środa, 31 grudnia 2008

Zegar

Jak na ironię, nowy przyrząd [PAK: Zegar mechaniczny] podważył autorytet władzy duchownej. Choć przez całe wieki, gdy po upadku Rzymu miasta z trudem dźwigały się z ruiny, obrządek Kościoła wymagał pomiarów czasu, kalendarz kościelny zgodny był z kalendarzem antury. Dzień i noc dzieliły się na jednakową liczbę części, tak więc z wyjątkiem okresów równonocy godziny dzienne i nocne były nierówne, a ich długość różniła się zależnie od pory roku. Tymczasem zegar mechaniczny odmierzał jednakowe godziny, a z tego wynikała potrzeba mierzenia czasu po nowemu. Kościół się opierał i dlatego po upływie stu lat przyjął nowe godziny. Miasta jednak od początku uznały je za normę, a publiczne zegary na wieżach, ratuszach i placach targowych stały się symbolem nowej, świeckiej władzy miejskiej. Każde miasto chciało mieć zegar, najeźdźcy uważali je za wyjątkowo cenne łupy wojenne, turyści przybywali, by podziwiać czasomierze, tak jak kiedyś pielgrzymowali do relikwii świętych. Nowe czasy, nowe obyczaje.

darmowy hosting obrazków

Zegar stanowił największe osiągnięcie geniuszu średniowiecznych mechaników. Rewolucyjny w swych założeniach, oznaczał przełom bardziej radykalny, niż uświadamiali sobie ówcześni zegarmistrze. Stanowił pierwszy przykład narzędzia cyfrowego, tak odmiennego od analogowego: odliczał regularną, powtarzającą się sekwencję odrębnych działań, nie śledził zaś ruchu ciągłego, jak w przypadku przesuwania się cienia w zegarze słonecznym czy przelewającej się wody. […]

Zegar wniósł element porządku i kontroli, zarówno w sferę życia zbiorowego, jak i indywidualnego. Obecny w miejscach publicznych, a także jako własność osób prywatnych, położył podwaliny pod samodzielność w wymiarze czasu: ludzie mogli organizować codzienną krzątaninę bez odgórnego dyktatu. […] Zegar ustanawia znaki przestankowe dla zbiorowej działalności, umożliwiając przy tym jednostkom także porządkowanie pracy swojej i innych, by zwiększyć produktywność.

David S. Landes Bogactwo i nędza narodów (tłum. Hanna Jankowska) MUZA SA 2007

Przypomniał mi się ten fragment, gdy przechodziłem obok zegara w ratuszu (na zdjęciu) – choć nie jest on średniowieczny, jak i samo miasto będące dzieckiem rewolucji przemysłowej. Niemniej tradycja umieszczania zegarów na wieżach niesie pamięć i o wzroście samodzielności mieszczaństwa i samych miast – zapewne w sposób nieświadomy dla budowniczych. (Który to ja już raz się łapię na tym, że mijane obojętnie przedmioty i miejsca, stanowią świadectwa i znaki przeszłości?)

poniedziałek, 29 grudnia 2008

Nasza boska ziemia

Nasza boska ziemia jest tam, gdzie wschodzi słońce i gdzie pierwotna energia bierze swój początek. Spadkobiercy Wielkiego Słońca zasiadli na cesarskim tronie z pokolenia na pokolenie bez przerwy od niepamiętnych czasów. Położenie Japonii na szczycie ziemi czyni ją wzorem dla narodów świata. Zaprawdę jej światło pada na świat, a zasięg jaśniejących cesarskich wpływów nie zna granic. Dziś obcy barbarzyńcy z Zachodu, te pośledniejsze narządy, nogi i stopy świata, przemierzają morza, zadeptują inne kraje i mają czelność, ze swoimi zezującymi oczyma i kulawymi stopami, podporządkowywać sobie szlachetne narody. Cóż to za buta!
Aizawa Seishisai Shinron (a cytuję za Paulem Varleyem i jego Kulturą japońską w tłumaczeniu Magdaleny Komorowskiej).

I znowu wyrywam z kontekstu. Za szogunatu Tokugawa nie tylko takie opinie pojawiały się w Japonii, istniała też niderlandystyka.

Myślę, że dla Nas -- zezujących i kulawych zachodnich barabarzyńców -- to wizja świata dość śmieszna. Ale czy rzeczywiście tak odosobniona? I jeszcze jedno -- dla mnie może ważniejsze -- opinia ta powstała w epoce izolacji, pochodzi od osoby, która nie znała dobrze kultur, nad którymi stawiała swoją własną. Myślę, że to nie przypadek, a wprost przeciwnie -- przyczyna sprawcza. Czyli izolacja jako źródło pogardy.

