozszerzać postrach od mowy polskiej. Przejęty tą prawdą, kupuję i czytam to wszystko, co tylko zrozumieć mogę. Wierszów tylko nie czytam, bo mi życie miłe, a wyczytałem w pewnych lekarskich radach, że poezja romantyczna rodzi skłonności do apopleksji…

Julian Tuwim Cicer cum caule, ISKRY 2006

Ja tylko tak… ten… tego… ostrzegam…

***

Spotykam dzisiaj kolegę. I narzeka. Że nic się nie dzieje. Że dziury coraz większe, budynki coraz bardziej zaniedbane. A przede wszystkim:
-- Byłeś w Bytomiu?
-- Byłem.
-- Zaniedbane elewacje…
-- Byłem i to robi wielkie wrażenie. Złe… Nie… niejednoznaczne. Bo budynki ładne, zabytkowe, ale opuszczone, brudne, zaniedbane…


Mogłem polemizować (polemizowałem, bo widzę firmy i firemki, które próbują coś rozkręcić, zresztą obaj z kolegą znamy takich biznesmenów), ale Bytom… Tak, to jest argument. Byłem dwa tygodnie temu i ciągle się to kołacze w mojej pamięci.

***

Jeśli wrogowie cię chwalą — powinien był zreflektować się premier Miller — to znaczy, że popełniłeś błąd.
Józef Hen Dziennik na nowy wiek, WAB 2009

(Hen w ogólności racji nie ma – przynajmniej moim zdaniem, bo czasem, zwłaszcza w polityce, interes bywa wspólny, ale w szczególności potrafi ją mieć. (Jak i w tym przypadku.))

***

Jadę w Lany Poniedziałek tramwajem. 4:40. Do tramwaju wpada młody chłopak (z kolegą) i skanduje:
-- Śmierdziele, śmierdziele!
Po czym zwraca się do kolegi:
-- No jak, wysiadamy?
I wysiedli.

Aż dość sadystyczny pomysł na walkę z subkulturą pseudokibiców – należałoby ich nagrywać na video, a potem skazywać na oglądanie własnego zachowania przez kilka godzin dziennie…

***

Im dłużej się go słuchało, tym wyraźniej było widać, że istnieje ścisły związek pomiędzy jego niezdolnością do mówienia a jego niezdolnością do myślenia, mianowicie myślenia z pozycji innego człowieka. Nie można się było z nim porozumieć, nie dlatego, że kłamał, lecz dlatego, że otaczał go mur najlepiej zabezpieczający przed słowami i obecnością innych, a zatem przed samą rzeczywistością.
Hannah Arendt Eichmann w Jerozolimie, tłum. Adam Szostkiewicz, Znak 1998

***

Ale żeby nie było pesymisytcznie -- pięknie potrafi wiosną być!

środa, 10 marca 2010

Nazywam się PAK

Patrząc za okno, widzę, że mój kalendarz pozostaje proroczy w swoich fotografiach polskiej przyrody. Marzec -- a za oknem bywa (choć nie dominuje, ot, tylko tu i ówdzie) śnieg. Gorzej, że równie prorocze nie są moje wpisy-plany, umieszczone pod datami. 5, 8, 9, 10 i 13 (a zapewne i 12) marca -- skreślam (siła wyższa, bezsiła niższa). Skreślam z różną siłą żalu, czasem w poczuciu, że tak lepiej, czasem wciąż nie mogąc się pogodzić...

Nadmiar czasu pozwolił mi na lektury. "Nostromo" Josepha Conrada okazało się trochę nazbyt oczywiste, podobnie jak "Castles of steel" Roberta K. Massiego (ale obie książki już czytałem, zresztą czytałem więcej o I wojnie światowej na morzu, co ma duże znaczenie w przypadku "Stalowych zamków"). W "Stalowych zamkach" pozostaje jednak wiele anegdot, w których się rozsmakowuję. (Za to media, po chwilowym odcięciu, nie przyniosły niczego zaskakującego, może tylko parę informacji, które wywołały uśmiech na mojej twarzy. Jednak czasem jest to uśmiech politowania... Morał stąd aż nazbyt prosty, że nie warto o doniesienia codzienne dbać. Choć ten brak dbałości uderza w model 'człowieka politycznego', który się interesuje światem wokół siebie i stara się na niego wpływać.)

