Czy nigdy na ciebie nie przyszła godzina,
Boski promień spadający nagle, aż pękąją te bańki mydlane, moda, bogactwo,
Te gorliwe cele działania -- książki, polityka, sztuka, amory,
I zostaje zupełnie nic?
Walt Whitman Czy nigdy na ciebie nie przyszła godzina, tłum. Czesław Miłosz (za: Czesław Miłosz Przekłady poetyckie, Znak 2005)
---
Ot, wykorzystuje bloga jak wypisy, dla wiersza który mi się spodobał.
(Swoją drogą, podobanie się poezji, prozy, muzyki, to często nie tylko funkcja ich samych, ale i odbioru. Czytam Przekłady poetyckie po raz drugi, a mój odbiór nakłada się inaczej na czytaną poezję -- czasem te same wiersze mi się podobają, co przedtem, a czasem przebiegam bez wzruszenia wzrokiem nad słowami, by w innym miejscu coś odkryć, na co wcześniej nie zwróciłem należnej uwagi.)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cytaty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cytaty. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 23 marca 2010
sobota, 4 lipca 2009
Krokodyl
Krokodyl taką ma naturę. Przez cztery najcięższe miesiące zimowe nie je nic, a chociaż jest czworonogiem, żyje zarówno na lądzie, jak i w wodzie. Znosi bowiem jaja na lądzie i wylęga, przebywa też przeważnie na część dnia na suchym gruncie, całą zaś noc w rzece, bo woda jest wtedy cieplejsza niż świeże powietrze i rosa. Ze wszystkich zaś stworzeń, jakie znamy, to stworzenie z najmniejszego staje się największym. Składa bowiem jaka niewiele większe od gęsich, a pisklę jest na miarę jaja, rosnąć jednak dochodzi do długości siedemnastu łokci i jeszcze więcej. Ma oczy
świni, kły wielkie i wystające [według miary swego ciała]. Języka z natury nie posiada, jedynie ze wszystkich zwierząt, nie porusza też dolną szczęką, lecz również ze wszystkich zwierząt jest jedynym, które góną szczękę przysuwa do dolnej. Ma potężne szpony, a na grzbiecie nieprzepuszczalną skórę z łusek. W wodzie jest ślepy, ale na wolnym powietrzu widzi bardzo bystro. Ponieważ zaś przebywa w wodzie, więc jego paszcza wewnątrz cała jest pełna owadów. Wprawdzie wszystkie ptaki i zwierzęta uciekają przed nim, lecz jest ptaszek, który żyje z nim w zgodzie, ba ma z niego korzyść. Kiedy mianowicie krokodyl wyjdzie z wody na ląd, a potem ziewa [zwykł zaś czynić to z reguły pod wieczór], wtedy ptaszek wskakuje mu do paszczy i połyka owady. Jego zaś cieszy ta przysługa, więc nie robi ptaszkowi nic złego.
Herodot Dzieje, tłum. Seweryn Hammer, Czytelnik 2004
---
Początkowo chciałem ten fragment potraktować czysto satyrycznie -- w końcu możemy porównać opis Herodota z obrazem krokodyla w pamięci (albo, jak kto woli, wybrać się do ZOO, czy włączyć jakiś kanał przyrodniczy). Swoją drogą, jeśli tak, to warto zauważyć, że krótki, mięsisty język krokodyla jest przyrosły do dolnej szczęki (co notuję za przypisem), opis Herodota, choć więc błędny, jest zrozumiały.
Ale z drugiej strony, żarty z opisu pomijają warunki, w których Herodot działał... Gdy wziąć epokę pod uwagę, rośnie szacunek.
świni, kły wielkie i wystające [według miary swego ciała]. Języka z natury nie posiada, jedynie ze wszystkich zwierząt, nie porusza też dolną szczęką, lecz również ze wszystkich zwierząt jest jedynym, które góną szczękę przysuwa do dolnej. Ma potężne szpony, a na grzbiecie nieprzepuszczalną skórę z łusek. W wodzie jest ślepy, ale na wolnym powietrzu widzi bardzo bystro. Ponieważ zaś przebywa w wodzie, więc jego paszcza wewnątrz cała jest pełna owadów. Wprawdzie wszystkie ptaki i zwierzęta uciekają przed nim, lecz jest ptaszek, który żyje z nim w zgodzie, ba ma z niego korzyść. Kiedy mianowicie krokodyl wyjdzie z wody na ląd, a potem ziewa [zwykł zaś czynić to z reguły pod wieczór], wtedy ptaszek wskakuje mu do paszczy i połyka owady. Jego zaś cieszy ta przysługa, więc nie robi ptaszkowi nic złego.
Herodot Dzieje, tłum. Seweryn Hammer, Czytelnik 2004
---
Początkowo chciałem ten fragment potraktować czysto satyrycznie -- w końcu możemy porównać opis Herodota z obrazem krokodyla w pamięci (albo, jak kto woli, wybrać się do ZOO, czy włączyć jakiś kanał przyrodniczy). Swoją drogą, jeśli tak, to warto zauważyć, że krótki, mięsisty język krokodyla jest przyrosły do dolnej szczęki (co notuję za przypisem), opis Herodota, choć więc błędny, jest zrozumiały.
Ale z drugiej strony, żarty z opisu pomijają warunki, w których Herodot działał... Gdy wziąć epokę pod uwagę, rośnie szacunek.
czwartek, 28 maja 2009
Założenia, albo poczytać jeszcze raz
Zakładam, że czytelnik wie, w jakim stopniu śmierć Sulli wpłynęła na bieg wydarzeń w Rzmie, i wyobrażam sobie, iż zna on przynajmniej w ogólnych zarysach burzliwą historię Lepidusa, który pierwszy otwarcie atakował dyktatora za jego życia.[...]
[...]
Epizod z pojamaniem Cezaraz przez piratów dostarczył Plutarchowi tematu do jednego z najbarwniejszych i najbardziej żywych fragmentów jego dzieła. Zachował się on w powszechnej pamięci i nie warto go tu przytaczać.
Gerard Walter Cezar, tłum. Danuta M. Wilanowska, PIW 2006
Bardzo to wygodne. Z drugiej strony Gerard Walter i tak zachowuje się zgodnie z zasadą: Znacie? To posłuchajcie jeszcze raz.
[...]
Epizod z pojamaniem Cezaraz przez piratów dostarczył Plutarchowi tematu do jednego z najbarwniejszych i najbardziej żywych fragmentów jego dzieła. Zachował się on w powszechnej pamięci i nie warto go tu przytaczać.
Gerard Walter Cezar, tłum. Danuta M. Wilanowska, PIW 2006
Bardzo to wygodne. Z drugiej strony Gerard Walter i tak zachowuje się zgodnie z zasadą: Znacie? To posłuchajcie jeszcze raz.
czwartek, 30 kwietnia 2009
Ech, ta rutyna...
Miałam kiedyś w tej dziedzinie interesujące doświadczenie. Udzielałam czegoś w rodzaju zupełiających lekcji religii młodej maturzystce. Dziewczyna była inteligentna i sumienna. Na samym początku poprosiłam ją, żeby przed następnym naszym spotkaniem przeczytała w całości jedną Ewangelię (chyba chodziło o św. Marka) i żeby czytając notowała wszystko, co by wydawało się jej niejasne. Kiedy przyszła ponownie, zapytałam się, jakie ma pytania. Odpowiedziałą zdecydowanie, że wszystko zrozumiała. Wtedy otworzyłam tę Ewangelię tak, na chybił trafił, przeczytałam jedno zdanie i zapytałam, co to znaczy. Odpowiedziała mi bezradnie, że nie wie. Po prostu czytając tekst, który wydawał się jej znany, tej trudności zwyczajnie nie zauważyła.
Anna Świderkówna Rozmowy o Biblii. Nowy Testament, PWN 2000
(Oczywiste? A i owszem! Ja nawet nie w związku z Biblią wynotowałem, a Mahlerem. Jakoś tak się złożyło, że jednocześnie wpadło mi w ręce parę nie znanych mi wcześniej nagrań symfonii Gustava Mahlera pod batutą Sir Simona Rattle i obiecałem mojemu koncertowemu sąsiadowi pożyczenie książki te symfonie omawiające. Więc słucham. I łapię się na swoistej rutynie, gdzie muzykę świetnie rozpoznaję, ale gdybym miał powiedzieć, o co w niej chodzi...)
PS. I jeszcze jeden cytat -- tym razem jako swoista polemika z Bogusławem Schafferem -- David Hurwitz The Mahler Symphonies. An Owner's Manual (Amadeus Press 2004):
But far more importantly, the second conclusion that needs to be emphasized is this: it doesn't make any difference who does something first. All that matters is who does it best. Music history is full of composers of great originality that people couldn't care less about today, because they wrote tons of very original, boring music.
Anna Świderkówna Rozmowy o Biblii. Nowy Testament, PWN 2000
(Oczywiste? A i owszem! Ja nawet nie w związku z Biblią wynotowałem, a Mahlerem. Jakoś tak się złożyło, że jednocześnie wpadło mi w ręce parę nie znanych mi wcześniej nagrań symfonii Gustava Mahlera pod batutą Sir Simona Rattle i obiecałem mojemu koncertowemu sąsiadowi pożyczenie książki te symfonie omawiające. Więc słucham. I łapię się na swoistej rutynie, gdzie muzykę świetnie rozpoznaję, ale gdybym miał powiedzieć, o co w niej chodzi...)
PS. I jeszcze jeden cytat -- tym razem jako swoista polemika z Bogusławem Schafferem -- David Hurwitz The Mahler Symphonies. An Owner's Manual (Amadeus Press 2004):
But far more importantly, the second conclusion that needs to be emphasized is this: it doesn't make any difference who does something first. All that matters is who does it best. Music history is full of composers of great originality that people couldn't care less about today, because they wrote tons of very original, boring music.
piątek, 13 marca 2009
Sztuka miasta
Ken-ichi Sasaki cytuje esej Masaoki Ōki. Ten krytyk muzyczny wybrał się kiedyś, z powodu stanu zdrowia, do domku w górach:
Piękno najdoskonalszego dzieła [PAK: muzyki klasycznej – Ōki był krtytykiem] opracowanego przez człowieka momentalnie zastąpiła przyjemność podziwiania mojego górskiego ogrodu. Modrzew, biała brzoza, azalia, rododendron itd., nie ma tu wielkiej różnorodności drzew. Ale te drzewa wydają różne dźwięki na wietrze, a szczególnie interesujące jest słuchanie, jak zmieniają się one zależnie od siły wiatru. Bez porównania najlepsza jest topola: wyrasta bardzo wysoko, a długa łodyga liścia tańczy energicznie na wietrze. Ich biaława od spodu barwa dostarcza wspaniałego i oszałamiającego widoku. Jeszcze bardziej wspaniały jest jednak szelest liści, gdy nadchodzi jesień; są trochę zeschłe, uderzają i wydają świeże dźwięki.
