„Mój serdeczny przyjaciel Postum, starszy ode mnie o niecałe dwa lata, opowiadał, że w jakiejś współczesnej książce przedstawiono starego Katona jako sknerę parającego się nieczystymi interesami. Istotnie, była tam jakaś niejasna sprawa ze sprzedażą okrętów i Katon uniknął kompromitacji tylko dzięki temu, że jako sprzedawcę podstawił jednego ze swych wyzwoleńców. Jako cenzor, niby to występował w obronie dobrych obyczajów, w rzeczywistości jednak, jak się zdaje, załatwiał pod tą pokrywką szereg osobistych porachunków. Raz skreślił z listy senatorów pewnego człowieka, gdyż ten „uchybił godności rzymskiej”. Pocałował mianowicie w dzień i w obecności córki swoją żonę!”
Robert Graves „Ja, Klaudiusz”, tłum. Stefan Essmanowski, PIW, 1988
Pierwszy raz z krytyką Katona spotkałem się u Krawczuka w biografii Juliusza Cezara – tam brzmiało to tak:
„Młody Katon – od Cezara młodszy o siedem lat – był tępy i uczciwy, pryncypialny i pozbawiony poczucia humoru. Nie pojmował zupełnie ani finezji gry politycznej, ani też żywych potrzeb społeczeństwa i nowej epoki. Z natury i wychowania konserwatysta, od dziecka pozował na stoickiego mędrca, który idzie zawsze i bezkompromisowo za głosem praw i obowiązku, broni wolności przed zakusami tyrańskimi, jest twardy i nieskazitelny jak monolit. Ta nieustępliwość Katona i brak wyobraźni politycznej przyniosła zresztą sprawie optymatów więcej szkody niż pożytku.”
I pierwszy raz byłem zaskoczony i zaszokowany. Określenie Katon funkcjonuje przecież do opisu człowieka wiernego prawom, zasadom, do głębi moralnego, choć nie stroniącego od pouczania innych. Dzisiaj widzę w nim dwuznaczności i dostrzegam uśmieszki jakie wywołuje, ale i Gravesa i Krawczuka czytałem we wczesnych latach licealnych, gdy jeszcze tych niuansów nie wyłapywałem. Byłem po ich stronie – bo jakżeby inaczej, skoro inteligentnego, odważnego, energicznego i bardzo ludzkiego (w sensie budzących sympatię słabostek) Cezara się lubi? A jednak byłem gdzieś w środku świadomy, że liczni współcześni określiliby zapewne nie jako ‘tępego i uczciwego, pryncypialnego i pozbawionego poczucia humoru’, ale jako moralny autorytet, polityka do bólu uczciwego – ot, takiego Zbigniewa Romaszewskiego, na którego można nie głosować, można nie lubić, ale któremu trudno z pryncypialności i wierności sobie czynić zarzut.
A taki zarzut padał pod adresem Katona. Obrońca demokracji, a my cenimy demokrację i… jesteśmy przeciw. Obrońca swobód obywatelskich i pewnej równości – i znowu, liczni ceniący wolności i równości sympatyzują raczej z Cezarem. No, jest Bocheński, ale… ale on pisał politycznie. Czy jednak inni autorzy nie piszą również politycznie? I czy ja nie czytam politycznie? Przecież tak łatwo wyobrazić mi sobie Katona w naszych wyborach, nawet jedno nazwisko podałem. Trudniej trochę z Cezarem, to takie niedzisiejsze, nie mamy już maja roku 1926…
Ale choć mogę sobie wyobrazić kampanię wyborczą Katona, a nawet własny stosunek do jego kandydatury; to Graves sprawia mi coraz więcej problemów. Pierwszy raz czytałem go w liceum. Wtedy czytałem jako powieść ukazującą autorską wizję dziejów Rzymu, a poglądy Klaudiusza jako poglądy Gravesa, z drobnymi tylko poprawkami na wymogi przyjętej formy. Drugi raz czytałem po studiach. Wtedy dostrzegłem, że „coś jest nie tak”. Że Klaudiusz daje się, w sposób niezauważalny dla siebie, jak i dla naiwnego czytelnika, skorumpować władzy, stopniowo zamieniając się w tyrana. Teraz, odszukawszy Gravesa na półce jako lekką, rozrywkową lekturę, moje podejrzliwości rosną. Czy rzeczywiście Graves nie lubi Katona? Czy to już w zatrutej atmosferze wrogów politycznych republiki żyje, w sposób niezauważalny dla siebie (bo przecież republikę wychwala), Klaudiusz? Tu Klaudiusz ma powody osobiste do niechęci. Ale widać utożsamienie się z pewnym stronnictwem politycznym, trzymanie strony bliskich, wybielanie ich i oczernianie wrogów. Może to nie tyle historia według Gravesa, ale psychologia tegoż autorstwa?