Może najbardziej zaskakujący bywa Józef Hen z Dziennikiem na nowy wiek (i wcale nie chodzi o to, że młodym warto przypomnieć, że "dziennik" to słowo określające blog w epoce przedinternetowej), który pyta (m.in.), czy Witold Gombrowicz obierał ziemniaki. I odpowiada -- nie, nie obierał.

Ale wróćmy do anegdot na koniec -- "Castles of steel" -- kontradmirał Reginald Hall, kierujący wywiadem marynarki, wspomina:

Pewnego razu, jak pamiętam, zostałęm posłany przez Churchilla bardzo późno w nocy. Chciał ze mną przedyskutować pewien punkt. [...] Wiedziałem tylko, że nasze wizje są zupełnie przeciwne. Spieraliśmy się przez jakiś czas. Wiedziałem, że mam rację, ale Churchill był zdecydowany by doprowadzić mnie do swojego punktu widzenia i wciąż argumentował w sposób, jak najbardziej błyskotliwy. Było już dawno po północy, a ja byłem śmiertelnie zmęczony, ale nic nie wydawało się męczyć Pierwszego Lorda*. Wciąż mówił, a ja wyraźnie nabierałem dziwnego wrażenia, że chcoaiż to zupełnie przeciwne mojej woli, wkrótce zgodziłbym się ze wszystkim co powiedział. Ale jakaś cząstka mnie wciąż protestowała i przywoływała scenkę z pękniętą skorupą z Kima Kiplinga, [tak więc] zacząłem mruczeć do siebie: "Nazywam się Hall, nazywam się Hall..."

Nagle przerwał, spoglądając na mnie spod zmarszczonych brwi. "Co tam mruczysz do siebie?" zapytał.

"Mówię," odparłem, "że nazywam się Hall, ponieważ jeśli posłucham cię dłużej, będę przekonany, że to nazywam się Brown."

"Więc nie zgadzasz się z tym, co powiedziałem?" Śmiał się serdecznie.

"Pierwszy Lordzie," odparłem, "nie zgadzam się z ani jednym słowem z tego, ale nie potrafię się z tobą kłócić. Nie wyćwiczyłem się w tym."

Tak porzuciliśmy temat, a ja wróciłem do łóżka.**




Zresztą ta anegdotka jest ciepła. Znam dwóch panów, którzy potrafią "przekonywać" wywołując u słuchacza zmęczenie wielogodzinnymi perorami (oczywiście wykorzystując przy tym autorytet -- gdyby go nie mieli, rozmówca po prostu wstałby i wyszedł). Po paru godzinach większość słuchaczy podpisuje się pod prawie wszystkim, byle mieć spokój, licząc już tylko na ich kiepską pamięć. Churchillowi przynajmniej można było powiedzieć to w twarz, budząc jedynie serdeczny śmiech. Cóż, młody był, i wśród sprzecznych uczuć, które budził (to potrafiła być osobowość także nieznośnie barwna i romantyczna, zwłaszcza gdy uwzględnimy, że pełniła rolę znaczącego ministra w czasie wojny), wcale liczne były "zakochania się" w nim -- tak określa się na przykład podejście Jacky Fishera, prawie czterdzieści lat starszego reformatorskiego admirała.

Pozostaje mi życzyć Wam spotkań z ludźmi przekonującymi argumentami, a nie wytrzymałością w mowie. I sił. Na wszystkie zamiary!

---

*) Dobra forma Churchilla wynikała częciowo z jego trybu życia -- wstawał, albo raczej, budził się, by zjeść śniadanie w łóżku o ósmej rano, a pracował do godzin nocnych (nie wykluczam, że odpowiedni fragment kiedyś przytoczę na blogu). No dobrze, to trochę mało na dobrą formę, ale zasadniczo on tak pracował -- późno wstać, leniwie rozpocząć dzień, za to trwać na posterunku do drugiej-trzeciej w nocy. Nie każdy był do tego przyzwyczajony.

**) Rear Admiral Reginald Hall, Director of Naval Intelligence:

Once, I remember, I was sent for by Mr. Churchill very late at night. He wished to discuss some point or other with me – at once. […] I only know that his views and mine were diametrically opposed. We argued at somelength. I knew I was right, but Mr. Churchill was determined to bring me round to his point of view and he continued his argument in the most brilliant fashion. It was long after midnight and I was dreadfully tired, but nothing seemed to tire the First Lord. He continued to talk and I distinctly recall the odd feeling that, although it would be wholly against my will, I should in a very short while be agreeing with everything he said. But a bit of me still rebelled and recalling the incident of the broken shard in Kipling’s Kim, I began to mutter to myself: “My name is Hall, my name is Hall…”

Suddenly, he broke off a look frowningly at me. “What’s that you’re muttering to yourself?” he demanded.

