Wczoraj czytałem artykuł, który mnie mocno zadziwił. Otóż wnioskiem z artykułu było to, że jest dobrze. Nie jakoś ogólnie dobrze – takich ambicji by dowodzić tego, że żyjemy na najlepszym ze światów artykuł nie miał. Że jest dobrze w pewnym zakresie obejmowanym przez artykuł. Tylko tyle. I aż tyle!
Aż, bo po lekturze wierciło się we mnie pytanie: po co artykuł, który stwierdza, że jest dobrze? Po co analizy, tabele, lista rzeczy, które potencjalnie mogą być złe, skoro na końcu padają stwierdzenia, że w gruncie rzeczy jest dobrze, że to co jest złe nie ma najmniejszego znaczenia?
Dziwiłem się tak artykułowi, by po chwili zacząć się dziwić sobie – bo dlaczego ja tak reaguję? Dlaczego oczekuję, że artykuł, skoro ukazał się w gazecie, napiętnuje, skrytykuje, czy w jakikolwiek inny sposób będzie wołał o sprzeciw wobec czegoś w naszym życiu?
Oczywiście przypomniałem sobie artykuły z ostatnich tygodni i miesięcy. Te wszystkie ostrzeżenia przed źle wychowanymi dziećmi, globalizacją, problemami demograficznymi, globalnym ociepleniem, spadającymi asteroidami, konkurencją ze strony kwitnących gospodarek Chin i Indii... Mogłem sobie ich tematy uważać za przesadne, za epatujące czytelnika wydumanym strachem – ale to wszystko było jakieś normalne, typowe dla mediów. Więc może przywykłem, że forum publiczne służy jedynie do wyrażania sprzeciwu?
Ale przecież znam artykuły, które nie wyrażały sprzeciwu. Więcej – wyjątkowo takie artykuły lubię. Jakaś analiza nowego zjawiska, reportaż będący interesującą opowieścią, swoiste śledztwo historyczne, czy naukowe – to wszystko jest fascynującej, chętnie znajduję to w czasopismach, ale to nie jest sprzeciw. Więc?
Tak – analizowałem nadal swoje zdziwienie – ale tu nie mamy analiz, tabel, listy możliwych nadużyć i problemów jako wstępu. Tu wszystko ma inny porządek, a we wniosku nawet nie tyle dowiadujemy się, że „jest dobrze”, co wniosków zwykle w ogóle nie ma. (A jeśli są, to najczęściej tylko irytują na siłę próbując wciskać jakąś ideologię.)
Czyżby więc zmyliła mnie forma? To, że autor niejako przyjął formę artykułu krytycznego, ale uczciwość nie pozwoliła mu na krytycyzm w podsumowaniu? Zapewne, ale przecież powinienem być na to uodporniony czasem czytając artykuły o charakterze naukowym, które unikają sensacyjnego charakteru codziennej prasy.
I tu niestety poszperałem w pamięci, by stwierdzić, że nie miało mnie co uodpornić. Od artykułu naukowego zwykle, po analizie, oczekuje się także wniosku bardziej szczegółowego niż „jest dobrze”. Oczekuje się wskazania, gdzie jest lepiej, a gdzie gorzej, bądź choćby w jakim zakresie coś ma przewagę nad czymś innym. Nawet jeśli oczekuje się tu także ‘pozytywu’, to jednak szczegółowego, wskazanego palcem, wyróżniającego się na tle negatywów, a nie tak ogólnikowego. Takie zakończenie: „jest dobrze”, jest mdłe, niewyraźne. Od artykułu porównującego i analizującego oczekuje się uderzenia w stół, no... może czasem tylko puknięcia w (niemalowane) drewno.
Dostrzegam własne oczekiwanie i nieprzystawanie artykułu do tego wzorca. Ale sam wzorzec jest irracjonalny. Skąd on się wziął? Czy jak pies Pawłowa zostałem ‘zaprogramowany’ przez inne artykuły? A może to tkwi głębiej, może to jakaś pochodna formy dramatycznej, której i w artykule oczekuję? A może to także warunkowanie, ale też głębsze, bo ludzie aby pokonać lenistwo i zabrać głos potrzebują bodźca emocjonalnego – czyli albo krytyki, albo gorącej pochwały? Może zaś wniosek z artykułu, że w gruncie rzeczy jest dobrze a ludzie są raczej uczciwi, jest zbyt banalny, zbyt oczywisty, w zasadniczo dobrym i uczciwym świecie?
czwartek, 7 sierpnia 2008
środa, 6 sierpnia 2008
Przyznać się!
„Z trudem dopuszczamy do świadomości, że możemy być ulegli, sterowani i manipulowani. Sądzimy, że jesteśmy niezależni, samosterowni i racjonalni. Wierzymy, że zazwyczaj wiemy, dlaczego robimy to, co robimy. Kupujemy to, co się nam podoba albo jest nam potrzebne. Przyłączamy się do grupy, bo podzielamy jej cele i wartości. Wspieramy te działania, które uznajemy za słuszne. Jeśli komuś dzieje się krzywda, to mu pomagamy. A jeśli nie pomagamy, to dlatego, że nic złego się nie dzieje. I nikt nas raczej nie skłoni do zachowań niezgodnych z naszymi zasadami, do poniżania innych lub wystawiania siebie na pośmiewisko.