PS.
Zwrócono mi uwagę (i bardzo słusznie! zaraz się wyłączę i oddam biciu w piersi), że popełniłem kompromitującą pomyłkę - u Gravesa i u Krawczuka chodzi o dwóch różnych Katonów (i to łatwo rozróżnialnych dzięki wydarzeniom historycznym, do których odnoszą się, może niekoniecznie cytaty, ale dłuższe wywody obu autorów). Mogę jedynie, wciąż kajając się, na usprawiedliwienie powiedzieć, że obaj Katoni bardzo podobnie postrzegali politykę i swoje obowiązki wobec Rzymu, posiadali też podobne wady, które -- u Gravesa -- łączą się w osobie jeszcze jednego Katona, przyczyny tej dygresji, mianowicie wychowawcy Klaudiusza.
sobota, 31 maja 2008
piątek, 30 maja 2008
Odkładając na pólkę "Gdzie jest Bóg?"
Odkładam na półkę "Gdzie jest Bóg?" Węcławskiego. Książka mnie nie zmieniła, zresztą czytałem ją w zbyt małych fragmentach... Mam więc pewną pustkę w głowie. (Choć może przesadzam. Coś jednak zostało, bardziej jednak podskórnego niż nadającego się do podsumowania.) Za to zainteresowało mnie posłowie przeznaczone dla teologów, gdzie Tomasz Węcławski pisze np.:
"Po pierwsze, wydaje mi się, że prawie nie istnieją albo są znacznie osłabione dawne światopoglądowe i kulturowe fundament wiary -- znajduje to wyraz w zazwyczaj nie uświadomionym niezrozumieniu, z jakim dość powszechnie przyjmowane są nawet zupełnie elementarne prawdy wiary, a w konsekwencji także związane z nimi wymagania chrześcijańskiej moralności. Takie niezrozumienie można zaobserwować również u ludzi wykształconych -- także u ludzi wykształconych teologicznie. Nie wynika ono więc w zasadzie z braku wiedzy, ale raczej z braku ożywiającego tę wiedzę doświadczenia i takiej refleksji, która mogłaby doprowadzić do zupełnie świadomego utożsamienia się z doświadczaną prawdą."
Ja w znacznej mierze mogę się zgodzić. Czasem sięgam po Katechizm Kościoła Katolickiego, tak dla zrozumienia -- a potem się dziwię, że w kazaniach, listach episkopatu, wypowiedziach biskupów, czy myślicieli katolickich, pojawiają się wypowiedzi wprost z Katechizmem sprzeczne. Świadomość, którą widzę, jest słaba. Tak jakby religia była podtrzymywana i ożywiana przez idee niezwiązane z Bogiem... Oczywiście są wyjątki, ale wyjątki na tyle rzadkie, że tylko podkreślające faktyczne zepchnięcie sfery sacrum na margines. Ale, jak widać, wracam do tematu, który jakoś mnie trapi, choć nie wierzę w powroty i odrodzenia religijne. Raczej uważam ją za cząstkę kultury, którą warto znać, ale niekoniecznie trzeba wyznawać.
"Popularyzować można bowiem wiedzę matematyczną, przyrodniczą, czy historyczną, ale nie teologię!"
Po lekturze równie mocno nie wiem skąd taki wniosek, jak przed lekturą. Dlaczego? Pamięta się Euklidesa, twierdzącego, że nie ma dróg na skróty do matematyki. Czyżby popularyzowanie było czymś innym, niż drogą na skróty. W obu przypadkach można próbować zainteresować (sam Węcławski pisze, że środowiska otwarte na teologię często spotyka), ale zrozumienie wymaga solidnej pracy. Skąd ta różnica? Mogę się jedynie domyślać, że ze słabej znajomości matematyki...