“I’m saying,” I told him, “that my name is Hall because if I listen to you much longer I shall be convinced that it’s Brown.”

“Then you don’t agree with what I’ve been saying?” He was laughing heartily.

“First Lord,” I said, “I don’t agree with one word of it, but I can’t argue with you. I’ve not had the training.”

So the matter dropped and I went to bed.


Reblog this post [with Zemanta]

środa, 24 lutego 2010

Na marginesie niedawnej lektury

Odkładam na półkę Mieszka II Gerarda Labudy (Wydawnictwo Poznańskie 2008), gdzie autor zaskakująco dużo miejsca poświęcił rządom Kazimierza Odnowiciela. Zaskakująco, ale nieprzypadkowo – czasy Mieszka II i Kazimierza Odnowiciela są słabo znane (poniekąd dlatego mnie interesują), co wynika ze szczupłości źródeł opisujących czasy wielkiego kryzysu państwa przypadającego na czasy Mieszka II, ale i początek panowania Kazimierza Odnowiciela. Szczupłe źródła sprawiają, że wątpliwości i fakty łączą oba te panowania.

Ten kryzys… Przemykamy się nad nim czytając o przeszłości. Chwalebne wojny Bolesława Chrobrego, a prawie zaraz potem koronacja Bolesława Śmiałego. I dziura. I chęć by tę dziurę lekceważyć. Pamięta się może o początkach klasztoru w Tyńcu, ale niewiele więcej.

***

Dlatego lektura przypomniała mi zdziwienie, gdy parę lat temu, zwiedzając katedrę w Arras, a w niej oglądając współczesną tablicę poświęconą historii chrześcijaństwa, nie znalazłem Mieszka I i chrztu w roku 966. Nie. Znalazłem Kazimierza (Casimir le Rénovateur) i wprowadzenie chrześcijaństwa do Polski w roku 1040.

poniedziałek, 15 lutego 2010

Drobiazgi

Właśnie wróciłem z Urzędu Miejskiego. Powód? Odebranie ‘awiza’ (awizo numer dwa, choć awiza numer jeden nie otrzymałem), pozostawionego przez gońca miejskiego, gdyż nie było mnie przez kolejne trzy dni w domu (oczywiście zdaniem UM, które dość nieszczęśliwie to sformułowało, bo ja w domu owszem, bywałem, ale nie w godzinach wizyt gońca). Oczywiście trzeba się stawić osobiście w UM by awizo odebrać, co nie jest najprostsze dla osób pracujących, gdyż UM jest otwarty zwykle od 7:00 do 14:30 (jeden dzień w tygodniu otwarty jest dłużej, właśnie dla osób pracujących – do 16:30; oczywiście otwarty jest budynek, bo biura już niekoniecznie…). Pytanie moje, jako obywatela, czy nie można by rozsyłać zawiadomień z urzędu pocztą? Na pocztę zwykle jest bliżej, pracuje też ona dłużej (moja lokalna od 7 do 20), a listonosze są lepiej obeznani z mieszkańcami.

Nie wykluczam, że problem tkwi w pieniądzach. Jakąś dekadę temu, znajoma wyrażała swoją złość na miejskie gazetki informacyjne (nie w moim miejscu zamieszkania), pełne pustosłowia i pochwał, a robione za jej, podatnika, pieniądze. Aż wpadła na znajomego, który zasiadał w komisji kultury (jako konsultant społeczny), który wyjaśnił, że sam za gazetką miejską głosował. Dlaczego? Bo Urząd był zobowiązany do zamieszczania ogłoszeń w prasie, a wydawanie własnej gazetki wychodziło taniej, niż kierowanie ogłoszeń do prasy regionalnej...

Taniej, ale czy lepiej? O skutku ubocznym, jakim było zwasalizowanie dziennikarzy wobec UM, nie warto wspominać.

***

U Adama Szostkiewicza na blogu dyskusja na temat nożowników i zamordowania policjanta w Warszawie. Przypomniała mi ona doświadczenie sprzed paru miesięcy, gdy to wszedłem do sklepu dla kibiców lokalnego klubu sportowego, ot, rozglądając się za koszulką (nie miałem nic przeciwko by dofinansować takim zakupem klub, nawet jeśli koszulki nie mógłbym nosić w miejscowościach, gdzie są inne kluby, konkurencyjne…).