(M. Ōki Słuchając szelestu liści topoli jesienią, Jorunal Mainichi, 11 września 1982)
By dalej napisać (Ken-Ichi Sasaki Miasto i natura. Życie estetyczne w antymiejskiej kulturze Japonii (tłum. Maria Popczyk) w Estetyka japońska (antologia), t. I, Universitas 2008)
Według starożytnej legendy, to sztuka Amfiona stworzyła miasto. Architektura nadała kształt kamieniom, lecz sztuką Amfiona nie była architektura lecz muzyka; muzyka ożywiała miasto od wewnątrz i przenikała całą jego strukturę. Miasto z kolei, przesiąknięte muzyką, kultywowało i rozwijało duch kamienia. W istocie, sztuka okazała się nieodzowna. Mieszkańcy miasta bardziej potrzebowali muzyki niż śpiewu ptaków czy muzyki drzew, bardziej malarstwa niż kolorów i różnorodnych form świata natury. Krótko mówiąc, sztuka zastąpiła wygnaną z miasta naturę.
Sztuka zachodnia stworzona w mieście ilustruje i podziela jego miejski charakter abstrakcji i skupienia. Ona też, jako dziedzina zachodniej cywilizacji, z konieczności jest kierowana przez idee artystyczne, które zostają skrystalizowane w formie dzieła sztuki. Zachodnia cywilizacja jako swój ideał przyjęła autonomiczny styl bycia, ens per se, i zmierza do rywalizacji z Bogiem jako twórcą. Owa wola najbardziej przejrzyście wyraża się w sztuce współczesnej, ale jest zakorzeniona w miejskim charakterze cywilizacji.
Czy mam dodawać, że trudno mi się zgodzić. Którą to trudność trudno prosto przedstawić. Bo miasto jest bardzo ważne dla kultury zachodniej, a niektóre formy sztuki (w tym muzyki) bez niego zapewne by nie powstały. Ale, chyba każdy zna dzieła muzyczne płynące z inspiracji naturą, a także wieczne przenikanie się w kulturze, tego co sztuczne i naturalne.
(Ale zawsze ciekawie zobaczyć widok z zewnątrz. I szukać miejskości i natury w sztuce. I w życiu.)
Piękno najdoskonalszego dzieła [PAK: muzyki klasycznej – Ōki był krtytykiem] opracowanego przez człowieka momentalnie zastąpiła przyjemność podziwiania mojego górskiego ogrodu. Modrzew, biała brzoza, azalia, rododendron itd., nie ma tu wielkiej różnorodności drzew. Ale te drzewa wydają różne dźwięki na wietrze, a szczególnie interesujące jest słuchanie, jak zmieniają się one zależnie od siły wiatru. Bez porównania najlepsza jest topola: wyrasta bardzo wysoko, a długa łodyga liścia tańczy energicznie na wietrze. Ich biaława od spodu barwa dostarcza wspaniałego i oszałamiającego widoku. Jeszcze bardziej wspaniały jest jednak szelest liści, gdy nadchodzi jesień; są trochę zeschłe, uderzają i wydają świeże dźwięki.
(M. Ōki Słuchając szelestu liści topoli jesienią, Jorunal Mainichi, 11 września 1982)
By dalej napisać (Ken-Ichi Sasaki Miasto i natura. Życie estetyczne w antymiejskiej kulturze Japonii (tłum. Maria Popczyk) w Estetyka japońska (antologia), t. I, Universitas 2008)
Według starożytnej legendy, to sztuka Amfiona stworzyła miasto. Architektura nadała kształt kamieniom, lecz sztuką Amfiona nie była architektura lecz muzyka; muzyka ożywiała miasto od wewnątrz i przenikała całą jego strukturę. Miasto z kolei, przesiąknięte muzyką, kultywowało i rozwijało duch kamienia. W istocie, sztuka okazała się nieodzowna. Mieszkańcy miasta bardziej potrzebowali muzyki niż śpiewu ptaków czy muzyki drzew, bardziej malarstwa niż kolorów i różnorodnych form świata natury. Krótko mówiąc, sztuka zastąpiła wygnaną z miasta naturę.
Sztuka zachodnia stworzona w mieście ilustruje i podziela jego miejski charakter abstrakcji i skupienia. Ona też, jako dziedzina zachodniej cywilizacji, z konieczności jest kierowana przez idee artystyczne, które zostają skrystalizowane w formie dzieła sztuki. Zachodnia cywilizacja jako swój ideał przyjęła autonomiczny styl bycia, ens per se, i zmierza do rywalizacji z Bogiem jako twórcą. Owa wola najbardziej przejrzyście wyraża się w sztuce współczesnej, ale jest zakorzeniona w miejskim charakterze cywilizacji.
Czy mam dodawać, że trudno mi się zgodzić. Którą to trudność trudno prosto przedstawić. Bo miasto jest bardzo ważne dla kultury zachodniej, a niektóre formy sztuki (w tym muzyki) bez niego zapewne by nie powstały. Ale, chyba każdy zna dzieła muzyczne płynące z inspiracji naturą, a także wieczne przenikanie się w kulturze, tego co sztuczne i naturalne.
(Ale zawsze ciekawie zobaczyć widok z zewnątrz. I szukać miejskości i natury w sztuce. I w życiu.)
środa, 18 lutego 2009
Wrażliwy intelektualnie poszukiwacz "prawdy"
Zewnętrzny obserwator może mieć wątpliwości, czy pogłębiający się brak zgody co do korzeni naszej państwowości nie świadczy o zagubieniu badaczy, którzy "nie potrafią" ustalić kanonicznej wizji. Wrażliwego intelektualnie poszukiwacza "prawdy" o odległej przeszłości ta sytuacja powinna cieszyć, gdyż gwarantuje wszechstronne spojrzenie i wzbogaca naszą wiedzę.
Przemysław Ubrańczyk Trudne początki Polski Wydawnictwo Uniwersytetu Wrocławskiego 2008
Oczywiście wyłapałem poszukiwacza "prawdy", gdzie "prawda" występuje w cudzysłowie. Niezupełnie rozumiem intencje autora -- zapewne chodzi o zdrowy sceptycyzm. A to wcale nie jest takie proste. Że jeszcze raz zacytuję (aż mi trochę wstyd, że cytuję rzecz tak oczywistą, ale...):
Zmitologizowane wizje wczesnych dziejów państw, do których to wizji chętnie odwołuje się frazeologia narodowo-patriotyczna, pełnią często funkcję eposu bohaterskiego, a ich władcy wchodzą z reguły do panteonu bohaterów narodowych. Heroiczne początki i dawne sukcesy stają się obiektem szczególnie intensywnych zabiegów propagandowych w okresach kryzysowych (np. utraty lub zagrożenia utratą państwowości), w trakcie (od)budowy samodzielnego państwa albo w celu "rewolucyjnych" prób wymuszenia zmian świadomości społecznej. Bieżące potrzeby polityczne legitymizowane są wtedy przez odwołanie się do dawnej świetności oraz
przez podkreślanie "pradawnej" jedności etnicznej definiowanej przez skontrastowanie z mieszkańcami sąsiednich ziem. Są to mechanizmy powszechnie obserwowane w nowszych dziejach Europy -- szczegónie w czasach bezpośrednio po rozpadzie państw wielonarodowych, takich jak XIX-wieczna Szwecja oraz później: Austro-Węgry, carska Rosja, Związek Radziecki czy Jugosławia. We wszystkich tych przypadkach konstruowanie "nowych" narodowych przeszłości dokonuje się w podobny sposób, pomimo specyfiki lokalnych rozwiązań zdeterminowanych sytuacją geopolityczną.
Wizje początków poszczególnych państw, kształtowane głównie przez literaturę nieprofesjonalną oraz podręczniki szkolne, stanowią z reguły istotną część mitów narodowych. Pełniąc ważną funkcję w systemie identyfikacji narodowej, są mocno ugruntowane w zbiorowej świadomości mas konsumentów uproszczonej wiedzy historycznej. Sprawia to, że jakiekolwiek próby zmiany ustalonych schematów wymagają dużego wysiłku, który zresztą przynosi nieproporcjonalnie skromne rezultaty.
Przemysław Ubrańczyk Trudne początki Polski Wydawnictwo Uniwersytetu Wrocławskiego 2008
Oczywiście wyłapałem poszukiwacza "prawdy", gdzie "prawda" występuje w cudzysłowie. Niezupełnie rozumiem intencje autora -- zapewne chodzi o zdrowy sceptycyzm. A to wcale nie jest takie proste. Że jeszcze raz zacytuję (aż mi trochę wstyd, że cytuję rzecz tak oczywistą, ale...):
Zmitologizowane wizje wczesnych dziejów państw, do których to wizji chętnie odwołuje się frazeologia narodowo-patriotyczna, pełnią często funkcję eposu bohaterskiego, a ich władcy wchodzą z reguły do panteonu bohaterów narodowych. Heroiczne początki i dawne sukcesy stają się obiektem szczególnie intensywnych zabiegów propagandowych w okresach kryzysowych (np. utraty lub zagrożenia utratą państwowości), w trakcie (od)budowy samodzielnego państwa albo w celu "rewolucyjnych" prób wymuszenia zmian świadomości społecznej. Bieżące potrzeby polityczne legitymizowane są wtedy przez odwołanie się do dawnej świetności oraz
przez podkreślanie "pradawnej" jedności etnicznej definiowanej przez skontrastowanie z mieszkańcami sąsiednich ziem. Są to mechanizmy powszechnie obserwowane w nowszych dziejach Europy -- szczegónie w czasach bezpośrednio po rozpadzie państw wielonarodowych, takich jak XIX-wieczna Szwecja oraz później: Austro-Węgry, carska Rosja, Związek Radziecki czy Jugosławia. We wszystkich tych przypadkach konstruowanie "nowych" narodowych przeszłości dokonuje się w podobny sposób, pomimo specyfiki lokalnych rozwiązań zdeterminowanych sytuacją geopolityczną.
Wizje początków poszczególnych państw, kształtowane głównie przez literaturę nieprofesjonalną oraz podręczniki szkolne, stanowią z reguły istotną część mitów narodowych. Pełniąc ważną funkcję w systemie identyfikacji narodowej, są mocno ugruntowane w zbiorowej świadomości mas konsumentów uproszczonej wiedzy historycznej. Sprawia to, że jakiekolwiek próby zmiany ustalonych schematów wymagają dużego wysiłku, który zresztą przynosi nieproporcjonalnie skromne rezultaty.
niedziela, 8 lutego 2009
Zegarkowy horror
Japończycy więżą podobno świerszcze w małych i ścisłych klateczkach, aby strzygły miarowym dźwiękiem, w pokoju, w rytm kołysanki zacisznej.