Taki obraz własnej osoby chcemy zachować. Paradoksalnie, to ciążenie czyni nas podatnymi na różne taktyki wpływu społecznego […]. Wiele danych wskazuje, że jesteśmy nie tyle racjonalni, co skłonni do racjonalizowania, czyli uzasadniania w sensowny sposób naszych zachowań. Uzasadniania po fakcie.”
Dorota Krzemionka „Posłuszni bez przymusu”, Charaktery Wydanie specjalne 2/2007
Czy znam swoje ograniczenia, nieracjonalność, słabość, uleganie wpływom? Myślę, że w znacznej mierze znam. Ale nawet znając nie chcę się do tego przyznać. Zwykle przed innymi, by uniknąć rad i pouczeń. Ale czasem trudno mi się przyznać przed samym sobą, że przy czymś trzyma mnie wielka, irracjonalna siła. Tymczasem autorka ma rację – tu nie ma paradoksu (wbrew pozorom i jej słowom) – nie przyznając się do własnych słabości jest się słabszym, bo poznanie jest pierwszym etapem ich pokonania.
Taki obraz własnej osoby chcemy zachować. Paradoksalnie, to ciążenie czyni nas podatnymi na różne taktyki wpływu społecznego […]. Wiele danych wskazuje, że jesteśmy nie tyle racjonalni, co skłonni do racjonalizowania, czyli uzasadniania w sensowny sposób naszych zachowań. Uzasadniania po fakcie.”
Dorota Krzemionka „Posłuszni bez przymusu”, Charaktery Wydanie specjalne 2/2007
Czy znam swoje ograniczenia, nieracjonalność, słabość, uleganie wpływom? Myślę, że w znacznej mierze znam. Ale nawet znając nie chcę się do tego przyznać. Zwykle przed innymi, by uniknąć rad i pouczeń. Ale czasem trudno mi się przyznać przed samym sobą, że przy czymś trzyma mnie wielka, irracjonalna siła. Tymczasem autorka ma rację – tu nie ma paradoksu (wbrew pozorom i jej słowom) – nie przyznając się do własnych słabości jest się słabszym, bo poznanie jest pierwszym etapem ich pokonania.
wtorek, 5 sierpnia 2008
PS, albo analogie
Wczoraj Basia napisała:
„Co do konkretów - trochę mnie przestały interesować smaczki, które nie mają żadnego odniesienia do współczesności - rozumienia dzisiejszych odniesień, uwarunkowań, zapętleń.”
Jak to? Średniowiecze nie ma dzisiejszych odniesień? A ogrodzone, pilnowane osiedla? A angielski stanowiący współczesną łacinę* (bardziej niż kiedykolwiek francuski, zwłaszcza jako język nauki, czasem oficjalny nawet w krajach nieanglojęzycznych – swoją droga uniwersytety i instytucje naukowe przypominają pod pewnymi względami dawne klasztory...). To wszystko nic?
Owszem, Nadolski nie pisał o osiedlach, czy łacinie. (Choć wspomniał o najstarszym znanym w czasach pisania książki (?) krakowskim płatnerzu – niejakim Mikołaju Kopperniku...) Pisał o uzbrojeniu – ale czy i tu nie mamy nawiązań?
Tu muszę przyznać, że czasem zerkam do nowinek z zakresu wojskowości. W przeciwieństwie do wierszy, choćby Barańczaka, da się je śledzić nieuważnie, bez skupienia, które nie zawsze jest możliwe (i stąd brak poczucia, że życie jest za krótkie, by sobie na takie śledzenie pozwolić). I tu trafiają się podobieństwa. Stealth już jest niemodne (analogia do zrzucania zbroi w walce z przeciwnikiem słabo uzbrojonym, w niekorzystnych warunkach terenowych?), moda na aparaty bezpilotowe ma swój szczyt za sobą, sieciocentryczność wciąż modna, ale osłona pancerna – bardzo popularna! I to nic, że czołgi trochę schodzą na margines (tak jak stealth za bardzo związały się ze szczytowym okresem zimnej wojny, wąsko wyspecjalizowały – a to jak wiemy z Darwina, ma swoje uboczne skutki...) – bardzo modne są pojazdy z ochroną przeciwminową, jak też i osobiste ‘zbroje’ żołnierzy, pochodzące z coraz dalej posuniętej rozbudowy kamizelek kuloodpornych, hełmów, wzbogaconych o przeróżne czujniki (choćby noktowizory) i systemy łączności. Żołnierz dzisiaj nosi coraz więcej na sobie – i to nie w postaci plecaka i manierki (które Nadolski podliczał by wskazać, że żołnierz z 1939 roku dźwigał więcej niż rycerz w XV wieku), ale niejako drugiej, obronnej ‘skóry’ – jakby nie patrzeć odpowiednika dawnej zbroi.
