Idę sobie zamaszyście... a tu trójką (mama, tata i córeczka) układają serduszko z podgrzewaczy na parkowej alejce.
-- Już chyba idą! -- mówi córka.
Fotografuję i idę dalej. Gdy trochę odszedłem wystrzeliły sztuczne ognie. Romantycznie komuś było...
piątek, 21 września 2012
sobota, 26 maja 2012
Myśl na weekend
Spoczywanie jest pierwszym obowiązkiem obywatela, a niecierpliwość przynosi jedynie szkodę.
Tomasz Mann Czarodziejska góra, tłum. Józef Kramsztyk, WDW 1992
niedziela, 2 października 2011
czwartek, 9 grudnia 2010
Czechofilia
Kiedy przez kilka minut przeżywamy odrobinę wspólnej przyjemności, od razu widać, czym dla nas, czechofilów, są Czechy.
Są jak deser, jak bita śmietana, jak polewa czekoladowa, której nie sposób się oprzeć.
Są jak kobieta dla drag queen.
Są tą częścią naszej osobowości, której nie mamy.
Tęsknimy do niej. Szukamy, ale w Polsce z wielu powodów nie możemy jej znaleźć.
Każdy z nas ma w głowie jakiś czeski dowcip, scenę z filmu lub zachowanie, które przytacza na dowód tego, jak Czesi się od nas różnią.
Mariusz Szczygieł Zrób sobie raj, Czarne 2010
---
Kartkuję z zainteresowaniem (książką dysponuję przelotnie…) i przypominam sobie swoją własną historię z Czech:
Był grudzień. Wracaliśmy z delegacji przez Czechy do Polski. Plan zakładał nocleg w Czechach, gdyż droga była zbyt długa, by przejechać ją bez zatrzymywania. Zarezerwowaliśmy pokój w czeskim hoteliku. Niestety… jak to w grudniu – spotkały nas zawieje śnieżne, dojazd się opóźnił poza czas pracy pani-gospodyni hotelu. Kolega sięgnął więc po komórkę na jakimś parkingu przy stacji benzynowe, kilkadziesiąt kilometrów od czeskiej granicy. Dodzwania się. Angielski i niemiecki, których znajomością hotel się szczycił, okazały się nieprzydatne. W użyciu pozostaje mieszanka polskiego, czeskiego i ratunkowego języka tej części Europy – rosyjskiego. Słyszymy instrukcję dla spóźnionych turystów, pani gospodyni, dojeżdżającej z pobliskiego miasteczka: „Nie dojedziecie na czas? A to wam zostawię klucz przy drzwiach, koło kwiatów, sięgnijcie i otwórzcie sobie hotel. Wyjedziecie przed moim powrotem? To wrzućcie z powrotem klucze do skrzynki na listy. A śniadanie zostawiłam w lodówce! Miłego pobytu!”
I jak tu nie lubić Czechów?
Są jak deser, jak bita śmietana, jak polewa czekoladowa, której nie sposób się oprzeć.
Są jak kobieta dla drag queen.
Są tą częścią naszej osobowości, której nie mamy.
Tęsknimy do niej. Szukamy, ale w Polsce z wielu powodów nie możemy jej znaleźć.
Każdy z nas ma w głowie jakiś czeski dowcip, scenę z filmu lub zachowanie, które przytacza na dowód tego, jak Czesi się od nas różnią.
Mariusz Szczygieł Zrób sobie raj, Czarne 2010
---
Kartkuję z zainteresowaniem (książką dysponuję przelotnie…) i przypominam sobie swoją własną historię z Czech:
Był grudzień. Wracaliśmy z delegacji przez Czechy do Polski. Plan zakładał nocleg w Czechach, gdyż droga była zbyt długa, by przejechać ją bez zatrzymywania. Zarezerwowaliśmy pokój w czeskim hoteliku. Niestety… jak to w grudniu – spotkały nas zawieje śnieżne, dojazd się opóźnił poza czas pracy pani-gospodyni hotelu. Kolega sięgnął więc po komórkę na jakimś parkingu przy stacji benzynowe, kilkadziesiąt kilometrów od czeskiej granicy. Dodzwania się. Angielski i niemiecki, których znajomością hotel się szczycił, okazały się nieprzydatne. W użyciu pozostaje mieszanka polskiego, czeskiego i ratunkowego języka tej części Europy – rosyjskiego. Słyszymy instrukcję dla spóźnionych turystów, pani gospodyni, dojeżdżającej z pobliskiego miasteczka: „Nie dojedziecie na czas? A to wam zostawię klucz przy drzwiach, koło kwiatów, sięgnijcie i otwórzcie sobie hotel. Wyjedziecie przed moim powrotem? To wrzućcie z powrotem klucze do skrzynki na listy. A śniadanie zostawiłam w lodówce! Miłego pobytu!”
I jak tu nie lubić Czechów?
sobota, 4 grudnia 2010
niedziela, 21 listopada 2010
Tory
Znajoma jadąc wyjątkowo pociągiem (samochód oddała do naprawy) zobaczyła „inną Polskę”.
Jeżdżę pociągiem codziennie, więc mnie to martwi, ale nie szokuje. Ale to prawda – Polska widziana z torów wygląda inaczej, niż widziana z samochodu. Wygląda gorzej. Wygląda, jakby zabrakło w niej wstydu.
Raz, zaniedbana jest infrastruktura kolejowa (zresztą same pociągi też). Przy wszystkich narzekaniach na polskie drogi – drogi się buduje i remontuje, co widać. Może te zmiany nie dokonują się w oczekiwanym tempie, ale to i tak kolosalna różnica z infrastrukturą kolejową, gdzie czas (z pewnymi wyjątkami) zatrzymał się dwadzieścia lat temu.
Dwa, osoby „prywatne” nie są lepsze. Ściana domu „od torów” to jakieś nieistotne zaplecze, które można zaniedbać. Ludzie zerkający przez okno pociągu są nieistotni – można na ich oczach kraść, czy zaspokajać różne biologiczne potrzeby…
***
Dzięki temu jednak widać lepiej, jak zmienia się Polska „od frontu”. A przecież nie zmienia się tylko na pokaz.