U nas okrutny Czas, również pod postacią drobnego świerszcza przyskrzyniony w metalowym pudełku, szczęka nam rytmicznie, hałasuje metalicznie w nocnej ciszy.
Wy wszyscy zasypiacie spokojnie przy głosie tego najgroźniejszego z waszych wrogów, jakby to był rzeczywiście zielony, nieszkodliwy konik polny.
Co do mnie, obawiam się zegarów, bo są one surowym brzydkim taizmanem Saturna, klejnotem nieubłaganych fatów...
Maria Pawlikowska-Jasnorzewska ze Szkicownika poetyckiego (1939, 63) za Maria Pawlikowska-Jasnorzewska Być kwiatem?... Świat Książki 2000
Coraz mniej mechanicznych zegarków. Doliczam się dwóch, które mogą cykać. A jeden i tak cichy, pokorny, nie wadzi ciszy.
---
(A cykanie kojące jest. Nie przeczę. I nie przeczę, że jest okrutny. Ale i upływ czasu jest fascynujący. Może lepiej się poddać tej fascynacji? W końcu cóż lepszego można uczynić?)
---
Na jej biednym zegarku
czas chwiejny jeszcze i tani.
Na moim dużo droższy i dokładny.
Wisława Szymborska Kilkunastoletnia (dodaję a propos, z lektury nowego tomiku 'w tle').
PS.
Deszcz za oknem. Krople o wiele głośniej wybijają czas niż zegarki. Jakoś to wszystko nastraja do smętnych refleksji, zwłaszcza że wczoraj coś złego działo się z ciśnieniem, karetki jeździły jak oszalałe po mieście. Jedna zabrała mojego sąsiada (dobrze, że na sygnale -- widać, że reanimacja pomogła).
U nas okrutny Czas, również pod postacią drobnego świerszcza przyskrzyniony w metalowym pudełku, szczęka nam rytmicznie, hałasuje metalicznie w nocnej ciszy.
Wy wszyscy zasypiacie spokojnie przy głosie tego najgroźniejszego z waszych wrogów, jakby to był rzeczywiście zielony, nieszkodliwy konik polny.
Co do mnie, obawiam się zegarów, bo są one surowym brzydkim taizmanem Saturna, klejnotem nieubłaganych fatów...
Maria Pawlikowska-Jasnorzewska ze Szkicownika poetyckiego (1939, 63) za Maria Pawlikowska-Jasnorzewska Być kwiatem?... Świat Książki 2000
Coraz mniej mechanicznych zegarków. Doliczam się dwóch, które mogą cykać. A jeden i tak cichy, pokorny, nie wadzi ciszy.
---
(A cykanie kojące jest. Nie przeczę. I nie przeczę, że jest okrutny. Ale i upływ czasu jest fascynujący. Może lepiej się poddać tej fascynacji? W końcu cóż lepszego można uczynić?)
---
Na jej biednym zegarku
czas chwiejny jeszcze i tani.
Na moim dużo droższy i dokładny.
Wisława Szymborska Kilkunastoletnia (dodaję a propos, z lektury nowego tomiku 'w tle').
PS.
Deszcz za oknem. Krople o wiele głośniej wybijają czas niż zegarki. Jakoś to wszystko nastraja do smętnych refleksji, zwłaszcza że wczoraj coś złego działo się z ciśnieniem, karetki jeździły jak oszalałe po mieście. Jedna zabrała mojego sąsiada (dobrze, że na sygnale -- widać, że reanimacja pomogła).
sobota, 31 stycznia 2009
Sumienie zgaś
Świat należy do tych, którzy mają czyste sumienie, a tego nie brakowało prawie wszystkim Japończykom.
David S. Landes Bogactwo i nędza narodów (tłum. Hanna Jankowska), MUZA SA 2007
Nie notuję tego dla narodu wymienionego z imienia, ani dla okoliczności -- czyli braku wyrzutów sumienia z powodu 'kolonialnego ucisku' Koreańczyków i mieszkańców Tajwanu. Cytuję dla głównej myśli, może niemoralnej, ale mającej coś w sobie z prawdy -- że wyrzuty sumienia przeszkadzają w osiąganiu sukcesu. Jak najbardziej gospodarczego. Więc, może należy cytować Nicka?
Panie! zgaś lampę w nocy,
Mnie nie ujrzysz przed sobą... Zgaś twe sumienie.
Widm nie ujrzysz przed sobą...
Juliusz Słowacki Maria Stuart (na podstawie: Juliusz Słowacki Dzieła wybrane (t. 3)), Ossolineum 1987
A może jednak nie?
David S. Landes Bogactwo i nędza narodów (tłum. Hanna Jankowska), MUZA SA 2007
Nie notuję tego dla narodu wymienionego z imienia, ani dla okoliczności -- czyli braku wyrzutów sumienia z powodu 'kolonialnego ucisku' Koreańczyków i mieszkańców Tajwanu. Cytuję dla głównej myśli, może niemoralnej, ale mającej coś w sobie z prawdy -- że wyrzuty sumienia przeszkadzają w osiąganiu sukcesu. Jak najbardziej gospodarczego. Więc, może należy cytować Nicka?
Panie! zgaś lampę w nocy,
Mnie nie ujrzysz przed sobą... Zgaś twe sumienie.
Widm nie ujrzysz przed sobą...
Juliusz Słowacki Maria Stuart (na podstawie: Juliusz Słowacki Dzieła wybrane (t. 3)), Ossolineum 1987
A może jednak nie?
środa, 28 stycznia 2009
Koronacja
Koronacja odbyła się w Krakowie 17 stycznia 1734 r. i była skromna; insygnia koronne podrobiono, brakowało ważnych senatorów do ich niesienia. Nawet orkiestra Grzegorza Gerwazego z jakichś przyczyn nie zagrała Glorii i Kyrie do Mszy h-moll zamówionej na uroczystości koronacyjne przez Fryderyka Augusta u mistrza Jana Sebastiana Bacha. Gorczycki wydyrygował tylko jedną z jego kantat. Ogromny zachwyt wywarł za to w Polsce słynny Serwis Koronacyjny przywieziony z Miśni: najpiękniejsza wówczas w świecie zastawa porcelanowa z Orłem, Pogonią i herbem saskim. Natomiast postać króla odzianego w kontusz ponoć śmieszyła; rzeczywiście na obrazach dużo lepiej wygląda w peruce i kusych strojach francuskich czy niemieckich.
Jerzy Besala Małżeństwa królewskie. Władcy elekcyjni, Bellona i MUZA SA 2007
Oczywiście notuję przez osobistą sympatię do Jana Sebastiana Bacha, a dokładniej jego muzyki. Bo i zawsze słyszałem o tym od biografów Bacha, którzy raczej akcentowali pragnienie lipskiego kantora do wkupienia się w łaski elektorsko-królewskie, a nie 'zamówienie'. Z drugiej strony nie przypominam sobie, by wspominali, że koronacja Augusta III (bo pod takim imieniem panował w Polsce Fryderyk August) 'zbliżyła' niejako (w muzyce, nie w przestrzeni) Jana Sebastiana Bacha i Gerwazego Gorczyckiego.
PS.
Swoją drogą, czy mówi się wydyrygował? I Kyrie do Mszy?
Jerzy Besala Małżeństwa królewskie. Władcy elekcyjni, Bellona i MUZA SA 2007
Oczywiście notuję przez osobistą sympatię do Jana Sebastiana Bacha, a dokładniej jego muzyki. Bo i zawsze słyszałem o tym od biografów Bacha, którzy raczej akcentowali pragnienie lipskiego kantora do wkupienia się w łaski elektorsko-królewskie, a nie 'zamówienie'. Z drugiej strony nie przypominam sobie, by wspominali, że koronacja Augusta III (bo pod takim imieniem panował w Polsce Fryderyk August) 'zbliżyła' niejako (w muzyce, nie w przestrzeni) Jana Sebastiana Bacha i Gerwazego Gorczyckiego.
PS.
Swoją drogą, czy mówi się wydyrygował? I Kyrie do Mszy?
niedziela, 25 stycznia 2009
Miłośnicy muzyki
W kwiaciarni sięgnąłem po miniaturowy tomik podarunkowy pt. Miłośnicy muzyki. I zacząłem się zaśmiewać przy lekturze. Bywało poważnie, bywało zabawnie – w sumie bez głębszej myśli, jak na tomik podarunkowy przystało. Wydanie oryginalne było angielskie (chyba tylko pojedyncze cytaty z Jerzego Waldorfa i Antoniego Regulskiego uzupełniły tłumaczenia z angielskiego) – co tłumaczy wybór cytowanych postaci (choć nie tylko Brytyjczyków, bynajmniej). Nie dociekam, na ile wierne (jedną zweryfikowałem i to nie do końca tak.) Ale to nie ważne – notuję, bo może i Was rozbawi?
Klarnet – narzędzie tortur obsługiwane przez osobę z wacikami w uszach. Są tylko dwa instrumenty gorsze od klarnetu – dwa klarnety. - Ambrose Bierce.
Orkiestry dęte są jak najbardziej na miejscu – na wolnym powietrzu i wiele mil stąd. - Thomas Beecham.
Muzyka nie odtwarza dźwięków, lecz wyraża myśli; muzyk wprost przeciwnie. - Dymitr Szostakowicz.
Muzyka jest jedyną zmysłową przyjemnością pozbawioną znamion grzechu. - Samuel Johnson.
Śpiewacy sądzą, że będzie ich słychać. Zadaniem orkiestry jest do tego nie dopuścić. - Thomas Beecham.
Nie cierpię muzyki, szczególnie kiedy jest grana. - Jimmy Durante.
Okazjonalnie gram dzieła współczesnych kompozytorów z dwóch powodów: po pierwsze, żeby zniechęcić kompozytora do dalszego pisania, po drugie, żeby uświadomić sobie, jak bardzo cenię Beethovena. - Jascha Heifetz.
On jest moim ulubionym typem muzyka. Potrafi grać na ukulele, ale nie gra. - Will Rogers.
Istnieją dwie złote zasady, którymi powinna się kierować orkiestra: zaczynać razem i kończyć razem. To, co jest pośrodku, publiczności zupełnie nie interesuje. - Thomas Beecham.
Znam tylko dwa rodzaje publiczności: kaszlącą i niekaszlącą. - Artur Schnabel.
Tylko orkiestry włoskie grają z miłością, gdy w nutach napisane jest „con amore”. Inne tak, jakby muzycy byli żonaci. - Arturo Toscanini.
Nie wiem, czy ją lubię, ale o to mi chodziło. - Ralph Vaughan Williams o swojej Czwartej Symfonii.