Można pytać skąd ta analogia. Zapewne jest to kwestia profesjonalizacji armii – dużych armii z poboru na to nie stać. Życie pojedynczego żołnierza staje się cenne (choć przyczyny są inne), a przy tym panuje zaufanie, że kosztowna technika ma ogromne znaczenie dla zwycięstwa... W każdym razie widać, jak zmiany techniczne (i społeczne), w połączeniu z czystym pragmatyzmem, w zależności od okoliczności prowadzą do biegunowo różnych zmian. Że to nauka banalna? Cóż, za to wiecznie aktualna i potrafiąca łączyć bardzo różne epoki.
---
*) Tak, link trochę perwersyjny. Bo Torlin z jednej strony nie ma racji, gdyż angielski jest dzisiaj czymś podstawowym. Z drugiej zaś jednak strony, ta notka może stanowić pretekst do zadania pytania, czy rzeczywiście pragniemy odejścia od języków narodowych w wielu bardzo ‘prestiżowych’ dziedzinach życia?
„Co do konkretów - trochę mnie przestały interesować smaczki, które nie mają żadnego odniesienia do współczesności - rozumienia dzisiejszych odniesień, uwarunkowań, zapętleń.”
Jak to? Średniowiecze nie ma dzisiejszych odniesień? A ogrodzone, pilnowane osiedla? A angielski stanowiący współczesną łacinę* (bardziej niż kiedykolwiek francuski, zwłaszcza jako język nauki, czasem oficjalny nawet w krajach nieanglojęzycznych – swoją droga uniwersytety i instytucje naukowe przypominają pod pewnymi względami dawne klasztory...). To wszystko nic?
Owszem, Nadolski nie pisał o osiedlach, czy łacinie. (Choć wspomniał o najstarszym znanym w czasach pisania książki (?) krakowskim płatnerzu – niejakim Mikołaju Kopperniku...) Pisał o uzbrojeniu – ale czy i tu nie mamy nawiązań?
Tu muszę przyznać, że czasem zerkam do nowinek z zakresu wojskowości. W przeciwieństwie do wierszy, choćby Barańczaka, da się je śledzić nieuważnie, bez skupienia, które nie zawsze jest możliwe (i stąd brak poczucia, że życie jest za krótkie, by sobie na takie śledzenie pozwolić). I tu trafiają się podobieństwa. Stealth już jest niemodne (analogia do zrzucania zbroi w walce z przeciwnikiem słabo uzbrojonym, w niekorzystnych warunkach terenowych?), moda na aparaty bezpilotowe ma swój szczyt za sobą, sieciocentryczność wciąż modna, ale osłona pancerna – bardzo popularna! I to nic, że czołgi trochę schodzą na margines (tak jak stealth za bardzo związały się ze szczytowym okresem zimnej wojny, wąsko wyspecjalizowały – a to jak wiemy z Darwina, ma swoje uboczne skutki...) – bardzo modne są pojazdy z ochroną przeciwminową, jak też i osobiste ‘zbroje’ żołnierzy, pochodzące z coraz dalej posuniętej rozbudowy kamizelek kuloodpornych, hełmów, wzbogaconych o przeróżne czujniki (choćby noktowizory) i systemy łączności. Żołnierz dzisiaj nosi coraz więcej na sobie – i to nie w postaci plecaka i manierki (które Nadolski podliczał by wskazać, że żołnierz z 1939 roku dźwigał więcej niż rycerz w XV wieku), ale niejako drugiej, obronnej ‘skóry’ – jakby nie patrzeć odpowiednika dawnej zbroi.
Można pytać skąd ta analogia. Zapewne jest to kwestia profesjonalizacji armii – dużych armii z poboru na to nie stać. Życie pojedynczego żołnierza staje się cenne (choć przyczyny są inne), a przy tym panuje zaufanie, że kosztowna technika ma ogromne znaczenie dla zwycięstwa... W każdym razie widać, jak zmiany techniczne (i społeczne), w połączeniu z czystym pragmatyzmem, w zależności od okoliczności prowadzą do biegunowo różnych zmian. Że to nauka banalna? Cóż, za to wiecznie aktualna i potrafiąca łączyć bardzo różne epoki.
---
*) Tak, link trochę perwersyjny. Bo Torlin z jednej strony nie ma racji, gdyż angielski jest dzisiaj czymś podstawowym. Z drugiej zaś jednak strony, ta notka może stanowić pretekst do zadania pytania, czy rzeczywiście pragniemy odejścia od języków narodowych w wielu bardzo ‘prestiżowych’ dziedzinach życia?
poniedziałek, 4 sierpnia 2008
Lista błędów, albo wspomnień czar
„Jeden z nielicznych w Polsce znawców i wykonawców figurek historycznych […] sporządził […] dioramę bitwy grunwaldzkiej, przeznaczoną dla Muzeum w Malborku. Okazałe dzieło, przekraczające rozmiarami wszystko, co w tym zakresie w Polsce dotychczas zrobiono, wzbudziło żywe zainteresowanie publiczności, a także przedstawicieli środków masowego przekazu. Zainteresowanie i… zdumienie. Dlaczego nie wzorował się pan na Matejce? padały pytania. I zdumienie rosło, gdy pytającym wyjaśniano, że przyjrzenie się Matejkowskiemu Grunwaldowi to najlepszy sposób dowiedzenia się, jak na pewno nie wyglądali niemieccy, polscy i litewsko-ruscy rycerze na początku XV w. […] Różne rodzaje broni, ozdób i ubiorów przedstawione przez Matejkę z typowym dlań drobiazgowym realizmem składają się w sumie na wielki magazyn DESY, i to magazyn urządzony źle, bo gromadzący bez ładu i wyboru przedmioty
najróżniejszego wieku, rodzaju i pochodzenia. […] Lepiej nie pokazywać go też historykom kultury średniowiecza.