Ale tu się otwiera miejsce na komentarz na marginesie. Bo wczoraj napisałem, że „słuchacze wcale nie mają zbiorowego poczucia potrzeby lepszego rozumienia muzyki” (z czym pesymistycznie zgodziła się Pani Kierowniczka). I to podtrzymuję. Ale nie znaczy to, że ludzi zainteresowanych nie ma. To zresztą w odniesieniu do muzyki zauważają Barenboim (i Said?), którzy nie tylko dostrzegają chęć zrozumienia, ale także warunek konieczny przyjęcia postawy ucznia – przyznanie się do niewiedzy. I o tym też wspomina Węcławski – spotyka się środowiska, które chciałby poznać (w jego przypadku teologię), ale nie mają od kogo się uczyć... Tak jakby, paradoksalnie, w świecie wolności słowa i wyboru, wszechobecnych mediów, nadmiaru informacji docierających z zewnątrz, to o komunikację między chcącymi się dzielić wiedzą, a wiedzy łaknącymi było najtrudniej...
----
Ks. (jeszcze) Tomasz Węcławski "Gdzie jest Bóg? Małe wprowadzenie do teologii dla tych, którzy nie boją się myśleć", Znak, Kraków 1992
"Po pierwsze, wydaje mi się, że prawie nie istnieją albo są znacznie osłabione dawne światopoglądowe i kulturowe fundament wiary -- znajduje to wyraz w zazwyczaj nie uświadomionym niezrozumieniu, z jakim dość powszechnie przyjmowane są nawet zupełnie elementarne prawdy wiary, a w konsekwencji także związane z nimi wymagania chrześcijańskiej moralności. Takie niezrozumienie można zaobserwować również u ludzi wykształconych -- także u ludzi wykształconych teologicznie. Nie wynika ono więc w zasadzie z braku wiedzy, ale raczej z braku ożywiającego tę wiedzę doświadczenia i takiej refleksji, która mogłaby doprowadzić do zupełnie świadomego utożsamienia się z doświadczaną prawdą."
Ja w znacznej mierze mogę się zgodzić. Czasem sięgam po Katechizm Kościoła Katolickiego, tak dla zrozumienia -- a potem się dziwię, że w kazaniach, listach episkopatu, wypowiedziach biskupów, czy myślicieli katolickich, pojawiają się wypowiedzi wprost z Katechizmem sprzeczne. Świadomość, którą widzę, jest słaba. Tak jakby religia była podtrzymywana i ożywiana przez idee niezwiązane z Bogiem... Oczywiście są wyjątki, ale wyjątki na tyle rzadkie, że tylko podkreślające faktyczne zepchnięcie sfery sacrum na margines. Ale, jak widać, wracam do tematu, który jakoś mnie trapi, choć nie wierzę w powroty i odrodzenia religijne. Raczej uważam ją za cząstkę kultury, którą warto znać, ale niekoniecznie trzeba wyznawać.
"Popularyzować można bowiem wiedzę matematyczną, przyrodniczą, czy historyczną, ale nie teologię!"
Po lekturze równie mocno nie wiem skąd taki wniosek, jak przed lekturą. Dlaczego? Pamięta się Euklidesa, twierdzącego, że nie ma dróg na skróty do matematyki. Czyżby popularyzowanie było czymś innym, niż drogą na skróty. W obu przypadkach można próbować zainteresować (sam Węcławski pisze, że środowiska otwarte na teologię często spotyka), ale zrozumienie wymaga solidnej pracy. Skąd ta różnica? Mogę się jedynie domyślać, że ze słabej znajomości matematyki...
Ale tu się otwiera miejsce na komentarz na marginesie. Bo wczoraj napisałem, że „słuchacze wcale nie mają zbiorowego poczucia potrzeby lepszego rozumienia muzyki” (z czym pesymistycznie zgodziła się Pani Kierowniczka). I to podtrzymuję. Ale nie znaczy to, że ludzi zainteresowanych nie ma. To zresztą w odniesieniu do muzyki zauważają Barenboim (i Said?), którzy nie tylko dostrzegają chęć zrozumienia, ale także warunek konieczny przyjęcia postawy ucznia – przyznanie się do niewiedzy. I o tym też wspomina Węcławski – spotyka się środowiska, które chciałby poznać (w jego przypadku teologię), ale nie mają od kogo się uczyć... Tak jakby, paradoksalnie, w świecie wolności słowa i wyboru, wszechobecnych mediów, nadmiaru informacji docierających z zewnątrz, to o komunikację między chcącymi się dzielić wiedzą, a wiedzy łaknącymi było najtrudniej...