Jeżdżę pociągiem codziennie, więc mnie to martwi, ale nie szokuje. Ale to prawda – Polska widziana z torów wygląda inaczej, niż widziana z samochodu. Wygląda gorzej. Wygląda, jakby zabrakło w niej wstydu.
Raz, zaniedbana jest infrastruktura kolejowa (zresztą same pociągi też). Przy wszystkich narzekaniach na polskie drogi – drogi się buduje i remontuje, co widać. Może te zmiany nie dokonują się w oczekiwanym tempie, ale to i tak kolosalna różnica z infrastrukturą kolejową, gdzie czas (z pewnymi wyjątkami) zatrzymał się dwadzieścia lat temu.
Dwa, osoby „prywatne” nie są lepsze. Ściana domu „od torów” to jakieś nieistotne zaplecze, które można zaniedbać. Ludzie zerkający przez okno pociągu są nieistotni – można na ich oczach kraść, czy zaspokajać różne biologiczne potrzeby…
***
Dzięki temu jednak widać lepiej, jak zmienia się Polska „od frontu”. A przecież nie zmienia się tylko na pokaz.
sobota, 13 listopada 2010
Godna miłości?
Gdy w 1948 roku zawłądnęło nim uczucie do Lindy Baud, osiągnęło u niego głębię, to znaczenie i taki stopień skomplikowania, któe są obce dla mniej wrażliwych natur. Świadectwem były setki listów miłosnych. I nie to było ważne, czy Lindę Baud (jak wątpili obserwatorzy tej afery) cechowały wystarczająco duże walory intelektualne i duchowe, czy była po prostu godna tej miłości. Przecież zawsze pozostanie zagadką, dlaczego między niektórymi ludźmi zawiązuje się miłość i namiętność. Dla Jaccouda ta o prawie dwadzieścia lat młodsza kobieta była nie tylko kochanką, lecz partnerką, z którą dzielić się mógł swoimi najgłębszymi zainteresowaniami i poglądami. Starał się ją uformować według własnych wyobrażeń i do pewnego stopnia na pewno mu się to udało. Z jej strony zyskał podziw i radość z poznania tego nowego, pozornie wyższego świata, jak również z zasmakowania prawdziwej miłośći, która nie ograniczała się tylko do cielesnej namiętności. Lecz chociaż zdobył tak wiele szczęścia i zadowolenia, ogarniały go coraz to większe wątpliwości i wahania. Nie był w stanie skorzystać z recept, wystarczających naturom nieskomplikowanym, według których kochanki to kochanki i zmienia się je, gdy zaczynają wchodzić w kolizję z mieszczańską moralnością lub gdy przeszkadzają w karierze.
Jurgen Thorwald Godzina detektywów, tłum. Krystyna i Kazimierz Jaegermannowie, Jerzy Dumański, Jan Markiewicz, Znak 2010
---
Burzyłem się na ten fragment u Jurgena Thorvalda. Bo przebija przez niego podziw dla głębi szanowanego prawnika (Jaccouda), dla złożoności jego natury. Przepraszam, ale podziwiać kogoś, kto jest na tyle niepozbierany w sobie, że z pistoletem wpada do domu czyjegoś domu i zabija starszego mężczyznę, by zdobyć jakieś listy, napisane w podobnym przypływie szaleństwa?
Nie wiem, czy przeze mnie przebija tu mieszczańska moralność, czy może sympatia do starożytnego już postulatu, że najważniejsze jest, by to rozum panował nad emocjami, a nie odwrotnie.
Jurgen Thorwald Godzina detektywów, tłum. Krystyna i Kazimierz Jaegermannowie, Jerzy Dumański, Jan Markiewicz, Znak 2010
---
Burzyłem się na ten fragment u Jurgena Thorvalda. Bo przebija przez niego podziw dla głębi szanowanego prawnika (Jaccouda), dla złożoności jego natury. Przepraszam, ale podziwiać kogoś, kto jest na tyle niepozbierany w sobie, że z pistoletem wpada do domu czyjegoś domu i zabija starszego mężczyznę, by zdobyć jakieś listy, napisane w podobnym przypływie szaleństwa?
Nie wiem, czy przeze mnie przebija tu mieszczańska moralność, czy może sympatia do starożytnego już postulatu, że najważniejsze jest, by to rozum panował nad emocjami, a nie odwrotnie.
piątek, 12 listopada 2010
Teraz już lekko
Teraz już lekko
Spomiędzy murów potężnej fortecy,
Spod straży zamków, spod opieki zatrzaśniętych drzwi
Dajmy się unieść w górę.
Powinniśmy wyślizgnąć się bez szmeru.
Kluczem łagodności odryglując zamki, szeptem
Każ otworzyć się drzwiom, duszo.
Lekko -- nie bądź niecierpliwa
(Mocny twój uchwyt, o ciało śmiertelne,
Mocny twój uchwyt, o miłości).
Walt Whitman Ostatnia inwokacja, tłum. Czesław Miłosz (Czesław Miłosz Przekłady poetyckie, Znak 2005)
Spomiędzy murów potężnej fortecy,
Spod straży zamków, spod opieki zatrzaśniętych drzwi
Dajmy się unieść w górę.
Powinniśmy wyślizgnąć się bez szmeru.
Kluczem łagodności odryglując zamki, szeptem
Każ otworzyć się drzwiom, duszo.
Lekko -- nie bądź niecierpliwa
(Mocny twój uchwyt, o ciało śmiertelne,
Mocny twój uchwyt, o miłości).
Walt Whitman Ostatnia inwokacja, tłum. Czesław Miłosz (Czesław Miłosz Przekłady poetyckie, Znak 2005)
sobota, 30 października 2010
Maniery...
