Na zlecenie organizacji Lekarki i Lekarze dla Środowiska uniwersytet w Bernie przeprowadził zakrojone na szeroką skalę badania. Ich wyniki były zaskakująco jednoznaczne: drzewa, łąki i pola poprawiają naszą koncentrację, wywołują pozytywne uczucia, redukują frustrację, złość i stres, a nawet przestępczość. Natura ma szczególnie korzystny wpływ na dzieci i młodzież. Otaczanie się nia wspomaga ich kognitywny, motoryczny, społeczny i emocjonalny rozwój. [...]
Nawet gdy osoby badane patrzyły jedynie na roślinę doniczkową, ich mózg przestawiał się na relaks -- szczególnie wtedy, gdy roślina miała kwiaty. Co więcej, przyroda jest również bodźcem dla naszego układu odpornościowego. Po każdym spacerze organizm funduje nam dodatkową dawkę komórek NK [...].
Dlatego też kontakt z naturą jest idealna terapiąuzupełniającą w procesie leczenia wielu chorób. [...] Ale natura to nie tylko lek dla chorych. Kontakt z nią w zadziwiający sposób wpływ na nasze skupienie i koncentrację. Urzędnicy, którzy w miejscu pracy mają rośliny doniczkowe lub z okna patrzą na przyrodę, odczuwają większe zadowolenie z pracy, rzadziej korzystają ze zwolnień chorobowych i potrafią lepiej się koncentrować. [PAK: Gdy ja wyglądam za okno w pracy nie pracuję źle. Bo jak można źle pracować, gdy wcale się nie pracuje, zerkając na sroki, sikorki, gawrony i pustułki?]
Według naukowców zajmujacych się ewolucją miłość do natury jest w ludzkim gatunku genetycznie zakorzeniona. Dlatego nie dziwi fakt, że wśród ludzi różnego pochodzenia występuje zaskakujaca zbieżność zdań dotyczących tego, co w przyrodzie uważają za ładne. Na całm świecie ludzie preferują otwarte, przypominające sawannę przestrzenie, najlepiej z pagórkiem lub jeziorem. Przez prawie dwa miliony lat człowiek żył w takim właśnie otoczeniu i ukształtowało to jego mózg. [PAK: A gdzie góry? A gdzie las? A poza tym wynikałoby stąd, że człowiek jest ewolucyjnie przystosowany do upałów, co w moim przypadku się nie sprawdza. A może to czyni mnie 'nieludzkim'?] [...] I rzeczywiście cieszące się największą popularnością parki, jak Ogród Angielski w Monachium czy Central Park w Nowym Jorku, są odwzorowaniem tych upodobań: otwarte, porośnięte trawą przestrzenie, wokoło oazy drzew, pośrodku zbiornik wodny.
Jednak podobnie jak każdą chorobę zwalcza się odpowiednim lekarstwem, tak w zależności od nastroju odpowiadają nam różne typy krajobrazu.
Jeślu czujemy się przygnębieni, ciągnie nas do krajobrazów obiecujących ochronę, a więc do pagórków, drzew czy zarośli, unikamy zaś otwartych przestrzeni.
[...] natura ma po prostu normalizujące działanie i przywraca nam wewnętrzną równowagę.
Simone Einzmann Las woła nas (Forum nr 56 27.10-2.11.2008, za Psychologie Heute)
Wynotowałem myśląc o Basi, której te tezy powinny się (jak mniemam) bardzo podobać, nawet jeśli nie ma tu ani jednego słowa o górach i łańcuchach, i nawet jeśli mamy tu wstydliwy kompromis z doniczkami na biurku... Sam z tezą sympatyzuję, choć zachowuję sceptyczną rezerwę. W końcu dzisiejsze miasto jest o wiele bezpieczniejszym terenem dla człowieka, niż dawa sawanna... Lubię się odprężyć na spacerze po parku (umiarkowanie zadrzewionym), lubię zieleń. Ale między lubię, a 'zdrowotnymi' tezami istnieje różnica -- doszukiwałbym się raczej czegoś innego: kwestii tempa, w końcu po mieście rzadko chodzimy bez pośpiechu, bez pulsującego wkoło zgiełku. Ale i na spacer i kontakt z przyrodą zwykle właście czasu brakuje. Nie powinno go jendak brakować w najbliższy długi weekendu...
piątek, 7 listopada 2008
czwartek, 6 listopada 2008
Miara intensywności wiary
Być może najbardziej uderzająca z dzisiejszego punktu widzenia jest intensywność, z jaką owi starożytni ludzie wierzyli w bogów. Nie było innych koncepcji, czy alternatywnych wizji, któe mogły wyjaśnić zdarzenia naturalne, czy nawet liczne wydarzenia z ludzkiego życia. Czy było to nieszczęście, czy wprost przeciwnie, wydarzenie wielkie, czy małe, bogowie byli w nie zaangażowani. Byli oni wszędzie. Modlitwy i ofiary były nieustanną koniecznością, którą składali bogom [wszyscy], od królów, po zwykłych ludzi. Nawet imiona ludzi odzwierciedlały głęboką wiarę. Tak też, egipskie imię Ramesses [Ramzes] znaczy "Ra [bóg słońca] stworzył go".