Może domyślacie się, jak i ja się domyślałem, że w takim miejscu będzie sporo koszulek mniej lub bardziej klubowych, może jakieś regionalne, czy ogólnopolskie*? No to domyślacie się źle. Co prawda może jakieś koszulki klubowe były, ale większość towaru to koszulki i dresy (tych drugich więcej) z napisami typu JP, CHWDP**, życzeniami śmierci dla zdrajców i „psów”. Wyszedłem dość przerażony. Owszem, kibice mają własne zasady i ja dla nich przeciwnikiem nie jestem. Ale nie mogę do dzisiaj się pogodzić z tym przyzwoleniem na agresję. Na tak otwarte demonstrowani nienawiści. Gdyby pojawił się sklep ze strojami ozdobionymi napisami kierującymi nienawiść ku innym narodowościom, czy nawet mniejszością seksualnym, zapewne doczekałby się przynajmniej pikiety protestacyjnej. Ale przeciwko kibicom innych drużyn i policji?

(Rozumiem, że właściciele sklepu sobie kupili odpowiednie rolety, po kolejnym wybiciu szyby przez kibiców przeciwnej drużyny, i teraz na pomocy policji już im nie zależy...)

***

A chcecie pokibicować? Z przykrością obserwowałem polemikę na łamach Archeologii Żywej na temat wiarygodności rekonstrukcji twarzy Mikołaja Kopernika. Że jednak pojawił się odpowiedni wpis na łamach Archeowieści, czuję się z obowiązku referowania zwolniony.

(Może tylko zauważę dwie rzeczy. Pierwsza, czego szczęśliwie Wojciech Pastuszka na Archeowieściach nie poruszył, że w ruch poszły także argumenty polityczne. I druga – nieprzyjemnie zdziwiło mnie potraktowanie samego procesu rekonstrukcji jako swoistej czarnej skrzynki, na którego wyniki można się powoływać, ale już orientować się w nich niekoniecznie. (Tak, pamiętam, że obiecałem Torlinowi już dawno, że odgrzebię materiały na temat rekonstrukcji twarzy na podstawie twarzoczaszki. I nic – nie odgrzebałem, a to co pamiętam z referatów na ten temat ulatnia się coraz bardziej…))

---

*) Zdjęcie ze sklepu dla kibiców. Ale wrocławskiego.

**) Już dobrze nie pamiętam, ale mam nadzieję, że byli przynajmniej ortograficzni…

sobota, 6 lutego 2010

Drobiazgi

Relacji pociągowej ciąg dalszy – we wtorek okazało się, że część (znaczna) pociągów na mojej trasie do/z pracy została odwołana. Pozostałe… w środę bodajże miałem się nieprzyjemność przekonać, że nie kursują idealnie. (Inna rzecz, że ma się poczucie szczęścia w nieszczęściu, gdy własny, spóźniony pociąg wyprzedza dwa inne, wcześniej odjeżdżające, które utknęły na zablokowanym torze. Mogło być gorzej, o czym mieli nieszczęście się przekonać pasażerowie tamtych dwóch pociągów, wyglądający zdezorientowani przez okna.)

(Odwołanie jest czasowe – powinno trwać do końca najbliższego tygodnia. Słowem: Walentynki dniem miłości kolei do pasażerów!)

***

Zainspirowany przez Basię przeglądałem różne papierzyska, umowy i znalazłem coś takiego:

Suma ubezpieczenia z tytułu dożycia.
Suma ubezpieczenia z tytułu śmierci.

No cóż, jak dotąd ryzykuję dożycie… Czego i Wam życzę!

(A zwłaszcza, ze złośliwą satysfakcją, życzę swego dożycia ubezpieczycielowi, bo nie dość, że wtedy pieniądze wydam sam, to jeszcze wypłaci ich więcej niż w wypadku śmierci. Grzech obchodzenia podatku Belki na to zasługuje, nieprawdaż?)

***

W środę przechodziłem koło sklepu, na którym pisało: „Sklep kolekcjonerski”. Jako kolekcjoner (raz tego, raz czegoś innego), wciąż z kolekcjonowania niewyleczony (choć chyba mam aktualnie jakąś remisję tej choroby, bo poza „Czarną serią”, czyli muzyką Fryderyka Chopina na dawnych fortepianach wydawaną przez NIFC niczego w tym roku jeszcze nie kolekcjonowałem), chciałem już wejść i zapytać, co można w nim kolekcjonować. A potem sobie przypomniałem… I zrobiło mi się głupio…

***

Gramophone (numer styczniowy z bieżącego roku): Zestawiłaś go [PAK: Koncert skrzypcowy Dvoraka] na swoim nowym nagraniu z Szymanowskim. Wydaje się to rodzaj dzieła, które wygrywa nagrody, ale nie zajmuje dobrego miejsca w repertuarze. Dlaczego tak jest?