Opera śpiewana w języku angielskim jest równie bezsensowna, jak rozgrywanie partii baseball we Włoszech. - Henry Louis Mencken.
Gram nuty nie lepiej niż większość pianistów. Tylko w pauzach, które robię między tymi nutami leży różnica – na tym właśnie polega prawdziwa sztuka. - Artur Schnabel.
Jakaż wspaniała byłaby opera bez śpiewaków! - Gioacchino Antonio Rossini.
PS.
A sam w ramach miłości do muzyki 'uporządkowałem' posiadane płyty. Co prawda postronny obserwator uzna, że bałagan mam dokładnie taki sam jak miałem, a może i większy, ale jednocześnie znalazłszy nagranie z muzyką Bacha, czy Mozarta, ma duże szanse znaleźć inną płytę z muzyką tego kompozytora w pobliżu, co wcale takie oczywiste do wczoraj nie było. W każdym razie wyciągnąłem z porządków dwa wnioski:
1. Płyt mam dość i nie powinienem więcej kupować.
2. Powinienem kupić następujące tytuły: (tu następuje lista, której pozwolę sobie, dla skrócenia notki, już nie cytować.)
Klarnet – narzędzie tortur obsługiwane przez osobę z wacikami w uszach. Są tylko dwa instrumenty gorsze od klarnetu – dwa klarnety. - Ambrose Bierce.
Orkiestry dęte są jak najbardziej na miejscu – na wolnym powietrzu i wiele mil stąd. - Thomas Beecham.
Muzyka nie odtwarza dźwięków, lecz wyraża myśli; muzyk wprost przeciwnie. - Dymitr Szostakowicz.
Muzyka jest jedyną zmysłową przyjemnością pozbawioną znamion grzechu. - Samuel Johnson.
Śpiewacy sądzą, że będzie ich słychać. Zadaniem orkiestry jest do tego nie dopuścić. - Thomas Beecham.
Nie cierpię muzyki, szczególnie kiedy jest grana. - Jimmy Durante.
Okazjonalnie gram dzieła współczesnych kompozytorów z dwóch powodów: po pierwsze, żeby zniechęcić kompozytora do dalszego pisania, po drugie, żeby uświadomić sobie, jak bardzo cenię Beethovena. - Jascha Heifetz.
On jest moim ulubionym typem muzyka. Potrafi grać na ukulele, ale nie gra. - Will Rogers.
Istnieją dwie złote zasady, którymi powinna się kierować orkiestra: zaczynać razem i kończyć razem. To, co jest pośrodku, publiczności zupełnie nie interesuje. - Thomas Beecham.
Znam tylko dwa rodzaje publiczności: kaszlącą i niekaszlącą. - Artur Schnabel.
Tylko orkiestry włoskie grają z miłością, gdy w nutach napisane jest „con amore”. Inne tak, jakby muzycy byli żonaci. - Arturo Toscanini.
Nie wiem, czy ją lubię, ale o to mi chodziło. - Ralph Vaughan Williams o swojej Czwartej Symfonii.
Opera śpiewana w języku angielskim jest równie bezsensowna, jak rozgrywanie partii baseball we Włoszech. - Henry Louis Mencken.
Gram nuty nie lepiej niż większość pianistów. Tylko w pauzach, które robię między tymi nutami leży różnica – na tym właśnie polega prawdziwa sztuka. - Artur Schnabel.
Jakaż wspaniała byłaby opera bez śpiewaków! - Gioacchino Antonio Rossini.
PS.
A sam w ramach miłości do muzyki 'uporządkowałem' posiadane płyty. Co prawda postronny obserwator uzna, że bałagan mam dokładnie taki sam jak miałem, a może i większy, ale jednocześnie znalazłszy nagranie z muzyką Bacha, czy Mozarta, ma duże szanse znaleźć inną płytę z muzyką tego kompozytora w pobliżu, co wcale takie oczywiste do wczoraj nie było. W każdym razie wyciągnąłem z porządków dwa wnioski:
1. Płyt mam dość i nie powinienem więcej kupować.
2. Powinienem kupić następujące tytuły: (tu następuje lista, której pozwolę sobie, dla skrócenia notki, już nie cytować.)
sobota, 1 listopada 2008
Erato złotowłosa
Erato złotowłosa i ty wdzięczna lutni,
Skąd pociechę w swych troskach biorą ludzie smutni,
Uspokójcie na chwilę strapioną myśl moję,
Póki jeszcze kamienny w polu słup nie stoję [...].
Jan Kochanowski
Skąd pociechę w swych troskach biorą ludzie smutni,
Uspokójcie na chwilę strapioną myśl moję,
Póki jeszcze kamienny w polu słup nie stoję [...].
Jan Kochanowski
poniedziałek, 1 września 2008
I znowu tłumaczenie
Że z językiem obcym najlepiej zabawiać się lekkimi powieściami, to i czytam „Milczenie owiec”. W dwóch wersjach, bo w kioskach pojawiło się też w serii „Męska rzecz – poczytać” (czy jakoś tak), tłumaczenie Andrzeja Szulca. No i sami zobaczcie:
"So the FBI is going to the girls like everything else, ha, ha." He added the tobacco smile he uses to separate his sentences.
"The Bureau's improving, Dr Chilton. It certainly is."
Wersja polska:
"Zatem i w FBI przerzucają się na dziewczęta, jak wszędzie, cha, cha. — Dorzucił do tego kwaśny uśmieszek, którym zwykł przedzielać zdania.
— Biuro idzie z duchem czasu, doktorze Chilton, nie da się ukryć."
Myślałem nawet przez chwile, że tłumacz robi to celowo, a przecież odpowiedź Clarice Starling, to nie tylko ocena zmian w FBI, ale także wyraz niechęci do Chiltona; tymczasem kilka stron dalej przeczytałem jak Andrzej Szulc przetłumaczył tytuł Chiltona, czyli PhD: „doktor filozofii”...
PS.
A Mykietyn wybitnym twórcą (może nawet Wielkim Twórcą) jest! (Co dodaję, a propos wczoraj słuchanej płyty.)
"So the FBI is going to the girls like everything else, ha, ha." He added the tobacco smile he uses to separate his sentences.
"The Bureau's improving, Dr Chilton. It certainly is."
Wersja polska:
"Zatem i w FBI przerzucają się na dziewczęta, jak wszędzie, cha, cha. — Dorzucił do tego kwaśny uśmieszek, którym zwykł przedzielać zdania.
— Biuro idzie z duchem czasu, doktorze Chilton, nie da się ukryć."
Myślałem nawet przez chwile, że tłumacz robi to celowo, a przecież odpowiedź Clarice Starling, to nie tylko ocena zmian w FBI, ale także wyraz niechęci do Chiltona; tymczasem kilka stron dalej przeczytałem jak Andrzej Szulc przetłumaczył tytuł Chiltona, czyli PhD: „doktor filozofii”...
PS.
A Mykietyn wybitnym twórcą (może nawet Wielkim Twórcą) jest! (Co dodaję, a propos wczoraj słuchanej płyty.)
piątek, 8 sierpnia 2008
Dwa cytaty z wieczornych lektur
"Stojący zdecydowanie niżej od swych sędziów pretendent do tytułu doktora musiał wykazać, że potrafi odpowiedzieć na ich pytania, uniknąć zastawionych pułapek i w ten sposób stać się im równym... i uzyskać prawo do zadawania tych samych tortur innym kandydatom."
Jean Mathiex "Wielkie cywilizacje. Rozkwit i upadek imperiów", tłum. Grażyna Majcher, Maria Żurowska, Świat Książki 2008
Oto na czym (najwyraźniej zdaniem Jeana Mathiex) polega nauka. Od XII wieku, do dziś. (Co zapewne nie jest prawdą, aczkolwiek czy byłaby to gorsza definicja od innych...)
"Poniżanie wszystkiego, co otacza świętego, to wada wszelkiej hagiografii".
Charles Peguy.
Nie wiem, gdzie Charles Peguy to powiedział, czy napisał. Sam przeczytałem to w książce kwalifikującej się jako hagiografia (bo o św. Franciszku i to z punktu widzenia kościelnego, choć raczej kościoła liberalnego niż konserwatywnego; choć, w tym konkretnym punkcie, cytat ten służył wybieleniu postaci Innocentego III, przedstawianej krytycznie w żywotach św. Franciszka). Jak każde pojedyncze zdanie (choćby i złożone, oraz z nawiasami), także to może aspirować, co najwyżej do częściowej prawdziwości. Ale, z drugiej strony, o ile w hagiografiach taka postawa jest może coraz mniej popularna, to w historii -- jak najbardziej.
PS.
Poniekad ten wybór z wczorajszych lektur odpowiada na pytanie o to, czy czytam równolegle, czy sekwencyjnie.
Jean Mathiex "Wielkie cywilizacje. Rozkwit i upadek imperiów", tłum. Grażyna Majcher, Maria Żurowska, Świat Książki 2008
Oto na czym (najwyraźniej zdaniem Jeana Mathiex) polega nauka. Od XII wieku, do dziś. (Co zapewne nie jest prawdą, aczkolwiek czy byłaby to gorsza definicja od innych...)
"Poniżanie wszystkiego, co otacza świętego, to wada wszelkiej hagiografii".
Charles Peguy.
Nie wiem, gdzie Charles Peguy to powiedział, czy napisał. Sam przeczytałem to w książce kwalifikującej się jako hagiografia (bo o św. Franciszku i to z punktu widzenia kościelnego, choć raczej kościoła liberalnego niż konserwatywnego; choć, w tym konkretnym punkcie, cytat ten służył wybieleniu postaci Innocentego III, przedstawianej krytycznie w żywotach św. Franciszka). Jak każde pojedyncze zdanie (choćby i złożone, oraz z nawiasami), także to może aspirować, co najwyżej do częściowej prawdziwości. Ale, z drugiej strony, o ile w hagiografiach taka postawa jest może coraz mniej popularna, to w historii -- jak najbardziej.
PS.