Manuel Robbins Collapse of the Bronze Age, Authors Choice Press, 2001
Przy lekturze ten akapit wydawał mi się dziwny, świadczący bardziej o pojmowaniu współczesności niż przeszłości. (Ale tu widziałem bardziej uderzające przykłady -- autor komentarza do nagrania Missa Salisburgiensis Bibera, twierdził, że dziś już takiej religijności nie ma, że aby zobaczyć procesję religijną na ulicy Europejczyk musi się wybrać na... Bali.) Przy wpisywaniu i tłumaczeniu przestawał mnie tak bardzo dziwić -- zdziwienie przenosiło się na sam fakt próby oceny stanu ducha na podstawie inskrypcji w kamieniu, oraz etymologii imion. W końcu i z nas mało kto ma imię 'niereligijne' (zwłaszcza, gdy zaliczać do religijnych zarówno te z treści, jak i do drogi, którą dotarło do naszej kultury). I w końcu dba się o zapis spraw 'ważnych', a religia wciąż tak jest postrzegana, nawet w mocno zeświecczonych czasach. Ale, cóż... to może i tak lepsze od wielu innych metod rekonstrukcji tak odległej przeszłości....
Oryginał:
Perhaps most surprising from the viewpoint of today is the intensity with which these ancient peoples belived in the gods. There was no other concept, no alternative view, by which one could account for the occurrences of nature and even many human events. Whether it was disaster or favor, large event or small, the gods were involved. They were everywhere. Prayers and offerings were a constant necessity, offered to the gods from the king or the most humble person. Even personal names reflected deep belief. Many personal names of the Bronze Age were theophoric, meaning that they bore the name of a god or they referred to a god. Thus, the Egyptian king-name Ramesses means "Ra [the sun god] has made him".
Manuel Robbins Collapse of the Bronze Age, Authors Choice Press, 2001
Przy lekturze ten akapit wydawał mi się dziwny, świadczący bardziej o pojmowaniu współczesności niż przeszłości. (Ale tu widziałem bardziej uderzające przykłady -- autor komentarza do nagrania Missa Salisburgiensis Bibera, twierdził, że dziś już takiej religijności nie ma, że aby zobaczyć procesję religijną na ulicy Europejczyk musi się wybrać na... Bali.) Przy wpisywaniu i tłumaczeniu przestawał mnie tak bardzo dziwić -- zdziwienie przenosiło się na sam fakt próby oceny stanu ducha na podstawie inskrypcji w kamieniu, oraz etymologii imion. W końcu i z nas mało kto ma imię 'niereligijne' (zwłaszcza, gdy zaliczać do religijnych zarówno te z treści, jak i do drogi, którą dotarło do naszej kultury). I w końcu dba się o zapis spraw 'ważnych', a religia wciąż tak jest postrzegana, nawet w mocno zeświecczonych czasach. Ale, cóż... to może i tak lepsze od wielu innych metod rekonstrukcji tak odległej przeszłości....
Oryginał:
Perhaps most surprising from the viewpoint of today is the intensity with which these ancient peoples belived in the gods. There was no other concept, no alternative view, by which one could account for the occurrences of nature and even many human events. Whether it was disaster or favor, large event or small, the gods were involved. They were everywhere. Prayers and offerings were a constant necessity, offered to the gods from the king or the most humble person. Even personal names reflected deep belief. Many personal names of the Bronze Age were theophoric, meaning that they bore the name of a god or they referred to a god. Thus, the Egyptian king-name Ramesses means "Ra [the sun god] has made him".
środa, 5 listopada 2008
Bitwa celebrytka
Przeglądanie podręczników, czy też skrótowych opracowań historii, gdy zna się trochę lepiej literaturę danego okresu, bywa zabawne. A nawet czasem irytujące. Bo przecież trudno przyjmować neutralnie, gdy ktoś wyciąga wnioski z przekłamanych skrótów...