Such was the extent of the rapacity that even a German official complained of 'plundering expeditions that are reducing Prague to the status of German village'. Hitler's contempt went so far that, after spending the night at the Prague castle in March 1939, he thought nothing of walking off the next morning with several valuable tapestries, rolled up and furtively stuffed into the back of his car, it has been written, like somoe hotel guest surreptitiously stealing the establishment's bath towels before checking out.
Frederic Spotts Hitler and the Power of Aesthetics, Overlook Press, 2002
---
Tłumaczę: Chciwość doszła do takiego poziomu, że nawet niemieccy urzędnicy narzekali na 'rabunkowe wyprawy, które redukują Pragę do statusu niemieckiej wioski'. Zapisano, że wzgarda Hitlera [PAK: Wcześniej Frederic Spotts pisze, iż Hitler pogardzał Czechami od swych czasów wiedeńskich] posunęła się do tego stopnia, że spędziwszy noc na praskim zamku w marcu 1939 roku, nie wzdragał się wyjść następnego dnia rano z kilku cennymi gobelinami, zwiniętymi i ukradkiem schowanymi z tyłu jego samochodu, niczym hotelowy gość, wykradający kąpielowe ręczniki przed swym odejściem.
Frederic Spotts Hitler and the Power of Aesthetics, Overlook Press, 2002
---
Tłumaczę: Chciwość doszła do takiego poziomu, że nawet niemieccy urzędnicy narzekali na 'rabunkowe wyprawy, które redukują Pragę do statusu niemieckiej wioski'. Zapisano, że wzgarda Hitlera [PAK: Wcześniej Frederic Spotts pisze, iż Hitler pogardzał Czechami od swych czasów wiedeńskich] posunęła się do tego stopnia, że spędziwszy noc na praskim zamku w marcu 1939 roku, nie wzdragał się wyjść następnego dnia rano z kilku cennymi gobelinami, zwiniętymi i ukradkiem schowanymi z tyłu jego samochodu, niczym hotelowy gość, wykradający kąpielowe ręczniki przed swym odejściem.
sobota, 23 października 2010
Bez mediów
Parę dni spędziłem bez mediów. Nie zupełnie „oczywiście” – przez około godzinę oglądałem telewizję, zerkałem przez WAP do Internetu, słyszałem „to i owo” przez telefon, czy od spotkanych ludzi. A przede wszystkim byłem odcięty na tyle krótko, by nie tracić świadomości przewijających się przez media wątków.
Ale – właściwie jedyne informacje, które mogłem śledzić, to te z WAPu mojego operatora komórkowego. O czym było? O „Ryszardzie C.” (gdyby mnie odcięło od mediów choćby parę godzin wcześniej, nie wiedziałbym, co się działo w Łodzi i nie skojarzyłbym jakiegokolwiek Ryszarda C., jeszcze kilka godzin wcześniej najgłośniejszym morderstwem było zabicie Eugeniusza Wróbla*), ‘ustawieniu’ Mistrzostw Europy (ale już w czym, nie raczono napisać), oraz o Nergalu wychodzącym ze szpitala.
Ważne? Nie ważne? Samych informacji bym nie krytykował, ale każda z nich wymagała znajomości kontekstu, a tego już WAP nie dawał. Czy ‘duże’ media dają coś lepszego? Chyba nieco tak. Ale przede wszystkim, wymagają śledzenia na bieżąco. Z tej perspektywy odcięcia trochę brakuje mi takiego medium – skrótowego i prostego, ale informującego także o kontekście, o historii wątku, pozwalającego go śledzić (w obu kierunkach). Tyle, że czy ja, ‘odcięty od mediów’ (chwilowo) byłem jakimkolwiek rynkiem dla mediów? Chyba nie**…
I jeszcze jedno – gdyby nie Życzliwy Głos w telefonie, nie wiedziałbym kto wygrał Konkurs Chopinowski. Bo WAP o nim nie wspominał. Bo gdzie? Wydarzenia? Te są zarezerwowane dla polityki. Sport? Cóż, nawet jeśli ja (i nie tylko) mam skojarzenia sportowe, to nie oczekuję tego od twórców portalu wapowskiego. Rozrywka? A czy Chopin to rozrywka? (Swoją drogą – czy choroba Nergala to rozrywka? Życzę mu dużo zdrowia, ale dwa newsy o chorobie Nergala, przy braku jakiegokolwiek newsa o Konkursie Chopinowskim, to jednak przesada…)
--
*) Którego, skądinąd, miałem okazję poznać w trakcie swoich studiów…
**) Superego szepcze mi w ucho, że takie spostrzeżenie powinno się przetworzyć na portal, WAPowski, chociażby, który by dostarczał takich informacji. Skoro jest na rynku medialnym luka? Ale, właśnie, dla kogo? Czy jakiś reklamodawca wydałby na to pieniądze?
Ale – właściwie jedyne informacje, które mogłem śledzić, to te z WAPu mojego operatora komórkowego. O czym było? O „Ryszardzie C.” (gdyby mnie odcięło od mediów choćby parę godzin wcześniej, nie wiedziałbym, co się działo w Łodzi i nie skojarzyłbym jakiegokolwiek Ryszarda C., jeszcze kilka godzin wcześniej najgłośniejszym morderstwem było zabicie Eugeniusza Wróbla*), ‘ustawieniu’ Mistrzostw Europy (ale już w czym, nie raczono napisać), oraz o Nergalu wychodzącym ze szpitala.