Arabella Steinbacher: Ponieważ partia skrzypcowa jest zwykle tak wysoko i wymaga gry ukazującej różnorodne barwy. Można tak wiele wydobyć z tej muzyki, ale w sali koncertowej, niestety nie wychodzi to tak dobrze. Orkiestracja też jest zwykle bardzo tak bogata, że trudno jej słuchać na sali. W przypadku nagrania, z drugiej strony, możesz robić co tylko zechcesz, ponieważ mikrofony są blisko *.

Arabellę Steinbacher wynotowałem, bo przypomniał mi ją wczorajszy koncert. Co prawda to nie był Szymanowski, a Koncert na altówkę Sir Williama Waltona, oraz III Symfonia Sergieja Rachmaninowa, ale też miałem wrażenie, że trochę za dużo instrumentów gra w tak małej sali (że się tak eufemistycznie wyrażę), przez co umyka mym uszom wiele uroków tych dzieł.

***

Nie wspomnę tu o przydatności przynajmniej podstawowych wiadomosci z logiki i metodyki badań naukowych, aby nie odstraszyć ewentualnych kandydatów na studia archeologiczne, którym ta książka wpadłaby w ręce.
Jan Dąbrowski Polska przed trzema tysiącami lat, Trio 2009

(Cicho-sza! Bez archeologów nikt nam nie wybuduje autostrad!)

---
*) Gramophone: You’ve paired it on your new recording with the Szymanowski. That seems to be the sort of work that often wins awards but still doesn’t hold prime place in the repertoire. Why is that?
Arabella Steinbacher: Because the violin part is very often really high and yet it needs to be played with a lot of different colours. You can make so much out of this music but on stage in a concert hall unfortunately it doesn’t come over so well. The orchestration is also often quite thick so it can be difficult to be heard in the hall. In a recording, on the other hand, you can do anything because the microphone is so close.

sobota, 16 stycznia 2010

Drobiazgi

Na blogu pojawiają się u mnie wciąż cytaty, ostatnio coraz częściej bez mojego komentarza. Tak wolę, ale z drugiej strony mam wrażenie, że blog staje się coraz bardziej bezosobowy… Wrażenie to tym bardziej mi doskwiera, że założyłem osobny blog na cytaty bez komentarzy. (Pozazdrościłem 3M rzecz jasna.) Co prawda, te na których najbardziej mi zależy i tak tu trafiają, ale… Ale postanowiłem wynotować parę „drobiazgów”, bardziej prywatnych.

Piszę tę notkę, zatrzymawszy film. Filmem jest Harakiri Masaaki Kobayashiego z 1962 roku. Zapowiada się fascynująco! Swoją drogą, film na płycie opisany jest jako Harakiri, ale już tłumaczenie w napisach tytułu jest Harakiri/Seppuku… Ciekawe, jak to jest w oryginale? To bynajmniej nie bez znaczenia, przynajmniej nie dla Japończyków. Jeśli tytuł brzmi Harakiri, stanowił by on nacisk na okrucieństwo samego czynu, Seppuku raczej na tradycję samurajską… Film zapowiada się fascynująco z dwóch powodów – raz, ukazuje część tradycji, która nie pasuje do potocznych wyobrażeń o dawnej Japonii; dwa – samurajski kostium skrywa treść psychologiczną, może wydumaną (z naszego punktu widzenia), ale przejmującą.

Ale dość o Harakiri, w końcu film muszę obejrzeć od końca! Oglądałem tez w ostatnich tygodniach dwa inne filmy Masaaki Kobayashiego – Bunt z 1967 i Kwaidan z 1964.

Bunt nosi pewne podobieństwa z Harakiri. W obu filmach ważne są zasady postępowania samurajów czasów szogunatu. W obu jednak chodzi nie o historię, a o psychologię. Bunt to opowieść o narodzinach osobowej godności samuraja Sasahary (gra go Toshiro Mifune), który przedtem był dość anonimowym i bezwolnym sługą księcia Matsudaira i… własnej żony. A zapalnikiem buntu jest jego synowa, traktowana przez ród Matsudaira jak przedmiot, którym można swobodnie dysponować, a która ma dość wewnętrznej siły, by się temu przeciwstawić i tchnąć odwagę w otaczających ją mężczyzn. Zresztą, co ja będę opowiadał – film ukazał się w ubiegłym roku w Polsce na DVD, jest więc dostępny dla wszystkich zainteresowanych. Jest i szermierka, i egzotyczne stroje, i honor, i poruszająca historia.