Przeglądam na przykład 'kioskową' Wielką Historię Świata i wydarzenia wojny na pacyfiku w roku 1942. Wydarzeń wybrano niewiele -- dwanaście. W tym cztery bitwy morskie. W końcu to Pacyfik, prawie ląd... Cytuję:
3-5 czerwca -- w okolicy Midway dochodzi do wielkiej bitwy powietrzno-morskiej pomiędzy flotami Japonii i USA
24 sierpnia -- nieopodal Rabaulu amerykańskie okręty atakują japoński konwój
13 listopada -- amerykańsko-japońska bitwa o Guadalcanal
30 listopada -- pod Tassafarongą Japończycy odpierają atak silnego zgrupowania okrętów amerykańśkich.
Tyle. Inne lata nie wyglądają lepiej.
Rozumiem skrótowość. To nie o to chodzi. Ale, dlaczego bitwa z 24 sierpnia (w historii zapisana jako bitwa koło wschodnich Salomonów, czego jednak redakcja nie podała, niejako kamuflując jej nazwę), jest, a brakuje na przykład nie mniejszej (a zdecydowanie bardziej znaczącej w historii) bitwy na Morzu Koralowym? Dlaczego wybrano akurat te trzy bitwy koło Guadalcanalu spośród wszystkich? Oto bitwy koło
Guadalcanalu:
9 sierpnia, bitwa koło wyspy Savo. Zespół japoński wykorzystując zaskoczenie topi w krótkim nocnym starciu trzy ciężkie krążowniki, kolejny poważnie uszkadza. W drodze powrotnej traci jeden ciężki krążownik. Ale, japońskie pociski nie szkodzą amerykańskiemu przyczółkowi na wyspie.
24 sierpnia, bitwa u wschodnich wysp Salomona. (Swoją drogą piękną wpadkę zalicza tu polska wikipedia, w której pospiesznie sprawdzałem dane (szybciej niż u
Morrisona można znaleźć potrzebną informację), podając że miejscem bitwy były... plaże Dieppe...).
23-25 października, bitwa u wysp Santa Cruz i zatopiony w niej amerykański lotniskowiec Hornet.
11-12 listopada, bitwa koło przylądka Esperance (zatopiony japoński ciężi krążownik, uszkodzenia innych okrętów).
13 listopada -- pierwsza bitwa nocna pod Guadalcanalem (Japończycy stracili jeden pancernik i 2 niszczyciele, Amerykanie - 2 krążowniki lekkie i 4 niszczyciele).
14-15 listopada -- druga bitwa nocna pod Guadalcanalem (Japończycy tracą pancernik, Amerykanie -- trzy niszczyciele).
30 listopada -- bitwa koło przylądka Tassafaronga (Amerykanie tracą jeden ciężki krążownik zatopiony, trzy krążowniki ciężko uszkodzone, Japończycy -- jeden niszczyciel).
Czy widzicie jakiś klucz? Wielkość strat? Może zaangażowanych sił? Nie bardzo -- na przykład wzmiankowana Tassafaronga to jedna z mniejszych bitew, a straty to około jednej trzecie strat z bitwy koło wyspy Savo. Przełomowość historyczna? Nic z tego -- Tassafaronga niczego nie zmieniła, mimo taktycznego zwycięstwa Japończyków musieli oni oddać Amerykanom Guadalcanal. Dlaczego więc ona?
Mogę jedynie zgadywać, że bitwa jest sławna z tego, że jest sławna. (Oczywiście względnie sławna, bo się domyślam, że wielu Czytelników nie słyszało o niej...) No... może nieco przesadzam -- bitwa ta miała duże znaczenie w podręcznikach taktyki, gdyż słabszy zespół (Japończycy) osiągnął wielki sukces taktyczny w starciu z silniejszym zespołem, w którym to starciu teoretycznie powinni być bez szans. Owszem, ale to podręczniki taktyki, zresztą bynajmniej nie przełomowej w tym przypadku, a nie historia powszechna. W każdym razie historycy lubią pisać 'cień Tassafarongi kładł się na myśleniu amerykańskich oficerów', albo Tassafaronga udowodniła siłę japońskich torped, nawet tam, gdzie nie ma potrzeby jej
przywoływać.
Nie chodzi mi o Tassafarongę, ani o zatopiony krążownik USS "Northampton". Chodzi mi o refleksję nad tym, ile innych wydarzeń historycznych jest znanych, bo 'jest znanych'. Na tej samej zasadzie co celebryci. Czy się jeszcze nad tym zastanawiamy, co naprawdę znaczyły
poszczególne bitwy, pokoje, wybory, przewroty? Może niektóre tak jak Tassafaronga, są znane, głównie z własnej sławy? Albo z tego, że były efektownym przykładem dla uczniów; a nie z tego, że coś zmieniły?
PS.