Poniekad ten wybór z wczorajszych lektur odpowiada na pytanie o to, czy czytam równolegle, czy sekwencyjnie.
czwartek, 26 czerwca 2008
Propaganda
Co więcej, August poznał z góry wyniki wszystkich wojen. Gdy wojska triumwirów ściągnęły pod Bononię, na namiocie Augusta siadł orzeł i stoczył zwycięską walkę z dwoma krukami, które go napastowały z tej i tamtej strony, wreszcie cisnął na ziemię. Całe wojsko wyprowadziło stąd wniosek, że kiedyś między triumwirami wybuchnie niezgoda (jaka istotnie później wybuchła), i przewidziało wynik. Pod Filippi pewien Tesalczyk przepowiedział Augustowi przyszłe zwycięstwo, powołując się na boskiego Cezara, którego zjawa ukazała mu się na bocznej drodze. Przed bitwą pod Peruzją wróżby nie wypadły pomyślnie, August polecił powiększyć liczbę bydląt. Nagle wróg nieoczekiwanie wtargnął do obozu i uwiózł ze sobą cały sprzęt obozowy. Wówczas wróżbici zgodnie orzekli, że wszystkie te niebezpieczeństwa i nieszczęścia, jakie zapowiedziane zostały składającemu ofiarę, spadną na tych właśnie, który teraz posiędą wnętrzności zwierząt ofiarnych. I tak się stało. W przeddzień bitwy morskiej u wybrzeży Sycylii, w czasie przechadzki Augusta po brzegu, nagle wyskoczyła z morza ryba i padła do jego stóp. Gdy pod Akcjum ruszał do walki, spotkał człowieka wiodącego osła, człowiek na imię miał Eutychus, zwierzę – Nikon. Po zwycięstwie ofiarował August posąg spiżowy ich obydwu do świątyni, którą wzniósł na miejscu obozu.
Swetoniusz „Żywoty Cezarów” („Boski August”, 96), tłum. Janina Niemirska-Pliszczyńska. Eutyches od gr. szczęśliwy. Nikon po grecku: zwycięzca.
Cantatores powinni używać takich argumentów, które podniosłyby duch armii. Powinni przypominać żołnierzom o zapłacie, jaka czeka wierzących w Boga, i o nagrodach, jakie przydziela szczodrobliwość cesarska, a także o ich wcześniejszych zwycięstwach. Powinni mówić, że walka toczy się w imię Boga i Jego miłości oraz w interesie całego narodu. Prócz tego powinni dodać, że żołnierze będą walczyć za swoich braci w wierze – jeżeli sprawa tak się przedstawia – oraz za swoje żony i dzieci, i za ziemię ojczystą, ponadto zaś, że pamięć tych, którzy wyróżniają się w wojnie za wolność swoich braci, będzie wieczna i że ta wielka wojna toczy się przeciwko nieprzyjaciołom Boga, i że my mamy po swojej stronie Boga, który rządzi kolejami wojny, podczas gdy nieprzyjaciel walczy przeciwko Niemu, ponieważ w Niego nie wierzy.
Leon VI „Tactica” (12, 72 (MPG 107, 826) (cesarz Bizancjum w latach: 886-912).
(Co notuję, bo rozczula mnie ta dawna propaganda wojenna, gdy ją sobie porównam ze współczesną. Ale może dlatego, że na dawną tak łatwo nabrać bym się nie dał. A na współczesną, w jakiejś mierze, owszem. Choć i tak pochlebiam sobie, że jestem ostrożniejszy od znacznej części mediów, które wybierają w konflikcie jedną ze stron, wierząc jej bez zastrzeżeń i nazywając to, co mówi druga ‘propagandą’.)
PS.
Za swoim blogiem stoję ja sam. I póki nie reklamuję produktów, czy partii politycznych, możecie być o to spokojni.
PS.(2).
Może jeszcze warto zauważyć, że choć obie techniki propagandy są różne, to obie znajdują swoje odbicie współcześnie.
Swetoniusz „Żywoty Cezarów” („Boski August”, 96), tłum. Janina Niemirska-Pliszczyńska. Eutyches od gr. szczęśliwy. Nikon po grecku: zwycięzca.
Cantatores powinni używać takich argumentów, które podniosłyby duch armii. Powinni przypominać żołnierzom o zapłacie, jaka czeka wierzących w Boga, i o nagrodach, jakie przydziela szczodrobliwość cesarska, a także o ich wcześniejszych zwycięstwach. Powinni mówić, że walka toczy się w imię Boga i Jego miłości oraz w interesie całego narodu. Prócz tego powinni dodać, że żołnierze będą walczyć za swoich braci w wierze – jeżeli sprawa tak się przedstawia – oraz za swoje żony i dzieci, i za ziemię ojczystą, ponadto zaś, że pamięć tych, którzy wyróżniają się w wojnie za wolność swoich braci, będzie wieczna i że ta wielka wojna toczy się przeciwko nieprzyjaciołom Boga, i że my mamy po swojej stronie Boga, który rządzi kolejami wojny, podczas gdy nieprzyjaciel walczy przeciwko Niemu, ponieważ w Niego nie wierzy.
Leon VI „Tactica” (12, 72 (MPG 107, 826) (cesarz Bizancjum w latach: 886-912).
(Co notuję, bo rozczula mnie ta dawna propaganda wojenna, gdy ją sobie porównam ze współczesną. Ale może dlatego, że na dawną tak łatwo nabrać bym się nie dał. A na współczesną, w jakiejś mierze, owszem. Choć i tak pochlebiam sobie, że jestem ostrożniejszy od znacznej części mediów, które wybierają w konflikcie jedną ze stron, wierząc jej bez zastrzeżeń i nazywając to, co mówi druga ‘propagandą’.)
PS.
Za swoim blogiem stoję ja sam. I póki nie reklamuję produktów, czy partii politycznych, możecie być o to spokojni.
PS.(2).
Może jeszcze warto zauważyć, że choć obie techniki propagandy są różne, to obie znajdują swoje odbicie współcześnie.
piątek, 20 czerwca 2008
Zbiera mnie ochota śmiać się z głupoty...
„Tym większa zbiera mnie ochota śmiać się z głupoty tych, którzy sądzą, że dzięki obecnej władzy potrafią stłumić także następnych wieków pamięć. Albowiem przeciwnie się dzieje: gnębionym duchom przybywa powagi; a postronni królowie albo ci, którzy stosowali tę samą, co oni, srogość, nie przez to innego, jak tylko sobie hańby, a owym sławy przysporzyli.”
Tacyt „Roczniki” (Księga IV)
1. Tacyta czytałem w związku z lekturą Gravesa. Rzeczywiście, Graves spisuje z Tacyta. I nie tylko – całe fragmenty wyglądają jak przepisane z opracowań historycznych (może nie tyle w „Ja, Klaudiusz”, co w „Klaudiusz i Messalina”; Gravesa częściowo usprawiedliwiają historyczne zainteresowania Klaudiusza).
2. Czytałem w związku z Gravesem, ale rzeczywistość „za oknem” wskazuje, że nie wyparliśmy się pisania historii politycznej. A przecież jej dzieje są znane tak dobrze…
3. „Był czas, że Stary Testament stanowił normę każdego działania. My jednak żyjemy w epoce łaski, i Pan dał nam nowe przymierze miłości. Nie wolno więc, by brat sądził brata; powiedziano bowiem, że ci, którzy potępiają, sami zostaną potępieni i że jedynie Bóg sam osądzać może grzechy ludzkie.” (Św. Nil Soroski (1433-1508; lub jego naśladowcy – „starcy nadwołżańscy”. No, ale kogo interesuje co mówił św. Nil Soroski?).
Tacyt „Roczniki” (Księga IV)
1. Tacyta czytałem w związku z lekturą Gravesa. Rzeczywiście, Graves spisuje z Tacyta. I nie tylko – całe fragmenty wyglądają jak przepisane z opracowań historycznych (może nie tyle w „Ja, Klaudiusz”, co w „Klaudiusz i Messalina”; Gravesa częściowo usprawiedliwiają historyczne zainteresowania Klaudiusza).
2. Czytałem w związku z Gravesem, ale rzeczywistość „za oknem” wskazuje, że nie wyparliśmy się pisania historii politycznej. A przecież jej dzieje są znane tak dobrze…
3. „Był czas, że Stary Testament stanowił normę każdego działania. My jednak żyjemy w epoce łaski, i Pan dał nam nowe przymierze miłości. Nie wolno więc, by brat sądził brata; powiedziano bowiem, że ci, którzy potępiają, sami zostaną potępieni i że jedynie Bóg sam osądzać może grzechy ludzkie.” (Św. Nil Soroski (1433-1508; lub jego naśladowcy – „starcy nadwołżańscy”. No, ale kogo interesuje co mówił św. Nil Soroski?).
środa, 11 czerwca 2008
Za Ravisim o hymnie Pawłowym
Bp. Gianfranco Ravisi w swym „Pięknie Biblii" (tłum. Barbara Żurowska, Salwator, Kraków 2005) podejmuje temat słynnego, trzynastego rozdziału I Listu do Korynitan św. Pawła – czyli Hymn o miłości. Podejmuje temat na swój sposób, wskazując na nawiązania obecne w kulturze. Cytuje przy tym jedno rozwinięcie i jedną parafrazę. Które są inspirujące.
„Gdybym rozdał całe moje obuwie i żywność,
aby przyjść z pomocą nędznemu i głodnemu ludowi, a miłości bym nie miał,
byłbym jednym z wielu rewolucjonistów
łowcą motyli lub poetą marzycielem."
Paulo Suess
Ja rozumiem, że same uczynki, wykonywane mechanicznie, to za mało. Ale rewolucjonista, łowca motyli, poeta marzyciel? Dlaczego brakuje im 'miłości'? I czy rzeczywiście poetę marzyciela (bez miłości) można odnaleźć w kimś, kto pomaga biednemu? Ja bym raczej to określenie przypisał postawie odwrotnej – pojmującemu tę miłość tylko jako duchowe przeżycie, bez zaangażowania na rzecz innych.
(Może tu dodam, że chyba przedwczoraj czytałem krótki tekścik, którego autor wykpiwał inne 'sztandary' różnych ideologii, twierdząc, że tylko pod jego sztandarem mieści się dobro i miłość… A ja zacząłem w myślach podliczać ofiary jego własnej ideologii – z czystej przekory… U Suessa widzę coś podobnego – u mnie jest 'miłość' u innych marzenia i rewolucje… Być może mam 'myślowe powidoki'.)
„Gdybym mówił językami ludzkimi i anielskimi, a pieniędzy bym nie miał, stałbym się jak mieć brzęcząca […] i choćbym miał wszelką wiarę, tak żebym góry przenosił, a pieniędzy bym nie miał, niczym jestem. […] Pieniądz jest cierpliwy, jest łaskawy […] Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, wszystkiego się spodziewa, wszystko przetrwa…"
George Orwell
Muszę przyznać, że to wersja nie tylko mocna, ale i prawdziwa. Prawdziwa nie w sensie etycznego wskazania, ale rzeczywistej postawy wielu ludzi, wyznawanej najczęściej wtedy, gdy warto pozować na twardziela-cynika. Ale, choć mam wątpliwości, na ile szczerze wyznawaną w całej rozciągłości, to jednak bliską prawdy.
„Gdybym rozdał całe moje obuwie i żywność,
aby przyjść z pomocą nędznemu i głodnemu ludowi, a miłości bym nie miał,
byłbym jednym z wielu rewolucjonistów
łowcą motyli lub poetą marzycielem."