Kwaidan to zupełnie inna rzecz… Film reklamowany jest jako film grozy, choć bardziej przypominał mi cykl czterech poetyckich, egzotycznych baśni. Owszem, podtytuł Opowieści niesamowite jest trafny, ale raczej jako nawiązanie do Edgara Allana Poe, niż do Stephena Kinga, powiedzmy. Obszerne fragmenty Kwaidan można znaleźć w Internecie, choć nie wiem na ile one, wyrwane z kontekstu, będą czytelne. Spragnionych baśni również odsyłam do filmu, choć rekomenduję go z pewnym zastrzeżeniem – opowieść czwarta (W czarce herbaty) mnie rozczarowała, pierwsza (Czarnowłosa i druga (Pani Śniegu) są nazbyt czytelne i przewidywalne (ale i tak dobrze się je ogląda – to film, którego siła tkwi w świetle i scenografii, a nie w zaskakiwaniu widza).

Swoją drogą, Kwaidan (jak i pozostałe dwa filmy) wydano w cyklu Azjamania, co w jego przypadku oznacza, że dołączono reklamówkę innych filmów tego cyklu – w większości rodem z Bollywood, który z Kwaidan zdaje się nie mieć nic wspólnego. (Albo weźmy inne porównanie – wydawcy Rashomona piszą, że wiele mu zawdzięcza Hero. Prawda, ale jakże różne są te filmy. I jak, mimo efektownych scen Hero, surowość Rashomona bardziej mnie pociąga. Dokąd zmierza to azjatyckie kino?)

***

Ale dość o filmach, które w gruncie rzeczy oglądam rzadko… A na dokładkę, których treści nie mogę zdradzać, bo popsuję przyjemność ewentualnym widzom spośród Czytelników. A jakby i tego było mało, to obecnie oglądam filmy z lat 60-tych, jestem więc dobre 40 lat zapóźniony. Kolejny ważny temat – komunikacja!

Ważny, bo dojeżdżam do pracy pociągiem. I krótko mówiąc nie jest dobrze… Zima, przynajmniej na Górnym Śląsku, jest dość przeciętna – owszem, śniegu może więcej niż rok i dwa lata temu, ale bez porównania cieplej i mniej śnieżnie w roku 2006. Mimo to PKP zanotowała największe problemy w mojej historii codziennych dojazdów, czyli niemal osiemnastu lat codziennych kontaktów. W poniedziałek w ogóle nie udało mi się dostać do pracy. We wtorek wydawało się, że skończy się na pociągu spóźnionym o godzinę, gdyby nie wypadek po przejechaniu paru kilometrów – ktoś wpadł pod pociąg. Wezwano policję i prokuraturę, a PKP wezwała pasażerów (którzy dotarli po torach na nieodległą stację) do korzystania z innych środków transportu. To wszystko, gdy radio wzywa do korzystania z… transportu publicznego. Jakby problemów z zimą (a raczej z brakiem rzutkości i rutynowych modernizacji na PKP) było za mało – w piątek ktoś próbował ukraść sieć trakcyjną… Opisy w mediach lokalnych sugerują, że byłby to niezły scenariusz filmu sensacyjnego. Z mojego prywatnego punktu widzenia oznaczało to opóźniania i odwołane pociągi – czyli wyzwalało adrenalinę równie dobrze jak sensacyjny film.

***

W grudniu pisałem o prelekcji przed koncertem, gdzie red. Anna Woźniakowska przesłodziła obraz Mozarta. Nawet do Mozartkugel tego nie dało się porównać. Ale, mimo zachęt, czy raczej zniechęt, nie zrezygnowałem ze słuchania wprowadzeń do koncertów. Tym bardziej, że zapowiedziano innego prelegenta – prof. Leona Markiewicza. I znowu było bardzo emocjonalnie, ale… tym razem nie miałem nic przeciwko temu. Otóż prof. Markiewicz mówił o XI Symfonii Rok 1905 Dymitra Szostakowicza. Opowiadał śpiewając pieśni (wiele z nich miało polską wersję, w której również były skierowane przeciw caratowi), wykorzystane przez Szostakowicza. Pieśni, śpiewane w domu przez rodziców prelegenta. W kluczowym momencie prof. Markiewicz również powołał się na tradycję rodzinną – otóż tego 9 stycznia, na Placu Pałacowym miał być jego ojciec (czy dziad? trudno mi ojca wpasować ze względu na wiek… mimo wszystko) i otrzymać ciosy od kozaków pacyfikujących manifestację, co po latach opowiadał własnym dzieciom.