Już napisawszy powyższą notkę, przyszedł mi do głowy potencjalny zarzut, że opieram swoją opinię na mało poważnym wydawnictwie. Lektura mnie jednak przekonuje, że to dość typowy poziom 'podręcznikowy', zresztą u poważnych zdawałoby się historyków znajdowałem podobne skróty...
Przeglądam na przykład 'kioskową' Wielką Historię Świata i wydarzenia wojny na pacyfiku w roku 1942. Wydarzeń wybrano niewiele -- dwanaście. W tym cztery bitwy morskie. W końcu to Pacyfik, prawie ląd... Cytuję:
3-5 czerwca -- w okolicy Midway dochodzi do wielkiej bitwy powietrzno-morskiej pomiędzy flotami Japonii i USA
24 sierpnia -- nieopodal Rabaulu amerykańskie okręty atakują japoński konwój
13 listopada -- amerykańsko-japońska bitwa o Guadalcanal
30 listopada -- pod Tassafarongą Japończycy odpierają atak silnego zgrupowania okrętów amerykańśkich.
Tyle. Inne lata nie wyglądają lepiej.
Rozumiem skrótowość. To nie o to chodzi. Ale, dlaczego bitwa z 24 sierpnia (w historii zapisana jako bitwa koło wschodnich Salomonów, czego jednak redakcja nie podała, niejako kamuflując jej nazwę), jest, a brakuje na przykład nie mniejszej (a zdecydowanie bardziej znaczącej w historii) bitwy na Morzu Koralowym? Dlaczego wybrano akurat te trzy bitwy koło Guadalcanalu spośród wszystkich? Oto bitwy koło
Guadalcanalu:
9 sierpnia, bitwa koło wyspy Savo. Zespół japoński wykorzystując zaskoczenie topi w krótkim nocnym starciu trzy ciężkie krążowniki, kolejny poważnie uszkadza. W drodze powrotnej traci jeden ciężki krążownik. Ale, japońskie pociski nie szkodzą amerykańskiemu przyczółkowi na wyspie.
24 sierpnia, bitwa u wschodnich wysp Salomona. (Swoją drogą piękną wpadkę zalicza tu polska wikipedia, w której pospiesznie sprawdzałem dane (szybciej niż u
Morrisona można znaleźć potrzebną informację), podając że miejscem bitwy były... plaże Dieppe...).
23-25 października, bitwa u wysp Santa Cruz i zatopiony w niej amerykański lotniskowiec Hornet.
11-12 listopada, bitwa koło przylądka Esperance (zatopiony japoński ciężi krążownik, uszkodzenia innych okrętów).
13 listopada -- pierwsza bitwa nocna pod Guadalcanalem (Japończycy stracili jeden pancernik i 2 niszczyciele, Amerykanie - 2 krążowniki lekkie i 4 niszczyciele).
14-15 listopada -- druga bitwa nocna pod Guadalcanalem (Japończycy tracą pancernik, Amerykanie -- trzy niszczyciele).
30 listopada -- bitwa koło przylądka Tassafaronga (Amerykanie tracą jeden ciężki krążownik zatopiony, trzy krążowniki ciężko uszkodzone, Japończycy -- jeden niszczyciel).
Czy widzicie jakiś klucz? Wielkość strat? Może zaangażowanych sił? Nie bardzo -- na przykład wzmiankowana Tassafaronga to jedna z mniejszych bitew, a straty to około jednej trzecie strat z bitwy koło wyspy Savo. Przełomowość historyczna? Nic z tego -- Tassafaronga niczego nie zmieniła, mimo taktycznego zwycięstwa Japończyków musieli oni oddać Amerykanom Guadalcanal. Dlaczego więc ona?
Mogę jedynie zgadywać, że bitwa jest sławna z tego, że jest sławna. (Oczywiście względnie sławna, bo się domyślam, że wielu Czytelników nie słyszało o niej...) No... może nieco przesadzam -- bitwa ta miała duże znaczenie w podręcznikach taktyki, gdyż słabszy zespół (Japończycy) osiągnął wielki sukces taktyczny w starciu z silniejszym zespołem, w którym to starciu teoretycznie powinni być bez szans. Owszem, ale to podręczniki taktyki, zresztą bynajmniej nie przełomowej w tym przypadku, a nie historia powszechna. W każdym razie historycy lubią pisać 'cień Tassafarongi kładł się na myśleniu amerykańskich oficerów', albo Tassafaronga udowodniła siłę japońskich torped, nawet tam, gdzie nie ma potrzeby jej
przywoływać.