Paulo Suess
Ja rozumiem, że same uczynki, wykonywane mechanicznie, to za mało. Ale rewolucjonista, łowca motyli, poeta marzyciel? Dlaczego brakuje im 'miłości'? I czy rzeczywiście poetę marzyciela (bez miłości) można odnaleźć w kimś, kto pomaga biednemu? Ja bym raczej to określenie przypisał postawie odwrotnej – pojmującemu tę miłość tylko jako duchowe przeżycie, bez zaangażowania na rzecz innych.
(Może tu dodam, że chyba przedwczoraj czytałem krótki tekścik, którego autor wykpiwał inne 'sztandary' różnych ideologii, twierdząc, że tylko pod jego sztandarem mieści się dobro i miłość… A ja zacząłem w myślach podliczać ofiary jego własnej ideologii – z czystej przekory… U Suessa widzę coś podobnego – u mnie jest 'miłość' u innych marzenia i rewolucje… Być może mam 'myślowe powidoki'.)
„Gdybym mówił językami ludzkimi i anielskimi, a pieniędzy bym nie miał, stałbym się jak mieć brzęcząca […] i choćbym miał wszelką wiarę, tak żebym góry przenosił, a pieniędzy bym nie miał, niczym jestem. […] Pieniądz jest cierpliwy, jest łaskawy […] Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, wszystkiego się spodziewa, wszystko przetrwa…"
George Orwell
Muszę przyznać, że to wersja nie tylko mocna, ale i prawdziwa. Prawdziwa nie w sensie etycznego wskazania, ale rzeczywistej postawy wielu ludzi, wyznawanej najczęściej wtedy, gdy warto pozować na twardziela-cynika. Ale, choć mam wątpliwości, na ile szczerze wyznawaną w całej rozciągłości, to jednak bliską prawdy.
piątek, 30 maja 2008
Odkładając na pólkę "Gdzie jest Bóg?"
Odkładam na półkę "Gdzie jest Bóg?" Węcławskiego. Książka mnie nie zmieniła, zresztą czytałem ją w zbyt małych fragmentach... Mam więc pewną pustkę w głowie. (Choć może przesadzam. Coś jednak zostało, bardziej jednak podskórnego niż nadającego się do podsumowania.) Za to zainteresowało mnie posłowie przeznaczone dla teologów, gdzie Tomasz Węcławski pisze np.:
"Po pierwsze, wydaje mi się, że prawie nie istnieją albo są znacznie osłabione dawne światopoglądowe i kulturowe fundament wiary -- znajduje to wyraz w zazwyczaj nie uświadomionym niezrozumieniu, z jakim dość powszechnie przyjmowane są nawet zupełnie elementarne prawdy wiary, a w konsekwencji także związane z nimi wymagania chrześcijańskiej moralności. Takie niezrozumienie można zaobserwować również u ludzi wykształconych -- także u ludzi wykształconych teologicznie. Nie wynika ono więc w zasadzie z braku wiedzy, ale raczej z braku ożywiającego tę wiedzę doświadczenia i takiej refleksji, która mogłaby doprowadzić do zupełnie świadomego utożsamienia się z doświadczaną prawdą."
Ja w znacznej mierze mogę się zgodzić. Czasem sięgam po Katechizm Kościoła Katolickiego, tak dla zrozumienia -- a potem się dziwię, że w kazaniach, listach episkopatu, wypowiedziach biskupów, czy myślicieli katolickich, pojawiają się wypowiedzi wprost z Katechizmem sprzeczne. Świadomość, którą widzę, jest słaba. Tak jakby religia była podtrzymywana i ożywiana przez idee niezwiązane z Bogiem... Oczywiście są wyjątki, ale wyjątki na tyle rzadkie, że tylko podkreślające faktyczne zepchnięcie sfery sacrum na margines. Ale, jak widać, wracam do tematu, który jakoś mnie trapi, choć nie wierzę w powroty i odrodzenia religijne. Raczej uważam ją za cząstkę kultury, którą warto znać, ale niekoniecznie trzeba wyznawać.
"Popularyzować można bowiem wiedzę matematyczną, przyrodniczą, czy historyczną, ale nie teologię!"
Po lekturze równie mocno nie wiem skąd taki wniosek, jak przed lekturą. Dlaczego? Pamięta się Euklidesa, twierdzącego, że nie ma dróg na skróty do matematyki. Czyżby popularyzowanie było czymś innym, niż drogą na skróty. W obu przypadkach można próbować zainteresować (sam Węcławski pisze, że środowiska otwarte na teologię często spotyka), ale zrozumienie wymaga solidnej pracy. Skąd ta różnica? Mogę się jedynie domyślać, że ze słabej znajomości matematyki...
Ale tu się otwiera miejsce na komentarz na marginesie. Bo wczoraj napisałem, że „słuchacze wcale nie mają zbiorowego poczucia potrzeby lepszego rozumienia muzyki” (z czym pesymistycznie zgodziła się Pani Kierowniczka). I to podtrzymuję. Ale nie znaczy to, że ludzi zainteresowanych nie ma. To zresztą w odniesieniu do muzyki zauważają Barenboim (i Said?), którzy nie tylko dostrzegają chęć zrozumienia, ale także warunek konieczny przyjęcia postawy ucznia – przyznanie się do niewiedzy. I o tym też wspomina Węcławski – spotyka się środowiska, które chciałby poznać (w jego przypadku teologię), ale nie mają od kogo się uczyć... Tak jakby, paradoksalnie, w świecie wolności słowa i wyboru, wszechobecnych mediów, nadmiaru informacji docierających z zewnątrz, to o komunikację między chcącymi się dzielić wiedzą, a wiedzy łaknącymi było najtrudniej...
----
Ks. (jeszcze) Tomasz Węcławski "Gdzie jest Bóg? Małe wprowadzenie do teologii dla tych, którzy nie boją się myśleć", Znak, Kraków 1992
"Po pierwsze, wydaje mi się, że prawie nie istnieją albo są znacznie osłabione dawne światopoglądowe i kulturowe fundament wiary -- znajduje to wyraz w zazwyczaj nie uświadomionym niezrozumieniu, z jakim dość powszechnie przyjmowane są nawet zupełnie elementarne prawdy wiary, a w konsekwencji także związane z nimi wymagania chrześcijańskiej moralności. Takie niezrozumienie można zaobserwować również u ludzi wykształconych -- także u ludzi wykształconych teologicznie. Nie wynika ono więc w zasadzie z braku wiedzy, ale raczej z braku ożywiającego tę wiedzę doświadczenia i takiej refleksji, która mogłaby doprowadzić do zupełnie świadomego utożsamienia się z doświadczaną prawdą."
Ja w znacznej mierze mogę się zgodzić. Czasem sięgam po Katechizm Kościoła Katolickiego, tak dla zrozumienia -- a potem się dziwię, że w kazaniach, listach episkopatu, wypowiedziach biskupów, czy myślicieli katolickich, pojawiają się wypowiedzi wprost z Katechizmem sprzeczne. Świadomość, którą widzę, jest słaba. Tak jakby religia była podtrzymywana i ożywiana przez idee niezwiązane z Bogiem... Oczywiście są wyjątki, ale wyjątki na tyle rzadkie, że tylko podkreślające faktyczne zepchnięcie sfery sacrum na margines. Ale, jak widać, wracam do tematu, który jakoś mnie trapi, choć nie wierzę w powroty i odrodzenia religijne. Raczej uważam ją za cząstkę kultury, którą warto znać, ale niekoniecznie trzeba wyznawać.
"Popularyzować można bowiem wiedzę matematyczną, przyrodniczą, czy historyczną, ale nie teologię!"
Po lekturze równie mocno nie wiem skąd taki wniosek, jak przed lekturą. Dlaczego? Pamięta się Euklidesa, twierdzącego, że nie ma dróg na skróty do matematyki. Czyżby popularyzowanie było czymś innym, niż drogą na skróty. W obu przypadkach można próbować zainteresować (sam Węcławski pisze, że środowiska otwarte na teologię często spotyka), ale zrozumienie wymaga solidnej pracy. Skąd ta różnica? Mogę się jedynie domyślać, że ze słabej znajomości matematyki...
Ale tu się otwiera miejsce na komentarz na marginesie. Bo wczoraj napisałem, że „słuchacze wcale nie mają zbiorowego poczucia potrzeby lepszego rozumienia muzyki” (z czym pesymistycznie zgodziła się Pani Kierowniczka). I to podtrzymuję. Ale nie znaczy to, że ludzi zainteresowanych nie ma. To zresztą w odniesieniu do muzyki zauważają Barenboim (i Said?), którzy nie tylko dostrzegają chęć zrozumienia, ale także warunek konieczny przyjęcia postawy ucznia – przyznanie się do niewiedzy. I o tym też wspomina Węcławski – spotyka się środowiska, które chciałby poznać (w jego przypadku teologię), ale nie mają od kogo się uczyć... Tak jakby, paradoksalnie, w świecie wolności słowa i wyboru, wszechobecnych mediów, nadmiaru informacji docierających z zewnątrz, to o komunikację między chcącymi się dzielić wiedzą, a wiedzy łaknącymi było najtrudniej...
----
Ks. (jeszcze) Tomasz Węcławski "Gdzie jest Bóg? Małe wprowadzenie do teologii dla tych, którzy nie boją się myśleć", Znak, Kraków 1992
środa, 28 maja 2008
Robiąc porządki na dysku
Długie godziny spędzam obecnie na próbach* instalowaniu systemu (XP na służbowej Toshibie, nie nie mogę sobie zabrać tej Toshiby do domu i użyczać znajomym paniom do opracowania scenariuszy programów telewizyjnych... to nie ministerstwo sprawiedliwości... płacą też mniej...), krótsze na porządkowaniu dysku – wszystko to w związku z przenosinami do nowego laboratorium. I właśnie robiąc porządki na dysku znalazłem wypisy z „Anegdot z koloratką”. Nie publikowałem ich chyba jeszcze, a że śmiech to zdrowie, to postanowiłem nieco wspomóc NFZ:
Kapłan udowadniał drugiemu kapłanowi, że „Pan Jezus jest Ślązokiem, bo mo oma na Annabergu”.
Ksiądz pyta dzieci:
– Kochane dzieci, kto mi powie, co to jest pycha?
– Pycha to jest wtedy, gdy mama coś dobrego ugotuje! – szybko odpowiada uczeń.
Wszystkie sakramenty ustanowił sam Jezus Chrystus – mówi ksiądz proboszcz tytułem wprowadzenia do ewangelii o weselu w Kanie Galilejskiej.
– Jakimi słowami ustanowił sakrament małżeństwa? – zapytał uczniów.
Jedna z uczennic cokolwiek zakłopotana mówi:
– Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie a niewiastę.