I mogły padać wszelkie superlatywy pod adresem Szostakowicza – w tak osobistej opowieści nie przeszkadzały one zupełnie.

***

Życzę Wam udanego nowego tygodnia, a sam wracam do Harakiri.

wtorek, 23 czerwca 2009

Drobiazgi z okazji rozdania pewnego funduszu socjalnego

Trudno mi pisać o komisji, w której sam musiałem zasiadać. Jakoś nie pozwala to na odpowiednią swobodę podejścia do prezentacji na blogu. Przynajmniej wciąż mam opory, ale że zjawiska były dość ciekawe, to też trudno mi się oprzeć ukazaniu paru drobiazgów…

Otóż wszystko zaczęło się od dyskusji o tym, co lepiej wyraża zamożność – dochód, czy przychód. Raz jedno, raz drugie lobby było górą. Skończyło się w końcu na przychodzie, choć bez triumfalnych fanfar. W dyskusji zaś każdy bronił swojego osobistego interesu. Powiecie, że to normalne? A owszem, nikt się nie dziwił. Ale tknęło mnie coś innego – że to wcale nie szkodziło dyskusji (no, może podkręcało temperaturę, ale nie szkodziło merytorycznie). Wręcz przeciwnie – fakt, że wypowiadały się osoby, które były osobiście zainteresowane takim, czy innym wynikiem, pozwalał łatwiej wyszukać pułapki, które kryły się za pozornie neutralnymi sformułowaniami. Zjawisko znowu zapewne oczywiste, ale uderzał mnie pozytywny jego wpływ na jakość ustalanego regulaminu. A przecież jakoś w polityce tak argumentować nie wypada…

Druga rzecz – druk PIT-36 był tabu. No, może nieco przeszkadzam, bo w rozmowach w cztery oczy ta nazwa padała. Ale publicznie – nigdy. Tymczasem, gdy tak próbowałem zliczyć tych zakonspirowanych składaczy PIT-36 (lub współmałżonków składaczy), to grupa wcale nie była tak mała. I znowu drobiazg. Ale drobiazg, który trudno mi pogodzić z faktem, że od dwudziestu lat mamy kapitalizm…

I wreszcie koniec końców – złożono podania. I zaczęły się dyskusje - czy ja za dużo nie zarabiam?. Podkreślam – za dużo… Owszem, wiele osób ma mniej lub bardziej nieregularne dochody dodatkowe, których zwykle nie uwzględnia myśląc o swoich pieniądzach. Bo właśnie – może będą, a może nie… Gdy jednak je wliczono, gdy wyznaczany dochód obejmował część składek odprowadzanych od niego, okazało się, że właściwie zarabiamy nieźle. Sam postanowiłem to przyjąć optymistycznie, dowartościować się tym trochę, zmobilizować do lepszego zarządzania pieniędzmi, ale dominujący ton był inny – czy mi nie zaszkodzić fakt, że mam wysoki dochód? Przypadek ujawnienia największego dochodu w rodzinie nazwano wręcz heroicznym

Dziwicie się i pukacie w czoło? Mam nadzieję! Sam się jednak dałem złapać kiedyś w takie myślenie – dochodów nie należy ujawniać, bo może to zostać wykorzystane do intryg przeciwko mnie. I nic z tego, że po większości się intryg nie spodziewam – takie coś, gdzieś w środku tkwi. I drażni.