Nie chodzi mi o Tassafarongę, ani o zatopiony krążownik USS "Northampton". Chodzi mi o refleksję nad tym, ile innych wydarzeń historycznych jest znanych, bo 'jest znanych'. Na tej samej zasadzie co celebryci. Czy się jeszcze nad tym zastanawiamy, co naprawdę znaczyły
poszczególne bitwy, pokoje, wybory, przewroty? Może niektóre tak jak Tassafaronga, są znane, głównie z własnej sławy? Albo z tego, że były efektownym przykładem dla uczniów; a nie z tego, że coś zmieniły?
PS.
Już napisawszy powyższą notkę, przyszedł mi do głowy potencjalny zarzut, że opieram swoją opinię na mało poważnym wydawnictwie. Lektura mnie jednak przekonuje, że to dość typowy poziom 'podręcznikowy', zresztą u poważnych zdawałoby się historyków znajdowałem podobne skróty...
wtorek, 4 listopada 2008
Szkoda Kubicy...
Szkoda Kubicy... Nie będę udawał kibica, nawet jeśli z przyjemnością obserwuję próbę wejścia lokalnego Ruchu na giełdę, i nawet jeśli oglądałem obszerne fragmenty niedzielnego wyścigu w São Paulo. Niemniej szkoda Kubicy...
Szkoda, ale też z pewnym zadziwieniem oglądam komentarze. Fakt, komentarze internautów, co nie oznacza wysokiego poziomu praktycznie nigdy. Ale też, muszę przyznać, że nadzwyczaj rzadko spotykają się one z próbą obtłumaczenia rzeczywistości przez profesjonalnych autorów. Wręcz przeciwnie – łatwo się sugeruje, że Kubicy zabrakło wsparcia zespołu, bardzo często z dodatkiem, że to Polakiem, bo Niemiec Heidfeld był lepiej widziany, bo wygrana naszego byłaby czymś trudnym do przełknięcia dla niemieckich właścicieli teamu (Niemcy załatwili Kubicę - tytuł z mijanego rano SuperExpressu)... A jeśli nawet nie to, to przynajmniej z sugestiami, że Polakowi zawsze wiatr w oczy...
Kubica chętnie narzeka na wszystko wokół – zresztą jego narzekanie może mieć głęboki sens, wskazując to, co zespół ma poprawić. Ale czy nie zabrakło tu trochę krytycyzmu rodzimych komentatorów? Ile razy Kubicy zepsuł się w tym sezonie silnik? A skrzynia biegów? Ile razy odjechał z przewodem do tankowania z pitstopu? Ile razy nie dojechał do mety z powodu fuszerki mechaników?
BMW-Sauber miało wyjątkowo pewny bolid, z niezawodną obsługą. Nie wypadł z tym gorzej od... na przykład faworyzowanego i bardzo doświadczonego Ferrari, oraz bolidu najważniejszego konkurenta – Kimiego Raikkonena.
Nie znaczy to, że nie było powodów do rozczarowań – Nick Heidfeld jest bardzo ważnym kierowcą dla BMW-Sauber, przy tym lepiej opłacanym (co jest pewną historyczną zaszłością), co sprawia, że w informacjach teamu Kubica nie zajmuje tyle miejsca, co w rodzimych mediach, objętych „kubicomanią”. Można też dostrzec spadek formy w drugiej części sezonu (dotyczący całego zespołu), który także nie powinien był dziwić, oraz katastrofalne błędy w São Paulo (które wydają się wynikać jednak z nadmiernego ryzyka podjętego przez inżynierów, którzy postawili wszystko na jedną kartę, by Kubica zdobył punkty). O ile rodzimy kibice oczekiwali maksymalnego wsparcia dla Roberta Kubicy (zwłaszcza kosztem Nicka Heidfelda), o tyle zespół zapowiadał przed sezonem, że 'chce się umocnić jako trzecia siła w F1' (co mu się udało, a co nie mogło się udać bez wsparcia dla Nicka Heidfelda...), oraz wygrać jeden wyścig (co także się udało i tu brawa dla Roberta Kubicy). Już w Kanadzie więc zrealizował swoje plany na cały rok, mogąc się skupić na kolejnym sezonie -- bo jak mówi szef, Mario Theissen, "po sezonie oznacza przed sezonem".
Po cóż te narzekania? Po co ich narodowa podbudowa? Na pewno Robert Kubica pokazał się jako jeden z najlepszych kierowców tego sezonu – obok Lewisa Hamiltona, Felippe Massy, Kimiego Raikkonena, Ferando Alonso, czy Sebastiana Vettela. To bardzo elitarny ‘klub’ i rodzimi kibice mają się z czego cieszyć. Jeśli to nie wystarcza, to pozostaje czekanie na nowy sezon i rozważanie jak to będzie z balansem (i masami) nowego bolidu BMW Sauber F1.09 z systemem KERS...