Chłopiec na pierwszej spowiedzi:
– Pożądałem żonę bliźniego swego.
Kapłanowi aż głos odebrało:
– W tym wieku?!
– Tak – wyjaśnia penitent – bo robi lepsze naleśniki niż mama.
Na przerwie między lekcjami ksiądz pyta uczniów:
– Jaka jest najlepsza rada na pokusę?
– Najlepiej jej ulec – stwierdził jeden z uczniów.
– Trzeba jej ulec, bo może się więcej nie powtórzyć – dodał drugi.
Alumn Romuald Rak pyta kolegę Szczepana Rożka:
– Szczepon, a ty grosz na klawierze?
– Jo wola na stole – odpowiada zapytany – Na klawierze nie, bo karty się bardzo ślizgają.
Ksiądz Stanisław Maliński opowiada:
– Proszę księży, idę sobie kiedyś koło kina „Rialto”, a tam pod mostem siedzi niewidomy z żółtą opaską na rękawie i czyta gazetę. Nie wytrzymałem:
– Ależ panie kochany, tak nie można! Niewidomy, a czyta gazetę.
A on mi na to:
– Cy jo cytom? Jo sie ino obrazki oglądom.
Spotykają się przedstawiciele trzech wielkich religii i debatują nad wszechmocą Bożą.
Ksiądz mówi, że była wielka burza, wiatr łamał drzewa, a wtedy zwrócił się w modlitwie do Pana Boga i nagle wokół niego zapanował spokój, zaświeciło słońce.
Iman wychwala wszechmoc Allaha, opisując swoje przeżycie: „Jestem na pustyni. Nagle burza piaskowa, a ja wznoszę modlitwy do Allaha i nagle tam, gdzie stoję, piękna pogoda, słońce słowem cud”.
Rabin mówi: „To nic. Bóg w judaizmie jest wszechpotężny”. I opowiada: „Jest szabat. Wchodzę do synagogi, zauważyłem leżący portfel pełen banknotów dolarowych. Nie wolno mi się schylić i cokolwiek zrobić”. Wtedy wznoszę ręce do góry i słyszę głos Boga: „Szabat trwa wokół ciebie, a tu, gdzie stoisz, jest wtorek”.
Ks. Jan Górecki „Anegdoty z koloratką”
---
*) Ze względu na problemy ze sterownikami do w miarę nowego laptopa, są to próby wciąż nieudane, choć zrobiłem już wszystko zgodnie z zaleceniami z internetu. A preinstalowana Vista jest niezupełnie zgodna z wykorzystywanym oprogramowaniem...
Kapłan udowadniał drugiemu kapłanowi, że „Pan Jezus jest Ślązokiem, bo mo oma na Annabergu”.
Ksiądz pyta dzieci:
– Kochane dzieci, kto mi powie, co to jest pycha?
– Pycha to jest wtedy, gdy mama coś dobrego ugotuje! – szybko odpowiada uczeń.
Wszystkie sakramenty ustanowił sam Jezus Chrystus – mówi ksiądz proboszcz tytułem wprowadzenia do ewangelii o weselu w Kanie Galilejskiej.
– Jakimi słowami ustanowił sakrament małżeństwa? – zapytał uczniów.
Jedna z uczennic cokolwiek zakłopotana mówi:
– Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie a niewiastę.
Chłopiec na pierwszej spowiedzi:
– Pożądałem żonę bliźniego swego.
Kapłanowi aż głos odebrało:
– W tym wieku?!
– Tak – wyjaśnia penitent – bo robi lepsze naleśniki niż mama.
Na przerwie między lekcjami ksiądz pyta uczniów:
– Jaka jest najlepsza rada na pokusę?
– Najlepiej jej ulec – stwierdził jeden z uczniów.
– Trzeba jej ulec, bo może się więcej nie powtórzyć – dodał drugi.
Alumn Romuald Rak pyta kolegę Szczepana Rożka:
– Szczepon, a ty grosz na klawierze?
– Jo wola na stole – odpowiada zapytany – Na klawierze nie, bo karty się bardzo ślizgają.
Ksiądz Stanisław Maliński opowiada:
– Proszę księży, idę sobie kiedyś koło kina „Rialto”, a tam pod mostem siedzi niewidomy z żółtą opaską na rękawie i czyta gazetę. Nie wytrzymałem:
– Ależ panie kochany, tak nie można! Niewidomy, a czyta gazetę.
A on mi na to:
– Cy jo cytom? Jo sie ino obrazki oglądom.
Spotykają się przedstawiciele trzech wielkich religii i debatują nad wszechmocą Bożą.
Ksiądz mówi, że była wielka burza, wiatr łamał drzewa, a wtedy zwrócił się w modlitwie do Pana Boga i nagle wokół niego zapanował spokój, zaświeciło słońce.
Iman wychwala wszechmoc Allaha, opisując swoje przeżycie: „Jestem na pustyni. Nagle burza piaskowa, a ja wznoszę modlitwy do Allaha i nagle tam, gdzie stoję, piękna pogoda, słońce słowem cud”.
Rabin mówi: „To nic. Bóg w judaizmie jest wszechpotężny”. I opowiada: „Jest szabat. Wchodzę do synagogi, zauważyłem leżący portfel pełen banknotów dolarowych. Nie wolno mi się schylić i cokolwiek zrobić”. Wtedy wznoszę ręce do góry i słyszę głos Boga: „Szabat trwa wokół ciebie, a tu, gdzie stoisz, jest wtorek”.
Ks. Jan Górecki „Anegdoty z koloratką”
---
*) Ze względu na problemy ze sterownikami do w miarę nowego laptopa, są to próby wciąż nieudane, choć zrobiłem już wszystko zgodnie z zaleceniami z internetu. A preinstalowana Vista jest niezupełnie zgodna z wykorzystywanym oprogramowaniem...
wtorek, 20 maja 2008
I jeszcze raz Barenboim
„Jeśli przyjrzeć się roli muzyki, jak również teatru i opery, w społeczeństwach żyjących w systemach totalitarnych, okazuje się, że to jedyna przestrzeń, w której totalitaryzm może być krytykowany. Innymi słowy, wykonanie utworu Beethovena w hitlerowskich Niemczech czy jakiejkolwiek innej dyktaturze, prawicowej bądź lewicowej, jest wezwaniem do wolności. Może nawet być bezpośrednią krytyką danego reżimy. W takim kontekście muzyka jest niepokojąca, ale jednocześnie podnosi na duchu. To świat bardzo odległy od uciech, które dawały divertimenta Mozarta czy walce Straussa.”
Daniel Barenboim
Na takie rozumienie Beethovena za PRL byłem i trochę za młody (to jednak wymaga doroślejszego przeżywania muzyki, niż to do którego byłem zdolny) i nie czułem się wcale zniewolony (bo i PRL późny, idiotyzmy zaś jedynie wzbudzały śmiech). Za to poczułem to wyraźnie przy słuchaniu „Fidelia” za czasów ministra i prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry. Także nie czułem się osobiście zniewolony, ale w „Fideliu” mamy jeszcze libretto, które było tak bardzo pod prąd umysłowych mód IV RP, tego co wmawiała jako oczywiste telewizja czy propisowscy dziennikarze, że musiałem przystanąć przy tym dziele i poważnie pomyśleć o wolności. Wolności nie tylko dla wybrańców losu, ale dla wszystkich, także tych, którzy mają grzeszki na swoim sumieniu.
To „Fidelio”. Ale symfonie Beethovena to także wolność. Bardzo własna, prywatna, intymna wręcz. Tylko rzadko polityczna. Ale zawsze wolność.
„Jeszcze raz przyjrzyjmy się IV Symfonii Beethovena, z perspektywy czysto harmonicznej. Wstęp jest poszukiwaniem tonacji. Zaczyna się od samotnego dźwięku b. Może więc być B-dur. Ale także As-dur. Może to być każda tonacja. Później grają smyczki unisono, więc nie dają nam informacji o tonacji. Pod koniec introdukcji pojawia się akord dominantowy tonacji B. Utwór zaczyna się od dźwięku b, na początku jednak nie było jasne, czy tonacja będzie molowa, czy durowa. A potem część allegro, ekspozycja utworu, oba jej tematy, potwierdzają, że jest to tonacja B-dur. W jakim celu trzeba to stwierdzić? Ażeby dać poczucie bezpieczeństwa, odnaleźć swój harmoniczny dom. B-dur staje się tym domem. Później, za sprawą bardzo sprytnej zmiany enharmonicznej, dzięki której b staje się ais, pod koniec części nagle zostajemy przeniesieni na obcy teren. Dlaczego obcy? Bo określiliśmy już, gdzie jest nasz dom. To właśnie nazwałbym psychologią tonalności. Chodzi o stworzenie poczucia przynależności, podróż w nieznane, a potem powrót. Ten proces wymaga odwagi. Mamy określenie tonacji, można nazwać je afirmacją jednostki. Chodzi o poczucie bezpieczeństwa, które daje nam znany obszar, ale pozwala on też udać się w nieznane. Trzeba mieć odwagę zgubić się*, by na koniec odnaleźć tę słynną dominantę, która w zaskakujący sposób prowadzi nas z powrotem do domu. Mamy tu proces równoległy do tego, który każdy człowiek musi przejść wewnątrz siebie. Po pierwsze, by dokonać afirmacji własnego ja, później by mieć odwagę porzucić tę tożsamość i w końcu na nowo ją odnaleźć. Myślę, że w muzyce chodzi właśnie o to. Nie powiedziałbym, że zawsze jest to krytyka społeczeństwa czy jednostki, lecz z pewnością paralela dla najskrytszych ludzkich myśli i uczuć. O to właśnie chodzi w muzyce Beethovena.”
Daniel Barenboim w Daniel Barenboim i Edward W. Said „Paralele i paradoksy”, tłum. Aleksander Laskowski, PIW, Warszawa 2008
Brzmi to trochę uczono, ukazując pewną trudność relacjonowania muzyki – mogę jednak wszystkich laików pocieszyć, że to słychać (choć może pewnego osłuchania to wymaga) i można to zrozumieć intuicyjnie, nie znając muzycznych pojęć. Warto sięgnąć po IV Beethovena (trochę jakby mniej znaną jego symfonię...) i porównać. Ja, przy może niezupełnie takim opisie, ale jednak trochę podobnym, otwarłem się na muzykę Beethovena, którą początkowo zbywałem znudzonym machnięciem ręką – bo przecież Beethoven jest taki ograny i wyeksploatowany, że ‘już nudny’. A to wcale nie prawda.