----
Ks. (jeszcze) Tomasz Węcławski "Gdzie jest Bóg? Małe wprowadzenie do teologii dla tych, którzy nie boją się myśleć", Znak, Kraków 1992
czwartek, 29 maja 2008
Barenboim i Said – no i mogę się stanowczo z nimi nie zgodzić!
Wróciłem do lektury rozmów Barenboima i Saida (po paru dniach oddawania się lekturom ‘gazet lub czasopism’ w pociągu). Tym razem natrafiłem na coś, z czym się głęboko nie zgadzam – z krytyką HIP:
Daniel Barenboim: Jeszcze nigdy żadne pokolenie nie było tak bardzo zaprzątnięte przeszłością. W archeologii widać, jak jedne miasta powstawały na innych. A my nie mamy odwagi iść dalej, pozostawiwszy za sobą to, co powinno zostać pozostawione. Dla mnie jest to część choroby współczesnego społeczeństwa. Różnica między dzisiejszym ruchem instrumentów dawnych a Schumannem, Mendelssohnem czy Wagnerem, którzy grali Bacha i Beethovena, polega na tym, że oni byli naprawdę współcześni. Starali się zbliżyć przeszłość do swoich czasów. Dziś wielu przedstawicieli tego ruchu zakłada (według mnie arogancko), że jest to bardzo nowoczesny trend. A tymczasem mamy tu jedynie do czynienia z próbą powrócenia do przeszłości, spowodowaną brakiem zdolności przekształcenia jej w coś współczesnego. [...] Rozumienia stylu, dokładnego rozumienia wszystkich elementów składowych muzyki. Jest to ciekawe i absolutnie konieczne, sine qua non. Ale próbować odtworzyć przeszłość? Samo słowo „odtworzyć” jest już znakiem ubóstwa.
Ara Guzelimian: Bardzo trafne stwierdzenie.
Edward W. Said: Mamy tu analogię w świecie literatury, chodzi o dość wąskie pojmowanie historii. Podobne wrażenie wywierają słowa tych ludzi, którzy nawołują, byśmy powrócili do klasyków, którzy mówią, że dziś studenci nie dość czytają Homera i Wergiliusza. Ale jak próbowałem wcześniej zasugerować, robią to, chcąc posłużyć się Homerem i Wergiliuszem do zdezawuowania literatury współczesnej, spraw, które niepokoją nas dzisiaj (tj. płci, rasy, klasy społecznej itd.). Twierdzą, że straciliśmy kontakt z naszym dziedzictwem – głównie europejską cywilizacją judeochrześcijańską, że więcej czasu powinniśmy spędzać, czytając prawdziwych mistrzów przeszłości. [...]
Daniel Barenboim i Edward W. Said „Paralele i paradoksy”, tłum. Aleksander Laskowski, PIW, Warszawa 2008
Oczywiście trafiali się tacy, którzy HIP ubierali w różne ideologiczne kostiumy. Jak też i tacy, którzy rozumieli go fundamentalistycznie. Ale, czy cały ten ruch jest taki? A przede wszystkim, czy rzeczywiście jest znakiem ubóstwa i powrotem do przeszłości?
W muzyce nie chodzi o powrót do dziedzictw (oczywiście, są wyjątki), tak jak nie chodzi o postęp – chodzi o przeżycia. Przeżycia, które w zwykłych koncertach filharmonijnych bardzo się skonwencjonalizowały. HIP był próbą odnajdywania głębszej treści poprzez eksperymenty z odtwarzaniem dawnej formy. Próbą, która odniosła większy sukces niż próby twórców muzyki współczesnej. Ale pod pewnymi względami idącą w podobnym kierunku.