Tym ostatnim trudno pogodzić się z książęcą czapką Witolda, która byłaby zapewne na miejscu w czasie uroczystości dworskiej czy kościelnej, ale nie w samym centrum szalejącej bitwy. Będą ich razić paradne szaty nie okrytego zbroją Konrada, księcia Oleśnicy, wywijającego w dodatku nie mieczem, tylko… uniwersyteckim berłem rektorskim. A cóż powiedzieć o Chrobrowej włóczni św. Maurycego w ręku pieszego Litwina? o anachronicznych w czasach Grunwaldu pełnych, łuskowych zbrojach Witolda i Skarbka z Gór Abo o równie anachronicznej pełnej zbroi kolczej, w której występuje Zawisza Czarny? Aby zamknąć tę przypadkowo dobraną i bardzo niekompletną listę błędów wielkiego malarza, wymieńmy tu jeszcze takie oto rekwizyty przedstawione na
Matejkowskim płótnie, jak karacenowy, „turbanowy” szyszak (Polska, koniec XVII lub początek XVIII w.), typowe skrzydła husarskie (Polska, XVI-XVIII w.) albo wreszcie hełm perski ze „słonecznymi” maskami (XVII w.), zaopatrzony w dodatku w nie pasującą do niego ozdobę w postaci blaszanych skrzydeł (Polska, XVIII w.). I wszystko to ukazane w scenie rozgrywającej się w r. 1410!”
Andrzej Nadolski „Broń i strój rycerstwa polskiego w średniowieczu”, Ossolineum, 1979
Gdy inni jako dzieci czytali Winnetou, ja zaczytywałem Nadolskiego. I teraz przypadkiem wyciągnąwszy z półki dostrzegam jak wiele mogłem się z niej nauczyć – nie tylko o rycerzach i zbrojach, ale także o
krytyce źródeł i zmienności historii.
Ale z drugiej strony…. czy taka lektura w pierwszych klasach podstawówki nie wypacza charakteru?
najróżniejszego wieku, rodzaju i pochodzenia. […] Lepiej nie pokazywać go też historykom kultury średniowiecza.
Tym ostatnim trudno pogodzić się z książęcą czapką Witolda, która byłaby zapewne na miejscu w czasie uroczystości dworskiej czy kościelnej, ale nie w samym centrum szalejącej bitwy. Będą ich razić paradne szaty nie okrytego zbroją Konrada, księcia Oleśnicy, wywijającego w dodatku nie mieczem, tylko… uniwersyteckim berłem rektorskim. A cóż powiedzieć o Chrobrowej włóczni św. Maurycego w ręku pieszego Litwina? o anachronicznych w czasach Grunwaldu pełnych, łuskowych zbrojach Witolda i Skarbka z Gór Abo o równie anachronicznej pełnej zbroi kolczej, w której występuje Zawisza Czarny? Aby zamknąć tę przypadkowo dobraną i bardzo niekompletną listę błędów wielkiego malarza, wymieńmy tu jeszcze takie oto rekwizyty przedstawione na
Matejkowskim płótnie, jak karacenowy, „turbanowy” szyszak (Polska, koniec XVII lub początek XVIII w.), typowe skrzydła husarskie (Polska, XVI-XVIII w.) albo wreszcie hełm perski ze „słonecznymi” maskami (XVII w.), zaopatrzony w dodatku w nie pasującą do niego ozdobę w postaci blaszanych skrzydeł (Polska, XVIII w.). I wszystko to ukazane w scenie rozgrywającej się w r. 1410!”
Andrzej Nadolski „Broń i strój rycerstwa polskiego w średniowieczu”, Ossolineum, 1979
Gdy inni jako dzieci czytali Winnetou, ja zaczytywałem Nadolskiego. I teraz przypadkiem wyciągnąwszy z półki dostrzegam jak wiele mogłem się z niej nauczyć – nie tylko o rycerzach i zbrojach, ale także o
krytyce źródeł i zmienności historii.
Ale z drugiej strony…. czy taka lektura w pierwszych klasach podstawówki nie wypacza charakteru?
niedziela, 3 sierpnia 2008
Przerywnik operowy dla odpoczynku od… braku przerywników operowych (odc. 16)
Który to już raz piszę o „Weselu Figara”? Na pewno było o salzburskiej realizacji pod batutą Harnoncourta, było o wersji pod batutą Jacobsa… Czy było o starej realizacji w reżyserii Petera Halla z Glyndebourne? Nie widzę, więc zapomniałem o nim napisać. Nie pisałem też o moim ‘pierwszym’ „Weselu Figara” – pod kierunkiem Gardinera, bo po prostu było to w okresie preblogowym.