---
*) Nadal czytuję Ravisiego komentującego Biblię. I wczoraj czytałem jego rozważania nad powrotem syna marnotrawnego w nawiązaniu do opowiadania Gide’a. Gide opowiedział tę historię inaczej – to nie powrót był wartością, ale odejście i odnalezienie wolności; powrót zaś to tchórzostwo, kapitulacja. Wprowadził więc ‘najmłodszego syna’, który kontynuuję próbę brata. Myślałem, że Ravisi, bądź co bądź biskup katolicki, skrytykuje tę interpretację. A on niezupełnie to zrobił – powiedział, że każdy widzi jej wady i zalety. I tylko je krótko podsumował – powrót wymaga wolności i dojrzałości. Trwanie przy ‘ojcu’ (którego utożsamił z Kościołem) bez wolności i dojrzałości, bez możliwości odejścia, nie jest nic warte. I proszę, kto by się spodziewał? Oczywiście, kto by się spodziewał, że Beethoven opisał dzieje syna marnotrawnego.
PS. Dzisiaj miało być coś innego. Cytat z Nabokova o prostocie, albo wyrzut, że codziennie mam zebrania i chyba będę musiał wziąć urlop by w końcu popracować... Jakby tych zebrań było mało, notka z cytatem z Nabokova gdzieś mi się zapodziała, a nie mam książki pod ręką... Ale ten Barenboim nie jest zastępczy – nie należy tego tak rozpatrywać. Po prostu przeczytałem te słowa dzisiaj rano, bardzo chciałem je przytoczyć, ale mój zmysł formy opierał się, wskazując, że już zbyt często cytuję „Paralele i paradoksy”, i że powinienem dać Wam od tego odpocząć.
Daniel Barenboim
Na takie rozumienie Beethovena za PRL byłem i trochę za młody (to jednak wymaga doroślejszego przeżywania muzyki, niż to do którego byłem zdolny) i nie czułem się wcale zniewolony (bo i PRL późny, idiotyzmy zaś jedynie wzbudzały śmiech). Za to poczułem to wyraźnie przy słuchaniu „Fidelia” za czasów ministra i prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry. Także nie czułem się osobiście zniewolony, ale w „Fideliu” mamy jeszcze libretto, które było tak bardzo pod prąd umysłowych mód IV RP, tego co wmawiała jako oczywiste telewizja czy propisowscy dziennikarze, że musiałem przystanąć przy tym dziele i poważnie pomyśleć o wolności. Wolności nie tylko dla wybrańców losu, ale dla wszystkich, także tych, którzy mają grzeszki na swoim sumieniu.
To „Fidelio”. Ale symfonie Beethovena to także wolność. Bardzo własna, prywatna, intymna wręcz. Tylko rzadko polityczna. Ale zawsze wolność.
„Jeszcze raz przyjrzyjmy się IV Symfonii Beethovena, z perspektywy czysto harmonicznej. Wstęp jest poszukiwaniem tonacji. Zaczyna się od samotnego dźwięku b. Może więc być B-dur. Ale także As-dur. Może to być każda tonacja. Później grają smyczki unisono, więc nie dają nam informacji o tonacji. Pod koniec introdukcji pojawia się akord dominantowy tonacji B. Utwór zaczyna się od dźwięku b, na początku jednak nie było jasne, czy tonacja będzie molowa, czy durowa. A potem część allegro, ekspozycja utworu, oba jej tematy, potwierdzają, że jest to tonacja B-dur. W jakim celu trzeba to stwierdzić? Ażeby dać poczucie bezpieczeństwa, odnaleźć swój harmoniczny dom. B-dur staje się tym domem. Później, za sprawą bardzo sprytnej zmiany enharmonicznej, dzięki której b staje się ais, pod koniec części nagle zostajemy przeniesieni na obcy teren. Dlaczego obcy? Bo określiliśmy już, gdzie jest nasz dom. To właśnie nazwałbym psychologią tonalności. Chodzi o stworzenie poczucia przynależności, podróż w nieznane, a potem powrót. Ten proces wymaga odwagi. Mamy określenie tonacji, można nazwać je afirmacją jednostki. Chodzi o poczucie bezpieczeństwa, które daje nam znany obszar, ale pozwala on też udać się w nieznane. Trzeba mieć odwagę zgubić się*, by na koniec odnaleźć tę słynną dominantę, która w zaskakujący sposób prowadzi nas z powrotem do domu. Mamy tu proces równoległy do tego, który każdy człowiek musi przejść wewnątrz siebie. Po pierwsze, by dokonać afirmacji własnego ja, później by mieć odwagę porzucić tę tożsamość i w końcu na nowo ją odnaleźć. Myślę, że w muzyce chodzi właśnie o to. Nie powiedziałbym, że zawsze jest to krytyka społeczeństwa czy jednostki, lecz z pewnością paralela dla najskrytszych ludzkich myśli i uczuć. O to właśnie chodzi w muzyce Beethovena.”
Daniel Barenboim w Daniel Barenboim i Edward W. Said „Paralele i paradoksy”, tłum. Aleksander Laskowski, PIW, Warszawa 2008
Brzmi to trochę uczono, ukazując pewną trudność relacjonowania muzyki – mogę jednak wszystkich laików pocieszyć, że to słychać (choć może pewnego osłuchania to wymaga) i można to zrozumieć intuicyjnie, nie znając muzycznych pojęć. Warto sięgnąć po IV Beethovena (trochę jakby mniej znaną jego symfonię...) i porównać. Ja, przy może niezupełnie takim opisie, ale jednak trochę podobnym, otwarłem się na muzykę Beethovena, którą początkowo zbywałem znudzonym machnięciem ręką – bo przecież Beethoven jest taki ograny i wyeksploatowany, że ‘już nudny’. A to wcale nie prawda.
---
*) Nadal czytuję Ravisiego komentującego Biblię. I wczoraj czytałem jego rozważania nad powrotem syna marnotrawnego w nawiązaniu do opowiadania Gide’a. Gide opowiedział tę historię inaczej – to nie powrót był wartością, ale odejście i odnalezienie wolności; powrót zaś to tchórzostwo, kapitulacja. Wprowadził więc ‘najmłodszego syna’, który kontynuuję próbę brata. Myślałem, że Ravisi, bądź co bądź biskup katolicki, skrytykuje tę interpretację. A on niezupełnie to zrobił – powiedział, że każdy widzi jej wady i zalety. I tylko je krótko podsumował – powrót wymaga wolności i dojrzałości. Trwanie przy ‘ojcu’ (którego utożsamił z Kościołem) bez wolności i dojrzałości, bez możliwości odejścia, nie jest nic warte. I proszę, kto by się spodziewał? Oczywiście, kto by się spodziewał, że Beethoven opisał dzieje syna marnotrawnego.
PS. Dzisiaj miało być coś innego. Cytat z Nabokova o prostocie, albo wyrzut, że codziennie mam zebrania i chyba będę musiał wziąć urlop by w końcu popracować... Jakby tych zebrań było mało, notka z cytatem z Nabokova gdzieś mi się zapodziała, a nie mam książki pod ręką... Ale ten Barenboim nie jest zastępczy – nie należy tego tak rozpatrywać. Po prostu przeczytałem te słowa dzisiaj rano, bardzo chciałem je przytoczyć, ale mój zmysł formy opierał się, wskazując, że już zbyt często cytuję „Paralele i paradoksy”, i że powinienem dać Wam od tego odpocząć.
poniedziałek, 19 maja 2008
Barenboim i Said -- raz jeszcze
„Dźwięk jest efemeryczny. Przemija. To jeden z powodów, dla których jest w nim tyle ekspresji. Nie można mieć go na zawołanie. Nie można rozsunąć zasłon i zobaczyć go ponownie jak obrazu, czy otworzyć, tak jak otwiera się książkę. [...]”
Daniel Barenboim
„To jeden z powodów, dla których współcześnie muzyka, przynajmniej na Zachodzie, jest oddzielona od pozostałych sztuk. Wymaga ona szczególnego wykształcenia, którego większość ludzi po prostu nie otrzymuje. W efekcie odsuwana jest coraz dalej i staje się czymś coraz bardziej elitarnym. Ludzie obeznani z malarstwem, fotografią, teatrem czy tańcem nie mogą mówić z taką łatwością o muzyce. A jednak, jak pisze Nietzsche w Narodzinach tragedii, muzyka potencjalnie jest najprzystępniejszą ze sztuk, bo postawa apollińska spotyka się tu z dionizyjską. Powstaje silniejsze wrażenie niż w przypadku innych sztuk. A paradoks polega na tym, że muzyka, mimo że dostępna, nie może być zrozumiana.”
Edward W. Said
Daniel Barenboim i Edward W. Said „Paralele i paradoksy”, tłum. Aleksander Laskowski, PIW, Warszawa 2008
Zrozumiana? Niezrozumiana? Byłem wczoraj na koncercie, którego część stanowiła prapremiera Koncertu Marty Ptaszyńskiej na flet, harfę i orkiestrę. Koncert składał się z dwóch części, z których pierwsza była inspirowana kolorami, a druga rytmami. Wydawałoby się, że nic prostszego, tylko zamienić się w słuch i bawić barwami, albo rozkoszować rytmami. Ale ta prostota była trudna. Dla niektórych zapewne nawet bardzo trudna. Tak, jakby szukało się klucza tam, gdzie drzwi są już dawno otwarte.
Daniel Barenboim
„To jeden z powodów, dla których współcześnie muzyka, przynajmniej na Zachodzie, jest oddzielona od pozostałych sztuk. Wymaga ona szczególnego wykształcenia, którego większość ludzi po prostu nie otrzymuje. W efekcie odsuwana jest coraz dalej i staje się czymś coraz bardziej elitarnym. Ludzie obeznani z malarstwem, fotografią, teatrem czy tańcem nie mogą mówić z taką łatwością o muzyce. A jednak, jak pisze Nietzsche w Narodzinach tragedii, muzyka potencjalnie jest najprzystępniejszą ze sztuk, bo postawa apollińska spotyka się tu z dionizyjską. Powstaje silniejsze wrażenie niż w przypadku innych sztuk. A paradoks polega na tym, że muzyka, mimo że dostępna, nie może być zrozumiana.”
Edward W. Said
Daniel Barenboim i Edward W. Said „Paralele i paradoksy”, tłum. Aleksander Laskowski, PIW, Warszawa 2008
Zrozumiana? Niezrozumiana? Byłem wczoraj na koncercie, którego część stanowiła prapremiera Koncertu Marty Ptaszyńskiej na flet, harfę i orkiestrę. Koncert składał się z dwóch części, z których pierwsza była inspirowana kolorami, a druga rytmami. Wydawałoby się, że nic prostszego, tylko zamienić się w słuch i bawić barwami, albo rozkoszować rytmami. Ale ta prostota była trudna. Dla niektórych zapewne nawet bardzo trudna. Tak, jakby szukało się klucza tam, gdzie drzwi są już dawno otwarte.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