Ważne? Nie ważne? Samych informacji bym nie krytykował, ale każda z nich wymagała znajomości kontekstu, a tego już WAP nie dawał. Czy ‘duże’ media dają coś lepszego? Chyba nieco tak. Ale przede wszystkim, wymagają śledzenia na bieżąco. Z tej perspektywy odcięcia trochę brakuje mi takiego medium – skrótowego i prostego, ale informującego także o kontekście, o historii wątku, pozwalającego go śledzić (w obu kierunkach). Tyle, że czy ja, ‘odcięty od mediów’ (chwilowo) byłem jakimkolwiek rynkiem dla mediów? Chyba nie**…
I jeszcze jedno – gdyby nie Życzliwy Głos w telefonie, nie wiedziałbym kto wygrał Konkurs Chopinowski. Bo WAP o nim nie wspominał. Bo gdzie? Wydarzenia? Te są zarezerwowane dla polityki. Sport? Cóż, nawet jeśli ja (i nie tylko) mam skojarzenia sportowe, to nie oczekuję tego od twórców portalu wapowskiego. Rozrywka? A czy Chopin to rozrywka? (Swoją drogą – czy choroba Nergala to rozrywka? Życzę mu dużo zdrowia, ale dwa newsy o chorobie Nergala, przy braku jakiegokolwiek newsa o Konkursie Chopinowskim, to jednak przesada…)
--
*) Którego, skądinąd, miałem okazję poznać w trakcie swoich studiów…
**) Superego szepcze mi w ucho, że takie spostrzeżenie powinno się przetworzyć na portal, WAPowski, chociażby, który by dostarczał takich informacji. Skoro jest na rynku medialnym luka? Ale, właśnie, dla kogo? Czy jakiś reklamodawca wydałby na to pieniądze?
sobota, 16 października 2010
Konkurs
-- Chopin?! U ciebie!? -- zareagowała kiedyś moja Ciocia zobaczywszy na moim biurku płytę z "Czarnej Serii" NIFC. Cóż, trafia się, choć bliżej mi do Bacha, czy Mozarta (może dlatego też, że bliżej mi do oratorium, czy opery, niż do pianistyki). Ale, gdy kolejna znajoma osoba zapytała mnie, czy śledzę Konkurs, bo ona owszem, stwierdziłem, że zerknę... I wciągnęło mnie*!
Muzyka też. Odtwarzam sobie właśnie w tle Sonatę b-moll z wczoraj (Nicolay Khozyainov). Ale muzyki się spodziewałem. Odkryciem są natomiast dla mnie emocje czysto sportowe. Kibice (głównie internetowi), komentatorzy w studio, którzy tak komentują, jakby zaraz miał się pojawić Jacek Gmoch i rozrysować Sonatę b-moll na ekranie. I czekanie na wyniki (i westchnienie ulgi, że raczej przeszli). Uff...
---
*) Nie mój przypadek, ale faktycznie, da się pogadać, jak o serialu. Bo innych też kibicowanie i śledzenie dramaturgii wciąga.
Muzyka też. Odtwarzam sobie właśnie w tle Sonatę b-moll z wczoraj (Nicolay Khozyainov). Ale muzyki się spodziewałem. Odkryciem są natomiast dla mnie emocje czysto sportowe. Kibice (głównie internetowi), komentatorzy w studio, którzy tak komentują, jakby zaraz miał się pojawić Jacek Gmoch i rozrysować Sonatę b-moll na ekranie. I czekanie na wyniki (i westchnienie ulgi, że raczej przeszli). Uff...
---
*) Nie mój przypadek, ale faktycznie, da się pogadać, jak o serialu. Bo innych też kibicowanie i śledzenie dramaturgii wciąga.
sobota, 25 września 2010
Zrozumieć dowód
Sugestia serologów, że ludzka ślina zdradza przynależność grupową krwi, jest zupełnie nowa, a ogół nie zna tego zjawiska. Brak jest więc pewności, że naukowe podstawy zostały w tym przypadku bezspornie ustalone. Oczywiście naukowcy mogą spokojnie, i kiedy im się tylko podoba, uznać za prawdziwe stwierdzenie grupy krwi w ślinie ludzkiej. Ale jako obrońca musi on [Norman King, obrońca Josepha Williamsa] zadać pytanie przysięgłym (tu podniósł niedopałek papierosa), czy ktoś zdecyduje się uzależnić wyrok śmierci od drobnego strzępka papieru? Czy choć jeden z przysięgłych potrafi zobaczyć zaschniętą ślinę na ustniku papierosa? Chyba żaden. Kto spośród przysięgłych może sobie wyobrazić, że z tych niezauważalnych śladów można określić grupę krwi człowieka? W każdym razie on, King, tego nie potrafi Pozostawia więc odpowiedź, czy na podstawie niewidocznej resztki śliny zechcą przysięgli rozstrzygnąć o winie lub niewinności starego człowieka, którego nieopanowanie i rozdrażnienie jest zupełnie zrozumiałe. Przecież jest on bezbronny i walczy z rozpaczą przeciwko bezprawiu, na które się natknął.
Jürgen Thorvald Godzina detektywów, tłum. Krystyna i Kazimierz Jaegermannowie, Jerzy Dumański, Jan Markiewicz, Znak 2010
Komentować? Naświetlić tło? Z komentowaniem mam problem. Najpierw więc tło – rok 1939, morderstwo, morderca zostawił ślady, które jego obecność sugerowały, ale najmocniejszym dowodem oskarżenia stają się niedopałki papierosów – nie tylko tak skręcane, jak to morderca miał w zwyczaju (sposób skręcania, tytoń, papier), ale i ze śladami śliny z jego grupą krwi. Sąd jednak mordercę uniewinnił (po wyjściu z sali sądowej przyznał się do winy, więc my, dzisiaj wątpliwości mieć nie możemy), gdyż sędziowie przysięgli nie zrozumieli metody dowodzenia.
Tło naświetlone, czas na komentarz. Ale z nim – jak wspomniałem – mam problem. Bo pierwszy komentarz wydaje się oczywisty – branie ‘czynnika społecznego’ do rozstrzygania faktów, wystawia każdy wyrok na silniejsze oddziaływanie irracjonalizmu, choćby takiego jak tutaj, płynącego z kokietowanego lenistwa i niewiedzy. (Po lekturze Jürgena Thorvalda nie ma wątpliwości, że metoda jest dobra, choć oczywiście obrońca mógł bronić Williamsa odwołując się do popularności poszczególnych grup krwi.)