PS. A to wersja satyryczna polskiej krytyki pod adresem BMW-Sauber.
Szkoda, ale też z pewnym zadziwieniem oglądam komentarze. Fakt, komentarze internautów, co nie oznacza wysokiego poziomu praktycznie nigdy. Ale też, muszę przyznać, że nadzwyczaj rzadko spotykają się one z próbą obtłumaczenia rzeczywistości przez profesjonalnych autorów. Wręcz przeciwnie – łatwo się sugeruje, że Kubicy zabrakło wsparcia zespołu, bardzo często z dodatkiem, że to Polakiem, bo Niemiec Heidfeld był lepiej widziany, bo wygrana naszego byłaby czymś trudnym do przełknięcia dla niemieckich właścicieli teamu (Niemcy załatwili Kubicę - tytuł z mijanego rano SuperExpressu)... A jeśli nawet nie to, to przynajmniej z sugestiami, że Polakowi zawsze wiatr w oczy...
Kubica chętnie narzeka na wszystko wokół – zresztą jego narzekanie może mieć głęboki sens, wskazując to, co zespół ma poprawić. Ale czy nie zabrakło tu trochę krytycyzmu rodzimych komentatorów? Ile razy Kubicy zepsuł się w tym sezonie silnik? A skrzynia biegów? Ile razy odjechał z przewodem do tankowania z pitstopu? Ile razy nie dojechał do mety z powodu fuszerki mechaników?
BMW-Sauber miało wyjątkowo pewny bolid, z niezawodną obsługą. Nie wypadł z tym gorzej od... na przykład faworyzowanego i bardzo doświadczonego Ferrari, oraz bolidu najważniejszego konkurenta – Kimiego Raikkonena.
Nie znaczy to, że nie było powodów do rozczarowań – Nick Heidfeld jest bardzo ważnym kierowcą dla BMW-Sauber, przy tym lepiej opłacanym (co jest pewną historyczną zaszłością), co sprawia, że w informacjach teamu Kubica nie zajmuje tyle miejsca, co w rodzimych mediach, objętych „kubicomanią”. Można też dostrzec spadek formy w drugiej części sezonu (dotyczący całego zespołu), który także nie powinien był dziwić, oraz katastrofalne błędy w São Paulo (które wydają się wynikać jednak z nadmiernego ryzyka podjętego przez inżynierów, którzy postawili wszystko na jedną kartę, by Kubica zdobył punkty). O ile rodzimy kibice oczekiwali maksymalnego wsparcia dla Roberta Kubicy (zwłaszcza kosztem Nicka Heidfelda), o tyle zespół zapowiadał przed sezonem, że 'chce się umocnić jako trzecia siła w F1' (co mu się udało, a co nie mogło się udać bez wsparcia dla Nicka Heidfelda...), oraz wygrać jeden wyścig (co także się udało i tu brawa dla Roberta Kubicy). Już w Kanadzie więc zrealizował swoje plany na cały rok, mogąc się skupić na kolejnym sezonie -- bo jak mówi szef, Mario Theissen, "po sezonie oznacza przed sezonem".
Po cóż te narzekania? Po co ich narodowa podbudowa? Na pewno Robert Kubica pokazał się jako jeden z najlepszych kierowców tego sezonu – obok Lewisa Hamiltona, Felippe Massy, Kimiego Raikkonena, Ferando Alonso, czy Sebastiana Vettela. To bardzo elitarny ‘klub’ i rodzimi kibice mają się z czego cieszyć. Jeśli to nie wystarcza, to pozostaje czekanie na nowy sezon i rozważanie jak to będzie z balansem (i masami) nowego bolidu BMW Sauber F1.09 z systemem KERS...
PS. A to wersja satyryczna polskiej krytyki pod adresem BMW-Sauber.
poniedziałek, 3 listopada 2008
Instrumentacja
Luis Buñel „Instrumentacja"
Adolfowi Salazarowi
Skrzypce
Pretensjonalne panienki z orkiestry, nieznośne i zarozumiałe. Dźwięczne piły.
Altówki
Skrzypce, które dotarły już do klimakterium. Te stare panny całkiem nieźle zachowują swój półtonowy głos.
Wiolonczele
Gwar morza i puszczy. Jasność. Głębokie oczy. Mają siłę przekonywania i wielkość kazań Jezusa na pustyni.
Kontrabasy
Diplodoki wśród instrumentów. Dzień, w którym zdecydują się wydać ryk, płosząc przerażonych widzów! Teraz widzimy je, jak kołyszą się i mruczą z zadowolenia, łaskotane po brzuchu przez kontrabasistów.