Obowiązek

Spoczywanie jest pierwszym obowiązkiem obywatela, a niecierpliwość przynosi jedynie szkodę.
Tomasz Mann Czarodziejska góra

niedziela, 28 grudnia 2008

Przerywnik operowy dla odpoczynku od… braku przerywników operowych (odc. 26)

Fragmenty „Les Paladins” Jeana-Philippe'a Rameau w reżyserii José Montalvo widziałem w Mezzo, oraz w YouTubie , mimo to płytę kupiłem. Tyle, że oglądanie rozpocząłem od przeczytania (u Piotra Kamińskiego) streszczenia tej komedii-baletu, nie mając nadziei, że w innym przypadku połapię się w akcji.

darmowy hosting obrazków
(Tak to wygląda na ekranie – dwa zbliżenia obok siebie, z lewej Orkan (Laurent Naouri) z tancerzem (?); z prawej służąca Argie – Nerina (Sandrine Piau).)

O stronie muzycznej nie będę pisać – zadbał o nią William Christie ze zwykłym dla siebie mistrzostwem, a i reszta obsady (Argie: Stéphanie d’Oustrac, Atys: Topi Lehtipuu, Orkan: Laurent Naouri; Nerina: Sandrine Piau; Anzelm: René Schirrer, Manta: François Piolino; Les Arts Florissants) to ‘pewniacy’. Inaczej ma się rzecz, ze stroną wizualną (reżyseria, scenografia, kostiumy) – tu reżyser, José Montalvo sprawił, że włos stanąłby mi na głowie (gdyby nie był tak krótki i leniwy).

darmowy hosting obrazków
Stéphanie d’Oustrac jako Argie i tancerka do towarzystwa.

Zresztą, czy ja coś muszę dodawać do fotosów? Tu nic ni jest ‘na miejscu’ – nie ma mowy o grzecznej realizacji baroku, o jakimkolwiek prawdopodobieństwie. To nawet nie jest uwspółcześnienie – to jest czysta fantazja, gdzie wszystko jest umowne. I jak mam się orientować, kto kogo więzi, lub z kim idzie na pielgrzymkę?

darmowy hosting obrazków
Argie (Stéphanie d’Oustrac) i Anzelm (René Schirrer).

W operze szukam czegoś innego – opowieści o ludziach, ich emocjach, które można śledzić. Tu, wśród tych strojów, barw, animacji, człowieczeństwo postaci się gdzieś gubi. Dobrze, że to komedia-balet, gdzie jest dużo miejsca na tańce (jeśli chodzi o taniec to jakiś hip-hop chyba, nie bardzo to pasuje, ale bywa dowcipne, swoje też potrafi dodać połączenie postaci ‘realnych’ z postaciami wyświetlanymi ‘z filmu’), a miej na przeżycia klasycznie operowe. I właśnie te fragmenty baletowe jakoś mnie do zakupu przekonały (choć z wahaniem), sugerując, że to przynajmniej coś innego, intrygującego, co w końcu, ostatecznie, można obejrzeć, jako pewną odskocznię od operowej normy.

darmowy hosting obrazków
Argie (Stéphanie d’Oustrac i już wiecie, kogo najbardziej lubię w tym wykonaniu?), oraz Atys (Topi Lehtipuu), nad nimi multiplikowana (wielorako) wróżka Manta (François Piolino).

Akcja w największym skrócie (po szczegóły odsyłam do „Tysiąc i jednej opery” Piotra Kamińskiego): Argie jest przetrzymywana przez Anzelma (senatora), który chce się z nią ożenić. Ona nie chce – kocha Atysa. Tenże Atys przybywa w przebraniu pielgrzyma (z towarzyszami), by zabrać Argie. Bezpośrednim strażnikiem Argie jest zaś Orkan, który podkochuje się w służącej Argie – Nerinie. Ta próbuje wykorzystać swoje względy do uwolnienia siebie i swojej pani. Na to jednak pojawia się Anzelm, więc z planów nic nie wychodzi. Szczęśliwie Atys ma w odwodzie pomoc – wróżkę/czarodziejkę Manto (tak, mężczyzna - François Piolino – w kobiecej roli), która ukazuje Anzelmowi chiński pałac i sprawną intrygą sprawia, iż ten ślubuje jej wierność, dzięki czemu Atys i Argie mogą się pobrać.

darmowy hosting obrazków
Argie (Stéphanie d’Oustrac) i Nerina (Sandrine Piau – i jak takiej nie lubić?).

sobota, 27 grudnia 2008

By nie konkurowały

Choć władze siogunatu często przypominały gejszom, by nie konkurowały z prostytutkami, i próbowały nawet prawnie ograniczyć zbytkowność ich ubioru, a także zachęcały brzydsze i starsze kobiety, by parały się tym rzemiosłem, problem gejsz i prostytucji pozostał nierozwiązany.

Paul Varley Kultura japońska (tłum. Magdalena Komorowska) Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2006


(1. Co my, z tego rozumiemy? Mimo przypominania od czasu do czasu, że gejsza to zawód umilania czasu, a nie spełniania seksualnych zachcianek. 2. Regulacje rządowe potrafią być wcale zabawne – sami mieliśmy niedawno przykład z pomysłem PSLu na ustawę o zawodzie aktora.)

piątek, 26 grudnia 2008

Zły i obrażony

Zły i obrażony
Wróciłem.
A wierzba stoi w ogrodzie.