Piszę więc po raz trzeci, a jest to piąte DVD z „Weselem Figara” w moim posiadaniu… Chyba rekord… Ale „Wesele Figara” to dla mnie jedna z trzech najlepszych oper wszechczasów (kolejne to „Cosi fan tutte” i „Don Giovanni” – Mozart rulet!), to dzieło, za które biorą się moi ulubieńcy (Gardiner, Jacobs, Harnoncourt), w którym występują ulubieńcy (jak choćby tu Miah Persson i Dorothea Röschmann), a przy tym opera, która daje duże możliwości realizatorom, zdobywając dla nich wyróżnienia i nagrody – jak znowu tym razem, gdy do zakupu zachęciło mnie wybranie tej realizacji jako „DVD miesiąca” w sierpniowym numerze Gramophone.

Figaro (Erwin Schrott) i Susanna (Miah Persson).
Tym razem jest to Mozart ‘bez wodotrysków’. Dobra, solidna realizacja, dość konserwatywna w strojach i scenografii (Tanya McCallin), wnikająca w psychologię (podpowiadaną, podobno, przez Mozarta) – nie zawsze takie określenia byłyby dla mnie dobrą rekomendacją, ale reżysera – Davida McVicara kojarzyłem z Glyndebourne – z „Juliuszem Cezarem”, a jeszcze bardziej zachęcały fotosy przypominające inną realizację Mozartowską z Miah Persson – „Cosi fan tutte” z Glyndebourne.

Dr Bartolo (Jonathan Veira) i Marcellina (Graciela Araya) – realizatorzy na odwrocie okładki sugerują, że ta para będzie jeszcze miała dzieci i Figaro doczeka się rodzeństwa. (Muszę jednak przyznać, że gdyby nie charakteryzacja Marcellina wyglądałaby lepiej; z drugiej strony gdybym zaprezentował scenę chwilę później – wypadłaby gorzej.)
Wykonanie zresztą bardziej przypomina glyndebournskie „Cosi”.
Orkiestrę The Royal Opera House (tak, to spektakl z Covent Garden z 2006 roku) poprowadził Antonio Pappano, który moim ulubieńcem nie jest, ale chyba dlatego, że nie prowadzi zespołów ‘instrumentów dawnych’, a zajmują go głównie dziewiętnastowieczne opery.

Antonio Pappano tłumaczy piękno ostatniej sceny, choć akurat to jest chyba oczywiste. (Z dodatków.)
Nie dla dyrygenta jednak sięgałem po to DVD, a dla pań – Miah Persson jest świetną Susanną – bardziej mi pasuje do tej roli niż Rosemary Joshua (u Jacobsa), czy nawet Anna Netrebko… Może tylko Alison Hagley w starym nagraniu pod kierunkiem Gardinera była lepsza. Ale jedynie może.

Miah Persson na próbie. Czy takie nieupozowane ujęcia nie są ciekawsze?
Dorotheę Röschmann znałem z tej roli – już ją wspominałem przy okazji realizacji salzburskiej. I nie spodziewałem się niczego więcej. Niezupełnie miałem rację – rola nie jest czymś absolutnym, jest częścią czegoś większego, całego spektaklu. I dlatego Dorothea Röschmann robi tu inne – choć także bardzo dobre wrażenie. Wydaje się, że bardziej jest Księżną – godnie nosząc swój tytuł. Bardziej niż – skądinąd bardzo mi się podobająca w tej roli Annette Dasch. Cóż, do roli Księżnej trzeba dojrzeć.

Księżna (Dorothea Röchmann).
Figaro (Erwin Schrott) mnie nieco rozczarował, ale z Figarem tak jest w gruncie rzeczy zawsze. Ten rzutki cyrulik w „Weselu Figara” zdaje się osobą słabą, zbytnio ulegającą Susannie. W tym wykonaniu jest nawet względnie dobrze – Figaro jest po prostu dość stateczny, będąc jednocześnie sprytnym (rozwinięto wątek Figara, jako twórcy pomysłu na ‘pokonanie’ Księcia) i czułym.

Erwin Schrott (Figaro) tłumaczy, co znaczą przygrywające mu w arii o kobiecej niewierności, rogi.
Cherubino (Rinat Shaham) to pewne rozczarowanie. Wizualne. Zwykle Cherubino to najładniejsza śpiewaczka w całej obsadzie. Tutaj, wszystkim rolom męski, przydałby się lepszy fryzjer. (A może to jakaś sugestia, że skoro fryzjer jest postacią tytułową, to nikt nie może mieć dobrej fryzury?)

Rinat Shaham jako Cherubino.

I takż sama Rinat Shaham przy jednym stoliku z reżyserem – Davidem McVicarem. Czy nie jest to lepsza fryzura?