Stąd, bezpośrednio, wypływa komentarz numer dwa – podobne zjawisko do tego, które można było obserwować w brytyjskim sądownictwie roku 1939, widzimy na co dzień, gdy „publika” bez ładu i składu poważnie rozpatruje przebiegunowanie Ziemi w roku 2012, albo baje o zimie tysiąclecia wynikającej z zakłócenia Golfsztromu przez wyciek w Zatoce Meksykańskiej. Zjawisko niemal to samo – fakty i mity funkcjonują obok siebie, jako coś równorzędnego, informacyjna papka, do której można się odwołać, gdy jest wygodna, odrzucić, gdy niewygodna, i zawsze pozwala uciec przed rzeczywistością w komfortowy sceptycyzm.
Ale, czytając Thorvalda do końca, można też wyczytać, że i wnioski przedstawiane publicznie przez uczonych badających okoliczności zbrodni, bywały pochopne. (Nawet jeśli nie ma tam problemu odróżnienia szarlatana od uczciwego badacza. I nawet jeśli nie trafiło się, w całej siedmiusetstronicowej książce więcej niż jedno fałszywe oskarżenie.) Należy więc jednak zrozumieć i zrozumiałego przedstawienia argumentów domagać się. To już jednak zadanie domowe dla każdego z osobna.
Jürgen Thorvald Godzina detektywów, tłum. Krystyna i Kazimierz Jaegermannowie, Jerzy Dumański, Jan Markiewicz, Znak 2010
Komentować? Naświetlić tło? Z komentowaniem mam problem. Najpierw więc tło – rok 1939, morderstwo, morderca zostawił ślady, które jego obecność sugerowały, ale najmocniejszym dowodem oskarżenia stają się niedopałki papierosów – nie tylko tak skręcane, jak to morderca miał w zwyczaju (sposób skręcania, tytoń, papier), ale i ze śladami śliny z jego grupą krwi. Sąd jednak mordercę uniewinnił (po wyjściu z sali sądowej przyznał się do winy, więc my, dzisiaj wątpliwości mieć nie możemy), gdyż sędziowie przysięgli nie zrozumieli metody dowodzenia.
Tło naświetlone, czas na komentarz. Ale z nim – jak wspomniałem – mam problem. Bo pierwszy komentarz wydaje się oczywisty – branie ‘czynnika społecznego’ do rozstrzygania faktów, wystawia każdy wyrok na silniejsze oddziaływanie irracjonalizmu, choćby takiego jak tutaj, płynącego z kokietowanego lenistwa i niewiedzy. (Po lekturze Jürgena Thorvalda nie ma wątpliwości, że metoda jest dobra, choć oczywiście obrońca mógł bronić Williamsa odwołując się do popularności poszczególnych grup krwi.)
Stąd, bezpośrednio, wypływa komentarz numer dwa – podobne zjawisko do tego, które można było obserwować w brytyjskim sądownictwie roku 1939, widzimy na co dzień, gdy „publika” bez ładu i składu poważnie rozpatruje przebiegunowanie Ziemi w roku 2012, albo baje o zimie tysiąclecia wynikającej z zakłócenia Golfsztromu przez wyciek w Zatoce Meksykańskiej. Zjawisko niemal to samo – fakty i mity funkcjonują obok siebie, jako coś równorzędnego, informacyjna papka, do której można się odwołać, gdy jest wygodna, odrzucić, gdy niewygodna, i zawsze pozwala uciec przed rzeczywistością w komfortowy sceptycyzm.
Ale, czytając Thorvalda do końca, można też wyczytać, że i wnioski przedstawiane publicznie przez uczonych badających okoliczności zbrodni, bywały pochopne. (Nawet jeśli nie ma tam problemu odróżnienia szarlatana od uczciwego badacza. I nawet jeśli nie trafiło się, w całej siedmiusetstronicowej książce więcej niż jedno fałszywe oskarżenie.) Należy więc jednak zrozumieć i zrozumiałego przedstawienia argumentów domagać się. To już jednak zadanie domowe dla każdego z osobna.
piątek, 17 września 2010
-- Co się w tym Facebooku robi?
-- ?
-- M. założył mi konto na Facebooku, dopiero teraz wchodzę, bo słyszę, że to złodziej czasu, więc nie chciałam wczoraj, gdy miałam parę spraw do zrobienia. Siedzę nad tym od pięciu minut, potwierdziłam zaproszenia do znajomości i teraz nie wiem, co tu robić. Nuda. Jakieś gry, ale mnie nie bawią; jakieś dyskusje, ale nie na temat... Ludzie zdjęcia wrzucają, mogę klikać, że mi się podobają... i tyle... pięć minut i już wszystko zrobione... Co ci ludzie w tym widzą?
-- Też nie wiem...
Tak sobie niedawno rozmawiałem ze znajomą. I przyznaję, że rozumiem fora dyskusyjne, rozumiem blogi, ale portali społecznościowych rozgryźć nie potrafię. Konto na Naszej Klasie pomogło odświeżyć parę znajomości, zajmując mi jakieś 5 minut na kwartał. Ale coś więcej? Pół Polski dyskutuje o wyłączaniu śledzika, a ja nawet nie wiem, o co chodzi. Facebook pozwala czasem zerknąć na jakieś udostępnione na nim zdjęcie. I tyle. Co w tym jest?
---
PS.
Byłbym niesprawiedliwy, gdybym nie dodał części dalszej rozmowy, która miała miejsce kilka dni później:
-- To ty uruchamiasz internet przed pracą?
-- No tak... mejla właściwie sprawdzam.
-- O której?
-- Hm... Komputer włączam po 4:30, ale zanim uruchomi się przeglądarka, to jest gdzieś 4:45, a o 5:05 najpóźniej muszę wyłączyć...
-- To już wiem, dlaczego nie lubisz Facebooka! Bo wtedy wszyscy śpią!
-- ?