sobota, 13 czerwca 2009

Drobiazg, albo poradnik dla BNP

Zostałem zawiadomiony (dziękuję!), że Brytyjska Partia Narodowa (British National Party) wzywając do Bitwy o Brytanię wykorzystała zdjęcie samolotu z polskiego Dywizjonu 303. (Google pokazały mi na przykład ten materiał, gdzie to pięknie widać. Jak widać materiał jest jeszcze z marca...) Dla członków Brytyjskiej Partii Narodowej (i niekoniecznie tylko dla nich), przedstawiam szybki instruktarz jak rozpoznać samolot Dywizjonu 303:
darmowy hosting obrazków
Cechy charakterystyczne polskich samolotów to: a) szachownica (ten model przedstawia Hurricane'a z okresu Bitwy o Brytanię, który szachownicy jeszcze nie miał -- zwykle mała szachownica znajdowała się na obudowie silnika, tuż za śmigłem; chyba taka jest na materiałach BNP); b) litery RF -- kod Dywizjonu 303 (do sierpnia 1945 roku; trzecia litera, za kokardą, oznacza konkretny egzemplarz samolotu); c) godło dywizjonu (bardzo charakterystyczne, ale nie mające stałego położenia); d) numer egzemplarza (analiza przynależności egzemplarzy jest jednak trudniejsza).

Swoją drogą w okresie Bitwy o Brytanię Dywizjon 303 nie używał Spitfire'ów, takich jak ten z BNP -- Spitfire'y pojawiły się w styczniu 1941 roku, wersja zaś Vb (a samolot ma płat tej, lub późniejszej wersji) w październiku tego roku...

wtorek, 27 stycznia 2009

Drobiazgi (odc. n)

Dostaję ostatnio liczne rachunki zaopatrzone w książeczki. Z początku myślałem, że to regulamin, czy coś w tym duchu, ale okazało się, że to same puste kartki, opatrzone jedynie logo ‘pieniądzożercy’ na okładce. Nie powiem, przydają się do przeróżnych notatek. Ale cała sprawa jest dziwna – może to próba obejścia monopolu Poczty Polskiej?

***

Sam wybieram się właśnie oddać krew. Niestety, dla ubezpieczycieli-wampirów. Oni chcą się jedynie przyssać i przebadać.

***

Komputer pokazuje 6:56, komórka: 6:47, zegarek: 6:54. I jak tu nie uwzględniać subiektywizmu źródeł w poszukiwaniu prawdy?

***

Sąsiadki namawiają Babcię, do słuchania Radia Maryja. Co robić?

piątek, 21 listopada 2008

Nowe drobiazgi blogowe

Kryzys. Blogowi Znajomi (Ramzel i Hoko) sobie żartowali. A ja czuję jego skutek - nie tylko wynikający z wahań kursów (a potrafię kupić czasem coś w zagranicznym sklepie internetowym) – otóż zawieszono wydawanie dwumiesięcznika Goldberg - ciekawego (a przede wszystkim pięknego) pisma o muzyce dawnej.

***

Swoją drogą miałem wczoraj awarię elektryczności. Kiedyś to świeczka w takich przypadkach była obowiązkowa. Teraz – laptop.

***

Wpadł mi w ręce wybór kazań pewnego węgierskiego biskupa. Rok wydania – 1947. Od początku książka leżała w bibliotece. Teraz trafiła w moje ręce. I dobrze – ktoś w końcu musi rozciąć kartki...

***

A w tym zbiorze kazań najbardziej podoba mi się w. Pochylone ‘w’ przyjmuje tu postać zbliżoną graficznie do ro. To jest początek jakby urwany z małego ‘m’, a dokończenie tak krągło zawinięte, że niemal niczym ‘o’ wyglądające.

***

Z cyklu „odkładając na półkę” (dokończyłem lekturę w pociągu, przed wieczorną awarią) – Dwight David Eisenhower „Krucjata w Europie” (tłum. Aleksander Sudak, Bellona 1998). Notuję w drobiazgach, bo nie jest to lektura wstrząsająca (w jakimkolwiek znaczeniu tego słowa, choć o wojnie, a zatem temat wstrząsający być powinien), wśród znanych mi wspomnień generałów/marszałków mieści się powyżej średniej, ale skoro średnia jest niska nie znaczy to aż tak wiele. W każdym razie – czym wyższy szczebel dowodzenia, tym więcej znaczy we wspomnieniach ordynans, a mniej frontowa rzeczywistość. U Eisenhawera jedno mnie poważnie zafrapowało (zostawiając na boku fakt, że autor stopniowo staje się coraz bardziej politykiem) – znaczenie jakie przypisuje on kwatermistrzostwu – ale coś w tym jest, że wojnę wygrywają pełne baki i ładownice.

***

Przeczytałem wczorajszą notkę i parę komentarzy, które ostatnio napisałem. Mam zamiar przejść na dietę ‘bezwielokropkową’, bo wyraźnie nadużywam. A nadużywanie wielokropka jest przyczyną wielu groźnych chorób i poretensjonalności.