Piszczałka
Mrowisko dźwięku.
Flet
Flet to instrument najbardziej nostalgiczny. On, który w rękach Pana był wzruszonym głosem lasów i łąk, tkwi teraz w dłoniach grubego i łysego jegomościa...! Ale mimo to nie przestaje być księciem instrumentów.
Klarnet
To hipetroficzny flet. Niekiedy, biedaczysko, brzmi dobrze.
Obój
Beczenie zamienione w drewno. Jego fale, głębokie misteria liryczne. Obój był bliźniaczym bratem Verlaine'a.
Rożek angielski
To obój już dojrzały, nabrał doświadczenia. Wiele podróżował. Jego wyborny temperament stał się poważniejszy, bardziej nadzwyczajny. Jeśli więc obój ma piętnaście lat, rożek ma trzydzieści.
Fagot
Fakirami orkiestry są fagociści. Niekiedy spoglądają na strasznego gada trzymanego w dłoniach, a on pokazuje im swój rozdwojony język. Po zahipnotyzowaniu kładą go w ramionach i oddają się ekstazie.
Kontrafagot
Fagot z epoki trzeciorzędu.
Ksylofon
Dziecięca zabawka. Drewniana woda. Księżniczki tkwiące w ogrodzie, promienie księżyca.
Trąbka z tłumikiem
Orkiestrowy klown. Akrobacja, piruet. Grymasy.
Trąby
Wstąpienie na szczyt. Wschód słońca. Zwiastowanie. Och! Dzień, w którym rozwiną się jak diabelskie języki!
Puzony
Trochę niemiecki temperament. Profetyczny głos. Chórzyści ze starej katedry, porośniętej bluszczem, z zardzewiałym kurkiem na dachu.
Tuba
Legendarny smok. Jego podziemny, donośny głos każe drżeć z przerażenia pozostałym instrumentom, pytającym, kiedy przybędzie książę w
błyszczącej zbroi, aby je oswobodzić.
Talerze
Światło rozbite na kawałki.
Trójkąt
Srebrny tramwaj dla orkiestry.
Werbel
Zakulisowy grzmocik. „Cokolwiek" groźny.
Bęben
Zaślepienie. Grubiaństwo. Bum. Bum. Bum.
Kotły
Bukłaki z oliwkami.
---
Cytowałem kiedyś u Basi. Ale u siebie nie. A ładne jest. Tym bardziej, że weekend był niefilharmonijny...
Adolfowi Salazarowi
Skrzypce
Pretensjonalne panienki z orkiestry, nieznośne i zarozumiałe. Dźwięczne piły.
Altówki
Skrzypce, które dotarły już do klimakterium. Te stare panny całkiem nieźle zachowują swój półtonowy głos.
Wiolonczele
Gwar morza i puszczy. Jasność. Głębokie oczy. Mają siłę przekonywania i wielkość kazań Jezusa na pustyni.
Kontrabasy
Diplodoki wśród instrumentów. Dzień, w którym zdecydują się wydać ryk, płosząc przerażonych widzów! Teraz widzimy je, jak kołyszą się i mruczą z zadowolenia, łaskotane po brzuchu przez kontrabasistów.
Piszczałka
Mrowisko dźwięku.
Flet
Flet to instrument najbardziej nostalgiczny. On, który w rękach Pana był wzruszonym głosem lasów i łąk, tkwi teraz w dłoniach grubego i łysego jegomościa...! Ale mimo to nie przestaje być księciem instrumentów.
Klarnet
To hipetroficzny flet. Niekiedy, biedaczysko, brzmi dobrze.
Obój
Beczenie zamienione w drewno. Jego fale, głębokie misteria liryczne. Obój był bliźniaczym bratem Verlaine'a.
Rożek angielski
To obój już dojrzały, nabrał doświadczenia. Wiele podróżował. Jego wyborny temperament stał się poważniejszy, bardziej nadzwyczajny. Jeśli więc obój ma piętnaście lat, rożek ma trzydzieści.
Fagot
Fakirami orkiestry są fagociści. Niekiedy spoglądają na strasznego gada trzymanego w dłoniach, a on pokazuje im swój rozdwojony język. Po zahipnotyzowaniu kładą go w ramionach i oddają się ekstazie.
Kontrafagot
Fagot z epoki trzeciorzędu.
Ksylofon
Dziecięca zabawka. Drewniana woda. Księżniczki tkwiące w ogrodzie, promienie księżyca.
Trąbka z tłumikiem
Orkiestrowy klown. Akrobacja, piruet. Grymasy.