-- M. założył mi konto na Facebooku, dopiero teraz wchodzę, bo słyszę, że to złodziej czasu, więc nie chciałam wczoraj, gdy miałam parę spraw do zrobienia. Siedzę nad tym od pięciu minut, potwierdziłam zaproszenia do znajomości i teraz nie wiem, co tu robić. Nuda. Jakieś gry, ale mnie nie bawią; jakieś dyskusje, ale nie na temat... Ludzie zdjęcia wrzucają, mogę klikać, że mi się podobają... i tyle... pięć minut i już wszystko zrobione... Co ci ludzie w tym widzą?
-- Też nie wiem...
Tak sobie niedawno rozmawiałem ze znajomą. I przyznaję, że rozumiem fora dyskusyjne, rozumiem blogi, ale portali społecznościowych rozgryźć nie potrafię. Konto na Naszej Klasie pomogło odświeżyć parę znajomości, zajmując mi jakieś 5 minut na kwartał. Ale coś więcej? Pół Polski dyskutuje o wyłączaniu śledzika, a ja nawet nie wiem, o co chodzi. Facebook pozwala czasem zerknąć na jakieś udostępnione na nim zdjęcie. I tyle. Co w tym jest?
---
PS.
Byłbym niesprawiedliwy, gdybym nie dodał części dalszej rozmowy, która miała miejsce kilka dni później:
-- To ty uruchamiasz internet przed pracą?
-- No tak... mejla właściwie sprawdzam.
-- O której?
-- Hm... Komputer włączam po 4:30, ale zanim uruchomi się przeglądarka, to jest gdzieś 4:45, a o 5:05 najpóźniej muszę wyłączyć...
-- To już wiem, dlaczego nie lubisz Facebooka! Bo wtedy wszyscy śpią!
sobota, 11 września 2010
Słowo na niedzielę
Nie pytaj Boga o drogę
do nieba, bo wskaże ci
najtrudniejszą.
Stanisław Jerzy Lec „Myśli nieuczesane”
do nieba, bo wskaże ci
najtrudniejszą.
Stanisław Jerzy Lec „Myśli nieuczesane”
sobota, 4 września 2010
Pociecha
Można się pocieszać, że ludzie, którzy mordują kobiety i dzieci, to tchórze, dlatego nie mogą być dobrymi żołnierzami [...].
Michael Burleigh Trzecia Rzesza. Nowa historia, tłum. Grzegorz Siwek, Znak 2010
Czytam i oczom nie wierzę. Co to za pociecha? Kobiety i dzieci wymordowane – w czym pomoże tchórzostwo sprawców?
W jakimś sensie rozumiem – powszechną praktyką jest przypisywanie „złym” (cudzysłów dla różnorodności owego zła, nie zawsze tak jednoznacznego, jak tu) różnych nielubianych cech. Często odbieram takie spostrzeżenia jako sprawiające przyjemność ich autorom. (Przykłady? Wypominanie Adolfowi Hitlerowi miernych talentów malarskich. Wystawa ‘twarzy UB’, z podkreślaniem ‘urody’ fotografowanych i błędów ortograficznych w raportach. Albo, jak tu – przypisanie tchórzliwości członkom Einsatzgruppen.)
Tyle, że to tak bardzo niemerytoryczne, że przecież autorzy takich stwierdzeń i wystaw powinni się na tym złapać. Tu, Michael Burleigh próbuje trochę rozwinąć kwestię oceny członków Einsatzgruppen, ich motywów, osobowości – odrzuca więc taką ‘pociechę’, ale odrzuca ją przez nadmierne uproszczenie tezy, a nie z zasady. Dlaczego nie?
Michael Burleigh Trzecia Rzesza. Nowa historia, tłum. Grzegorz Siwek, Znak 2010
Czytam i oczom nie wierzę. Co to za pociecha? Kobiety i dzieci wymordowane – w czym pomoże tchórzostwo sprawców?
W jakimś sensie rozumiem – powszechną praktyką jest przypisywanie „złym” (cudzysłów dla różnorodności owego zła, nie zawsze tak jednoznacznego, jak tu) różnych nielubianych cech. Często odbieram takie spostrzeżenia jako sprawiające przyjemność ich autorom. (Przykłady? Wypominanie Adolfowi Hitlerowi miernych talentów malarskich. Wystawa ‘twarzy UB’, z podkreślaniem ‘urody’ fotografowanych i błędów ortograficznych w raportach. Albo, jak tu – przypisanie tchórzliwości członkom Einsatzgruppen.)
Tyle, że to tak bardzo niemerytoryczne, że przecież autorzy takich stwierdzeń i wystaw powinni się na tym złapać. Tu, Michael Burleigh próbuje trochę rozwinąć kwestię oceny członków Einsatzgruppen, ich motywów, osobowości – odrzuca więc taką ‘pociechę’, ale odrzuca ją przez nadmierne uproszczenie tezy, a nie z zasady. Dlaczego nie?
niedziela, 29 sierpnia 2010
O Rzymie
Jako wszystkie narody Rzymowi służyły,
Póki mu dostawało i szczęścia, i siły,
Także też, skoro mu się powinęła noga,
Ze wszystkiego nań światła uderzyła trwoga.
Fortunniejszy był język, bo ten i dziś miły:
Tak zawżdy trwalszy owoc dowcipu niż siły.
Jan Kochanowski O Rzymie(Fraszki, Księgi wtóre, za Jan Kochanowski Dzieła polskie, PIW 1972)
---
Niby oczywistość, ale jakoś kandydaci na nowych Rzymian zwykle mało się tym przejmują.
---
Swoją drogą, gdy Kochanowski pisał, że wszystkie narody Rzymowi służyły, jakiś chochlik mi szeptał w ucho z dumą, że Polacy nie... Skąd się takie chochliki biorą?! Stąd już tylko kroczek mały do książki o historii rodzimego uzbrojenia, którą czytałem jako dziecko, gdzie pokazano starożytnego Polaka z dopiskiem, że całe szczęście dla Rzymian, że się na nasze ziemie nie zapuszczali.
---
Skąd i kolejny kroczek, do żalów mojego Szefa, że Rzymianie w lesie Teutoburskim przegrali, z całym fatalnym wpływem tego faktu na Polskę...