Gerald Finley jako Książę – cóż tu dodawać. Silny, poważny, godny, owszem – kobieciarz – ale w swych namiętnościach taki prawdziwy…

Gerald Finley (tak, tak, ten pan trochę w stylu Schuberta, swoją drogą stroje sugerują okres ciut późniejszy; choć maszyna na biurku sugeruje naukowe zainteresowania człowieka oświecenia) jako Książę, uwodzony niedwuznacznie przez Susannę, która chce go wykorzystać dla swoich planów.
Resztę obsady zdołałem jedynie zauważyć. Prawie wszyscy świetnie ‘wyglądają’ (czasem się wydaje, że takie właśnie kryterium zastosowano), może tylko Barbarina (Ana James) mogłaby wypaść nieco młodziej jako narzeczona Cherubina. (Choć Cherubinowi to różnicy nie robi…). Z ‘nazwisk’ zwracam uwagę na Don Basilia – Philipa Langridge – tu łysego, więcej – odebrałem to tak, iż łysinę Don Basilia sugeruje libretto. Szczerze mówiąc niczego takiego nie pamiętałem…
Jak widać wykonanie sprawiło mi dużą satysfakcję, nie za jeden, czy drugi punkcik, ale za całokształt - złożenie wrażenie wizualnych z dźwiękowymi, psychologię postaci. Jeśli brakowało mi trochę orkiestry w stylu Jacobsa, czy Gardinera, to mogłem na to dla innych zalet spektaklu przymknąć oko.

Uwaga: Cherubino w niebezpieczeństwie! – Książę przybył do Księżnej wcale nie taki bezwolny i słaby, bo wprost z polowania…

Wybrane fotosy nie przedstawiają dobrze spektaklu – brakuje tego poczucia przestrzeni, subtelnego światła (Paule Constable), jakiejś malarskości scenografii. Tutaj scena zbiorowa w finale aktu II – Susanna i Księżna siedzą, Figaro, Książę i Antonio stoją.
Piszę więc po raz trzeci, a jest to piąte DVD z „Weselem Figara” w moim posiadaniu… Chyba rekord… Ale „Wesele Figara” to dla mnie jedna z trzech najlepszych oper wszechczasów (kolejne to „Cosi fan tutte” i „Don Giovanni” – Mozart rulet!), to dzieło, za które biorą się moi ulubieńcy (Gardiner, Jacobs, Harnoncourt), w którym występują ulubieńcy (jak choćby tu Miah Persson i Dorothea Röschmann), a przy tym opera, która daje duże możliwości realizatorom, zdobywając dla nich wyróżnienia i nagrody – jak znowu tym razem, gdy do zakupu zachęciło mnie wybranie tej realizacji jako „DVD miesiąca” w sierpniowym numerze Gramophone.
Figaro (Erwin Schrott) i Susanna (Miah Persson).
Tym razem jest to Mozart ‘bez wodotrysków’. Dobra, solidna realizacja, dość konserwatywna w strojach i scenografii (Tanya McCallin), wnikająca w psychologię (podpowiadaną, podobno, przez Mozarta) – nie zawsze takie określenia byłyby dla mnie dobrą rekomendacją, ale reżysera – Davida McVicara kojarzyłem z Glyndebourne – z „Juliuszem Cezarem”, a jeszcze bardziej zachęcały fotosy przypominające inną realizację Mozartowską z Miah Persson – „Cosi fan tutte” z Glyndebourne.
Dr Bartolo (Jonathan Veira) i Marcellina (Graciela Araya) – realizatorzy na odwrocie okładki sugerują, że ta para będzie jeszcze miała dzieci i Figaro doczeka się rodzeństwa. (Muszę jednak przyznać, że gdyby nie charakteryzacja Marcellina wyglądałaby lepiej; z drugiej strony gdybym zaprezentował scenę chwilę później – wypadłaby gorzej.)
Wykonanie zresztą bardziej przypomina glyndebournskie „Cosi”.
Orkiestrę The Royal Opera House (tak, to spektakl z Covent Garden z 2006 roku) poprowadził Antonio Pappano, który moim ulubieńcem nie jest, ale chyba dlatego, że nie prowadzi zespołów ‘instrumentów dawnych’, a zajmują go głównie dziewiętnastowieczne opery.
Antonio Pappano tłumaczy piękno ostatniej sceny, choć akurat to jest chyba oczywiste. (Z dodatków.)
Nie dla dyrygenta jednak sięgałem po to DVD, a dla pań – Miah Persson jest świetną Susanną – bardziej mi pasuje do tej roli niż Rosemary Joshua (u Jacobsa), czy nawet Anna Netrebko… Może tylko Alison Hagley w starym nagraniu pod kierunkiem Gardinera była lepsza. Ale jedynie może.
Miah Persson na próbie. Czy takie nieupozowane ujęcia nie są ciekawsze?
Dorotheę Röschmann znałem z tej roli – już ją wspominałem przy okazji realizacji salzburskiej. I nie spodziewałem się niczego więcej. Niezupełnie miałem rację – rola nie jest czymś absolutnym, jest częścią czegoś większego, całego spektaklu. I dlatego Dorothea Röschmann robi tu inne – choć także bardzo dobre wrażenie. Wydaje się, że bardziej jest Księżną – godnie nosząc swój tytuł. Bardziej niż – skądinąd bardzo mi się podobająca w tej roli Annette Dasch. Cóż, do roli Księżnej trzeba dojrzeć.