Trąby
Wstąpienie na szczyt. Wschód słońca. Zwiastowanie. Och! Dzień, w którym rozwiną się jak diabelskie języki!
Puzony
Trochę niemiecki temperament. Profetyczny głos. Chórzyści ze starej katedry, porośniętej bluszczem, z zardzewiałym kurkiem na dachu.
Tuba
Legendarny smok. Jego podziemny, donośny głos każe drżeć z przerażenia pozostałym instrumentom, pytającym, kiedy przybędzie książę w
błyszczącej zbroi, aby je oswobodzić.
Talerze
Światło rozbite na kawałki.
Trójkąt
Srebrny tramwaj dla orkiestry.
Werbel
Zakulisowy grzmocik. „Cokolwiek" groźny.
Bęben
Zaślepienie. Grubiaństwo. Bum. Bum. Bum.
Kotły
Bukłaki z oliwkami.
---
Cytowałem kiedyś u Basi. Ale u siebie nie. A ładne jest. Tym bardziej, że weekend był niefilharmonijny...
niedziela, 2 listopada 2008
Wódka, czyli mała woda
- Z Polski. Zowią ją tam Polacy wodą małą. Po swojemu – wódką.
- Osobliwości dziwaczne zwrotów mowy najlepszym są zwierciadłem rozeznania i odczuć narodów. Widocznie Polak, gdy zobaczy przed sobą olbrzyma, krzyczy „karzełka widzę”, i wydaje mu się, iż w ten sposób w rzeczywistości olbrzyma budzącego lęk w godnego pogardy karzełka przeobraził. […]
Teodor Parnicki Nowa Baśń (t. 4), PIW 1966
Nie tak dawno oberwało mi się za polską przypadłość – bagatelizowania problemów i wrogów… A sam na to narzekam. Przynajmniej czasem. To co prawda niezupełnie tak – tego typu prawdy zawsze są połowiczne (włącznie z niniejszą…). Ale przynajmniej Parnicki przedstawił to lekko.
PS.
Znacie angielski przecież? Przeskoczę nań na chwilę z łaciny, aby powiedzieć raz jeszcze, co powiedziałem przed chwilą: „There are more things in haven and earth, Will, than are dreamt of in your philosophy.”
Teodor Parnicki Nowa Baśń (t. 4), PIW 1966
W zwrotach „akcji” się już pogubiłem, w każdym razie podejrzewa się, że cytowany jest tu Krzysztof Marlowe, który ścigany przez służby specjalne dla niepoznani zamierza wystawiać swe dramaty kryjąc się za postacią głodnego sławy aktorzyny – Gwilelmusa Shakespeare…
- Osobliwości dziwaczne zwrotów mowy najlepszym są zwierciadłem rozeznania i odczuć narodów. Widocznie Polak, gdy zobaczy przed sobą olbrzyma, krzyczy „karzełka widzę”, i wydaje mu się, iż w ten sposób w rzeczywistości olbrzyma budzącego lęk w godnego pogardy karzełka przeobraził. […]
Teodor Parnicki Nowa Baśń (t. 4), PIW 1966
Nie tak dawno oberwało mi się za polską przypadłość – bagatelizowania problemów i wrogów… A sam na to narzekam. Przynajmniej czasem. To co prawda niezupełnie tak – tego typu prawdy zawsze są połowiczne (włącznie z niniejszą…). Ale przynajmniej Parnicki przedstawił to lekko.
PS.
Znacie angielski przecież? Przeskoczę nań na chwilę z łaciny, aby powiedzieć raz jeszcze, co powiedziałem przed chwilą: „There are more things in haven and earth, Will, than are dreamt of in your philosophy.”
Teodor Parnicki Nowa Baśń (t. 4), PIW 1966
W zwrotach „akcji” się już pogubiłem, w każdym razie podejrzewa się, że cytowany jest tu Krzysztof Marlowe, który ścigany przez służby specjalne dla niepoznani zamierza wystawiać swe dramaty kryjąc się za postacią głodnego sławy aktorzyny – Gwilelmusa Shakespeare…
sobota, 1 listopada 2008
Erato złotowłosa
Erato złotowłosa i ty wdzięczna lutni,
Skąd pociechę w swych troskach biorą ludzie smutni,
Uspokójcie na chwilę strapioną myśl moję,
Póki jeszcze kamienny w polu słup nie stoję [...].
Jan Kochanowski
Skąd pociechę w swych troskach biorą ludzie smutni,
Uspokójcie na chwilę strapioną myśl moję,
Póki jeszcze kamienny w polu słup nie stoję [...].
Jan Kochanowski
Subskrybuj:
Posty (Atom)