Póki mu dostawało i szczęścia, i siły,
Także też, skoro mu się powinęła noga,
Ze wszystkiego nań światła uderzyła trwoga.
Fortunniejszy był język, bo ten i dziś miły:
Tak zawżdy trwalszy owoc dowcipu niż siły.
Jan Kochanowski O Rzymie(Fraszki, Księgi wtóre, za Jan Kochanowski Dzieła polskie, PIW 1972)
---
Niby oczywistość, ale jakoś kandydaci na nowych Rzymian zwykle mało się tym przejmują.
---
Swoją drogą, gdy Kochanowski pisał, że wszystkie narody Rzymowi służyły, jakiś chochlik mi szeptał w ucho z dumą, że Polacy nie... Skąd się takie chochliki biorą?! Stąd już tylko kroczek mały do książki o historii rodzimego uzbrojenia, którą czytałem jako dziecko, gdzie pokazano starożytnego Polaka z dopiskiem, że całe szczęście dla Rzymian, że się na nasze ziemie nie zapuszczali.
---
Skąd i kolejny kroczek, do żalów mojego Szefa, że Rzymianie w lesie Teutoburskim przegrali, z całym fatalnym wpływem tego faktu na Polskę...
środa, 18 sierpnia 2010
Drobiazgi
Parę dni temu spacerowałem po Beskidach. W większości po trasach mi dobrze znanych z wycieczek sprzed lat -- czasem kilku, czasem kilkunastu.
I tu dla mnie zaskoczenie -- względność tej pamięci. Bo szlaki pamiętałem poprzez swoje odczucia -- jeśli byłem zmęczony, to pamiętałem je jako dłuższe i bardziej strome, jeśli wypoczęty -- jako krótsze i łatwiejsze. I jak tu sobie zaufać?
***
I jeszcze przy okazji wycieczki -- jedno ze schronisk ozdobiły wielkie fioletowe krowy. Nie na cześć Stanisława Barańczaka, a na cześć 'alpejskiego mleka' w czekoladach pewnego koncernu z siedzibą w Chicago. Szkoda, bo choć krowy mnie głównie rozbawiły, to -- po pierwsze, brakuje mi protestów, przeciwko szpeceniu górskiego krajobrazu (coś jest rzeczywiście nie tak, że także w kontekście krzyża przed Pałacem Prezydenckim o estetyce mówi się mało, niechętnie i lekceważąco; to chyba ten sam duch, który pozwala wznosić w miastach i wsiach szkaradziejstwa prawdziwe...), po drugie, tłumaczeń Barańczaka do plecaka nie wziąłem, a i tak był za ciężki. Wziąłbym, przynajmniej jakiś pożytek by był.
***
Przerobiłem szkolenie pierwszej pomocy -- jak się już przyznałem. Przerabiam je, co prawda, co jakiś czas na BHP, ale tym razem chciałem się rzeczywiście czegoś nauczyć. I chyba, przynajmniej jak dotąd, nauczyłem, korzystając do woli z luksusowych warunków i możliwości przetestowania prawdziwego defibrylatora.
Ale -- nachodzi mnie taka refleksja, że w pierwszej pomocy najtrudniejsza jest pewna bariera psychologiczna. Bo bardzo niechętnie podejmuje się kontakt z zupełnie obcym człowiekiem, a tu jeszcze nie chodzi o wymianę uprzejmości, ale o fizyczny kontakt. I to taki, w którym -- jak się ma świadomość -- można zrobić coś nie tak.
Mam nadzieję, że bym sobie z tym poradził w chwili próby (i mam nadzieję, że nie będę musiał tego sprawdzać w praktyce). Jakimś pozytywnym znakiem jest to, że widywałem ludzi, którzy spontanicznie pomagali innym, zupełnie obcym, często zniechęcającym do kontaktu.
I tu dla mnie zaskoczenie -- względność tej pamięci. Bo szlaki pamiętałem poprzez swoje odczucia -- jeśli byłem zmęczony, to pamiętałem je jako dłuższe i bardziej strome, jeśli wypoczęty -- jako krótsze i łatwiejsze. I jak tu sobie zaufać?
***
I jeszcze przy okazji wycieczki -- jedno ze schronisk ozdobiły wielkie fioletowe krowy. Nie na cześć Stanisława Barańczaka, a na cześć 'alpejskiego mleka' w czekoladach pewnego koncernu z siedzibą w Chicago. Szkoda, bo choć krowy mnie głównie rozbawiły, to -- po pierwsze, brakuje mi protestów, przeciwko szpeceniu górskiego krajobrazu (coś jest rzeczywiście nie tak, że także w kontekście krzyża przed Pałacem Prezydenckim o estetyce mówi się mało, niechętnie i lekceważąco; to chyba ten sam duch, który pozwala wznosić w miastach i wsiach szkaradziejstwa prawdziwe...), po drugie, tłumaczeń Barańczaka do plecaka nie wziąłem, a i tak był za ciężki. Wziąłbym, przynajmniej jakiś pożytek by był.
***
Przerobiłem szkolenie pierwszej pomocy -- jak się już przyznałem. Przerabiam je, co prawda, co jakiś czas na BHP, ale tym razem chciałem się rzeczywiście czegoś nauczyć. I chyba, przynajmniej jak dotąd, nauczyłem, korzystając do woli z luksusowych warunków i możliwości przetestowania prawdziwego defibrylatora.
Ale -- nachodzi mnie taka refleksja, że w pierwszej pomocy najtrudniejsza jest pewna bariera psychologiczna. Bo bardzo niechętnie podejmuje się kontakt z zupełnie obcym człowiekiem, a tu jeszcze nie chodzi o wymianę uprzejmości, ale o fizyczny kontakt. I to taki, w którym -- jak się ma świadomość -- można zrobić coś nie tak.
Mam nadzieję, że bym sobie z tym poradził w chwili próby (i mam nadzieję, że nie będę musiał tego sprawdzać w praktyce). Jakimś pozytywnym znakiem jest to, że widywałem ludzi, którzy spontanicznie pomagali innym, zupełnie obcym, często zniechęcającym do kontaktu.
poniedziałek, 16 sierpnia 2010
Warto?