Ryota (1707-1787)

PS.
Haiku Ryoty, to nie tylko przestrzeżenie dla mnie samego, by nie marnować świątecznego na rzeczy tego nie warte; to także jakieś odzwierciedlenie obecnych lektur -- Kultury japońskiej Paula Varleya i Kaligrafii japońskiej Yuuko Suzuki. O ile pierwsza z książek nie wymaga rekomendacji i tłumaczeń, o tyle druga serdecznie mnie właśnie rozbawiła -- cytuję:

Na rynku dostępnych jest również wiele tuszów produkowanych fabrycznie, które są dużo gorszej jakości, a ich odcieniom [PAK: chodzi o odzienie czerni, bo prawdziwy tusz jest tylko czarny] brakuje finezji. [...] Dlatego przy zakupie tuszu warto zasięgnąć porady specjalisty.

Pytanie: gdzie znajdę w Polsce specjalistę do japońskiej kaligrafii, pomocnego w wyborze tuszu? Ostatnia moja wizyta w sklepie dla plastyków (o właśnie -- kolejny przyczynek do kosztów prowadzenia bloga z wczorajszej notki, gdyż kupiłem japoński pisak w formie pędzelko-podobnej, licząc że może zdopinguje mnie on choć do nauki hiragany) i rozmowa z bardzo sympatyczną sprzedawczynią (czyli starającą się być pomocną) skończyła się jej stwierdzeniem, że japońska kaligrafia to w gruncie rzeczy to samo co chińska. No i co ja mam powiedzieć, skoro pani Suzuki zajmuje ze dwa akapity w skrócie przedstawienie samych różnic między tuszami chińskimi, a japońskimi. (Choć oczywiście tuszem chińskim można pisać japońskie znaki.) O 'wyborze' tuszy ograniczonym do chińskiej masówki nawet nie wspominam. Słowem: bardzo zabawna lektura z polskiej perspektywy.
PS.2.
Tak, wiem, istnieją sklepy internetowe, ale nie będę do nich zerkać, póki potrafię napisać tylko 'a' i 'i' w hiraganie. Na więcej zaś wyraźnie brakuje mi czasu -- mimo Świąt.

czwartek, 25 grudnia 2008

Raport świąteczny, albo lepiej nie liczyć ile kosztuje blog

Przyznaję, że trudno mi przychodzi zabranie się dzisiaj do notki. Owszem, chwalę w myślach moją Kuzynkę i innych twórców żłobka w parafialnym kościele – tegoroczny żłobek jest lepszy niż ubiegłoroczny:

darmowy hosting obrazków
(Zachęcam do pooglądania w pełnym rozmiarze, mimo pewnej nieostrości.)

Ten żłobek, mimo problemów z oświetleniem (ok. 7:50 rano w kościele, przy wyłączonych głównych światłach i bez lampy błyskowej) przyszedł w samą porę – dałem się bowiem namówić na publikowanie w Internecie codziennie zdjęć z Chorzowa. Ładna idea, nieprawdaż? Jeszcze ładniejsza, gdy w Chorzowie się mieszka, ale nie pracuje – co o tej porze roku oznacza widywanie własnego miasta przed świtem i po zmroku. Mimo ciekawego podświetlenia wielu budynków, nie jest to idealny czas na fotografowanie. Korzystając więc z urlopu postanowiłem we wtorek nadrobić ten brak i popstrykać trochę własne miasto. Choćby taki ‘żłóbek miejski’, wystawiony w samym centrum:

darmowy hosting obrazków
Trochę ‘kanciaty’ i bardzo metalowy, nieprawdaż? Aż się zastanawiałem, czy to nie podkreślenie znaczenia hutnictwa dla rozwoju miasta (mimo górniczej czapki Św. Józefa). Ale pół biedy ‘kanciatość’ – większym problemem jest to, że idąc tak przez centrum miasta, wciąż wpadałem na pomysły, by coś jeszcze pod choinkę kupić. Na przykład takie włoskie czekolady:

darmowy hosting obrazków
(Tak, w środku czekolada z chilli, choć nie wybrałem najostrzejszej; z lewej cynamon i skórka pomarańczowa zamiast cukru; i tylko z prawej tradycyjnie kawa.)

Na czekoladach się nie skończyło, ale wszystkiego co kupiłem wyliczać nie będę (tym bardziej, że nie zawsze chodziło o rzeczy smakowite). Gdy przeliczę liczbę zdjęć opublikowanych na blogu, do zdjęć pieniędzy wydanych po drodze, to wychodzą straszne sumy. I tak przez 356 dni w roku? Brrr! Zrobienie zdjęcia żłobka zdecydowanie jest tańsze.