Księżna (Dorothea Röchmann).
Figaro (Erwin Schrott) mnie nieco rozczarował, ale z Figarem tak jest w gruncie rzeczy zawsze. Ten rzutki cyrulik w „Weselu Figara” zdaje się osobą słabą, zbytnio ulegającą Susannie. W tym wykonaniu jest nawet względnie dobrze – Figaro jest po prostu dość stateczny, będąc jednocześnie sprytnym (rozwinięto wątek Figara, jako twórcy pomysłu na ‘pokonanie’ Księcia) i czułym.
Erwin Schrott (Figaro) tłumaczy, co znaczą przygrywające mu w arii o kobiecej niewierności, rogi.
Cherubino (Rinat Shaham) to pewne rozczarowanie. Wizualne. Zwykle Cherubino to najładniejsza śpiewaczka w całej obsadzie. Tutaj, wszystkim rolom męski, przydałby się lepszy fryzjer. (A może to jakaś sugestia, że skoro fryzjer jest postacią tytułową, to nikt nie może mieć dobrej fryzury?)
Rinat Shaham jako Cherubino.
I takż sama Rinat Shaham przy jednym stoliku z reżyserem – Davidem McVicarem. Czy nie jest to lepsza fryzura?
Gerald Finley jako Książę – cóż tu dodawać. Silny, poważny, godny, owszem – kobieciarz – ale w swych namiętnościach taki prawdziwy…
Gerald Finley (tak, tak, ten pan trochę w stylu Schuberta, swoją drogą stroje sugerują okres ciut późniejszy; choć maszyna na biurku sugeruje naukowe zainteresowania człowieka oświecenia) jako Książę, uwodzony niedwuznacznie przez Susannę, która chce go wykorzystać dla swoich planów.
Resztę obsady zdołałem jedynie zauważyć. Prawie wszyscy świetnie ‘wyglądają’ (czasem się wydaje, że takie właśnie kryterium zastosowano), może tylko Barbarina (Ana James) mogłaby wypaść nieco młodziej jako narzeczona Cherubina. (Choć Cherubinowi to różnicy nie robi…). Z ‘nazwisk’ zwracam uwagę na Don Basilia – Philipa Langridge – tu łysego, więcej – odebrałem to tak, iż łysinę Don Basilia sugeruje libretto. Szczerze mówiąc niczego takiego nie pamiętałem…
Jak widać wykonanie sprawiło mi dużą satysfakcję, nie za jeden, czy drugi punkcik, ale za całokształt - złożenie wrażenie wizualnych z dźwiękowymi, psychologię postaci. Jeśli brakowało mi trochę orkiestry w stylu Jacobsa, czy Gardinera, to mogłem na to dla innych zalet spektaklu przymknąć oko.
Uwaga: Cherubino w niebezpieczeństwie! – Książę przybył do Księżnej wcale nie taki bezwolny i słaby, bo wprost z polowania…
Wybrane fotosy nie przedstawiają dobrze spektaklu – brakuje tego poczucia przestrzeni, subtelnego światła (Paule Constable), jakiejś malarskości scenografii. Tutaj scena zbiorowa w finale aktu II – Susanna i Księżna siedzą, Figaro, Książę i Antonio stoją.
sobota, 2 sierpnia 2008
Odkładając na półkę: Moje życie z Mozartem
Dałem się namówić Beacie do przeczytania. Umiarkowanie chętnie. Umiarkowanie bo bałem się, by Schmitt zbytnio nie zeschmittował Mozarta. Mozart? Mozart… ech… Mozart wielkim był. Ale…
Ale ostatnio wolę, gdy namiętności nie tylko targają bohaterami, ale wychodzą z ich skóry i szaleją. (To w sztuce rzecz jasna, bo życie powinno być poukładane jak rzymska mozaika.) Raczej więc Beethoven niż Mozart, ba! upadłem w tym tak nisko, że słucham obecnie symfonii Brucknera jedna po drugiej. Gdybyż to jeszcze był Bruckner pod batutą Herreweghe’a, wysłuchiwany jako ciekawostka – anioł baroku w krwistym romantyzmie; ale nie! – pod batutą Barenboima, który – o zgrozo! – bierze Brucknera na poważnie. I w takiej chwili ten Mozart…
Początek jednak był dobry. Schmitt pisał o sobie, niejako przeglądając się w lustrze Mozarta. I odnajdywałem bliskość – nawet nie musiałem słuchać płyty – „Wesele Figara”, „Cosi fan tutte”, Koncert klarnetowy, Mszę c-moll, czy „Ave, verum corpus” zna się przecież na pamięć; i jest tam dokładnie to, co widział Schmitt.