-- Tylko pamiętajcie, że nie zawsze warto jest ratować. Gdy ktoś już jest schorowany, to ratując jego życie możemy mu tylko przysporzyć cierpień...
Co zasłyszałem na szkoleniu pierwszej pomocy. To może było nieco bardziej subtelne (z podkreśleniem możliwości podtrzymania życia, bez podtrzymania świadomości), niemniej na szkoleniu pierwszej pomocy była to dla mnie pewna nowość. Nie szokująca, ale jednak -- bo jak nie 'nowa świadomość', to co?
Co zasłyszałem na szkoleniu pierwszej pomocy. To może było nieco bardziej subtelne (z podkreśleniem możliwości podtrzymania życia, bez podtrzymania świadomości), niemniej na szkoleniu pierwszej pomocy była to dla mnie pewna nowość. Nie szokująca, ale jednak -- bo jak nie 'nowa świadomość', to co?
poniedziałek, 9 sierpnia 2010
Potrzeba historii
Zapewne, potrzebujemy historii, lecz potrzebujemy jej w sposób inny niż potrzebuje jej rozpieszczony próżniak w ogrodzie wiedzy, choćby nawet dostojnie miał patrzeć z góry na nasze grube i pozbawione wdzięku potrzeby i konieczności. Wiadomo, że potrzebujemy jej do życia i do czynu, nie do wygodnego odwrócenia się od życia i od czynu, lub nawet do upiększenia życia samolubnego lub czynu tchórzliwego i lichego. Chcemy tylko o tyle służyć historii, o ile ona służy życiu: lecz istnieje stopień zajmowania się historią i jej ocena, które wpływają na życie trująco i zwyrodniająco: fenomen to, o którym dowiedzieć się z różnych syptomów naszych czasów jest teraz rzeczą równie konieczną, jak i bolesną być może.
Fryderyk Fryderyk Nietzsche Pożyteczność i szkodliwość historii dla życia w Niewczesne rozważania, tłum. Leopold Staff, Wydawnictwo Zielona Sowa (2003?)
---
Bardzo nie chciałbym komentować. Bo dla jednych to oczywiste. Dla innych -- niekoniecznie (w publicznych wypowiedziech bardzo rzadko pojawiają się zastrzeżenia, określające do jakiego stopnia i zakresu coś jest dobre, a gdzie zaczyna się wynaturzenie -- wielu to wie, dzięki poczuciu smaku, czy równowagi -- jak kto woli -- ale nie dzięki publicznym dyskusjom na temat zakresu przydatnosci wiedzy do spożycia). I do tego Nietzsche -- znowu odkrywam, jak bardzo trudny bywa do zaszufladkowania, umykający jasnym streszczeniom. I odległy od własnego stereotypu.
Fryderyk Fryderyk Nietzsche Pożyteczność i szkodliwość historii dla życia w Niewczesne rozważania, tłum. Leopold Staff, Wydawnictwo Zielona Sowa (2003?)
---
Bardzo nie chciałbym komentować. Bo dla jednych to oczywiste. Dla innych -- niekoniecznie (w publicznych wypowiedziech bardzo rzadko pojawiają się zastrzeżenia, określające do jakiego stopnia i zakresu coś jest dobre, a gdzie zaczyna się wynaturzenie -- wielu to wie, dzięki poczuciu smaku, czy równowagi -- jak kto woli -- ale nie dzięki publicznym dyskusjom na temat zakresu przydatnosci wiedzy do spożycia). I do tego Nietzsche -- znowu odkrywam, jak bardzo trudny bywa do zaszufladkowania, umykający jasnym streszczeniom. I odległy od własnego stereotypu.
poniedziałek, 2 sierpnia 2010
Pomacać się po głowie
Namiestnik prowincji Azji, Apronian, został zaocznie oskarżony o to, że jego piastunka ujrzała go we śnie cesarzem, on zaś rzekomo stosował zabiegi magiczne, aby widzenie się ziściło. Zeznania świadków spisane podczas tortur, odczytywano przed całym senatem. W pewnym momencie padła wzmianka, że w to wszystko wmieszany jest jakiś łysy senator; jego nazwiska świadek nie znał i nie wymienił. „Gdy padły te słowa — pisze Kaszjusz Dion — znaleźliśmy się w położeniu okropnym. Przerazili się wszyscy, nawet ci, co nigdy nie bywali u Aproniana; i nie tylko łysi, ale także ci o wysokich czołach. Nikt nie czuł się bezpieczny prócz tych, którzy mieli gęste włosy. Wszyscy patrzyliśmy na łysych lub łysiejących i szedł pomruk po sali: To ten! Nie, to raczej tamten! Nie będę ukrywał, co mnie się wtedy zdarzyło, choć to bardzo ośmieszające. Stałem się mianowicie skutkiem strach tak bezwolny, że ręką próbowałem, czy mam włosy. Podobnie robili też inni. Patrzyliśmy na łysych i łysawych wymownie, jakbyśmy chcieli na nich przesunąć grożące nam niebezpieczeństwo”. Potem okazało się, że świadek zauważył też obramowaną purpurą togę owego senatora. Wtedy oczy wszystkich zwróciły się na Marcelinusa, bo tylko on był i łysy, i jako urzędujący edyl nosił właśnie taką togę. Wprowadzony świadek rozpoznał go po chwili wahania — ale dopiero wtedy, gdy ktoś z sali dał mu ledwie dostrzegalny znak głową. Marcellinus został natychmiast skazany i wyprowadzony na egzekucję; nieco czasu dano mu tylko na pożegnanie się z czwórką dzieci.
Aleksander Krawczuk Poczet cesarzy rzymskich (Septymiusz Sewer), ISKRY 1986
Aleksander Krawczuk Poczet cesarzy rzymskich (Septymiusz Sewer), ISKRY 1986
Subskrybuj:
Posty (Atom)