Gorzej było, gdy Schmitt zaczął polemizować z innymi rozumieniami Mozarta. Jego naiwne filozofie, które snuje i odrzuca nie przeszkadzają, póki są nostalgicznym wspomnieniem prywatnej przeszłości. Zaczynają jednak ciążyć, gdy są wygłaszane w czasie teraźniejszym… Jak to jest, że muzyka, niby to łagodzi obyczaje, a jednocześnie prowadzi do tylu sporów estetycznych. I to z niemałą porcją jadu… I to jeszcze Mozart! Przecież kto jak kto, ale on na pewno potrafiłby się wznieść ponad te spory, zakpić z nich, a jednocześnie przedstawić w całej różnorodności.
A jednak przyłączam się do polecenia Beaty, bo przecież póki i ja tę lekturę traktowałem jako czysto wakacyjną – do pociągu, czy na parkową ławkę, Schmitt w pełni się sprawdzał. A może ktoś, kto jeszcze nie dość lubi Mozarta go polubi?
---
Eric-Emmanule Schmitt „Moje życie z Mozartem”, tłum. Jan Maria Kłoczkowski, Znak 2008
PS.
Zostały mi jeszcze dwie symfonie Brucknera. Ale może wieczorem „Wesele Figara”? Jutro się dowiecie z „przerywnika operowego”.
Ale ostatnio wolę, gdy namiętności nie tylko targają bohaterami, ale wychodzą z ich skóry i szaleją. (To w sztuce rzecz jasna, bo życie powinno być poukładane jak rzymska mozaika.) Raczej więc Beethoven niż Mozart, ba! upadłem w tym tak nisko, że słucham obecnie symfonii Brucknera jedna po drugiej. Gdybyż to jeszcze był Bruckner pod batutą Herreweghe’a, wysłuchiwany jako ciekawostka – anioł baroku w krwistym romantyzmie; ale nie! – pod batutą Barenboima, który – o zgrozo! – bierze Brucknera na poważnie. I w takiej chwili ten Mozart…
Początek jednak był dobry. Schmitt pisał o sobie, niejako przeglądając się w lustrze Mozarta. I odnajdywałem bliskość – nawet nie musiałem słuchać płyty – „Wesele Figara”, „Cosi fan tutte”, Koncert klarnetowy, Mszę c-moll, czy „Ave, verum corpus” zna się przecież na pamięć; i jest tam dokładnie to, co widział Schmitt.
Gorzej było, gdy Schmitt zaczął polemizować z innymi rozumieniami Mozarta. Jego naiwne filozofie, które snuje i odrzuca nie przeszkadzają, póki są nostalgicznym wspomnieniem prywatnej przeszłości. Zaczynają jednak ciążyć, gdy są wygłaszane w czasie teraźniejszym… Jak to jest, że muzyka, niby to łagodzi obyczaje, a jednocześnie prowadzi do tylu sporów estetycznych. I to z niemałą porcją jadu… I to jeszcze Mozart! Przecież kto jak kto, ale on na pewno potrafiłby się wznieść ponad te spory, zakpić z nich, a jednocześnie przedstawić w całej różnorodności.
A jednak przyłączam się do polecenia Beaty, bo przecież póki i ja tę lekturę traktowałem jako czysto wakacyjną – do pociągu, czy na parkową ławkę, Schmitt w pełni się sprawdzał. A może ktoś, kto jeszcze nie dość lubi Mozarta go polubi?
---
Eric-Emmanule Schmitt „Moje życie z Mozartem”, tłum. Jan Maria Kłoczkowski, Znak 2008
PS.
Zostały mi jeszcze dwie symfonie Brucknera. Ale może wieczorem „Wesele Figara”? Jutro się dowiecie z „przerywnika operowego”.
piątek, 1 sierpnia 2008
Kaczor leci!
Wracam do centrum Wisły, gdy zaczyna dobiegać coraz intensywniejszy hałas zwiastujący nadlatujący śmigłowiec:

Kaczor leci! - słyszę. I się dziwię, bo napotkani po drodze turyści mówili, że Prezydent do swojego Pałacyku (zwanego raczej „Zameczkiem” - fot. niżej) przybędzie dopiero dzisiaj…

(Wiślańskie anegdotki o tym, że zamiast lądowiska dla śmigłowców należało przygotować oczko wodne już chyba wszyscy znają. Faktycznie, plotkuje się że Pan Prezydent nie ma zaufania do śmigłowców…)
PS.
Kończy mi się urlop i notki powinny wrócić wkrótce do normy. Mam jeszcze trochę zaległości na Prasówkach i w zdjęciach.
Kaczor leci! - słyszę. I się dziwię, bo napotkani po drodze turyści mówili, że Prezydent do swojego Pałacyku (zwanego raczej „Zameczkiem” - fot. niżej) przybędzie dopiero dzisiaj…
(Wiślańskie anegdotki o tym, że zamiast lądowiska dla śmigłowców należało przygotować oczko wodne już chyba wszyscy znają. Faktycznie, plotkuje się że Pan Prezydent nie ma zaufania do śmigłowców…)
PS.
Kończy mi się urlop i notki powinny wrócić wkrótce do normy. Mam jeszcze trochę zaległości na Prasówkach i w zdjęciach.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