Zresztą wszyscy trzej rozmówcy, równie niechętni HIPowi, zakładają, że muzyka, to to, co wykonuje się w filharmoniach. Że Jan Sebastian Bach jest alternatywą dla Elliotta Cartera. Że pop, rock, etno – to jakiś nieistotny margines. Tymczasem jest (a przynajmniej ja tak to postrzegam) odwrotnie. „Klasyka” – cała, od Hildegardy z Bingen po Agatę Zubel, stanowi margines dzisiejszej kultury (nie chciałbym, by rozumiano to pejoratywnie – chodzi mi tylko o udział w muzyce słuchanej współcześnie). Stanowi go przy całym swym zróżnicowaniu i przy mojej zgodzie z Barenboimem, że muzyka współczesna pomaga lepiej rozumieć muzykę w ogóle, zauważam, że słuchacze wcale nie mają zbiorowego poczucia potrzeby lepszego rozumienia muzyki. Zwłaszcza, że wcale często nie przychodzą do „klasyki” z innej części „klasyki”, ale z domów wypełnionych rockiem, popem, czy etno. A to również mogą być klucze do lepszego zrozumienia, niektórych utworów, nikt chyba nie uznałby za coś w rodzaju moralnego obowiązku, zapoznania się z nimi, by lepiej smakować, powiedzmy, współczesne wykonania Vivialdiego.
Gdy czytam wypowiedzi Barenboima, który jednocześnie – jak dalej to zacytuję – odcina się od skrajnych interpretacji społeczny, ale który jednocześnie dostrzega w muzyce wyraz jej społecznego miejsca w danej epoce; to muszę zauważyć, że być może społeczna rola muzyki w baroku, czy klasycyzmie była zapewne bliższa dzisiejszej, niż w okresie romantyzmu. Albo mniej – odcinając się jednak od takich „społecznych” interpretacji – dzisiejsze rozumienie muzyki często stoi w opozycji do ducha romantycznego. Romantyzm, choćby takiego Wagnera, postrzegany jest raczej jako ciężar i balast, niż twórcza i pomocna w odbiorze wartość.
To wszystko prowadzi mnie do stwierdzenia, że nie widzę obecnie w muzyce jednej tradycji i jednego rozumienia. I bardzo dobrze! Każdy może wybrać to, co mu odpowiada. Dlaczego nie?
* * *
Obiecałem odcięcie się Barnboima – proszę:
Daniel Barenboim: Nie jest to trudne, bo z zasady wykonuję taką muzykę, którą chcę wykonywać, dlatego, że mnie interesuje, fascynuje i chcę podzielić się nią z innymi ludźmi. A ty mówisz, że dziś muzyka jest protestem przeciwko społeczeństwu.
Edward W. Said: Ja cię tylko pytam.
PS.
I jeszcze jeden cytat, by uniknąć złego rozumienia Barenboima:
<
I podobnie [PAK: Jak w teologii o Bogu] nie sądzę, żeby można było rozmawiać o muzyce. Można mówić jedynie o subiektywnych odczuciach, jakie w nas budzi.
Daniel Barenboim: Jeszcze nigdy żadne pokolenie nie było tak bardzo zaprzątnięte przeszłością. W archeologii widać, jak jedne miasta powstawały na innych. A my nie mamy odwagi iść dalej, pozostawiwszy za sobą to, co powinno zostać pozostawione. Dla mnie jest to część choroby współczesnego społeczeństwa. Różnica między dzisiejszym ruchem instrumentów dawnych a Schumannem, Mendelssohnem czy Wagnerem, którzy grali Bacha i Beethovena, polega na tym, że oni byli naprawdę współcześni. Starali się zbliżyć przeszłość do swoich czasów. Dziś wielu przedstawicieli tego ruchu zakłada (według mnie arogancko), że jest to bardzo nowoczesny trend. A tymczasem mamy tu jedynie do czynienia z próbą powrócenia do przeszłości, spowodowaną brakiem zdolności przekształcenia jej w coś współczesnego. [...] Rozumienia stylu, dokładnego rozumienia wszystkich elementów składowych muzyki. Jest to ciekawe i absolutnie konieczne, sine qua non. Ale próbować odtworzyć przeszłość? Samo słowo „odtworzyć” jest już znakiem ubóstwa.
Ara Guzelimian: Bardzo trafne stwierdzenie.
Edward W. Said: Mamy tu analogię w świecie literatury, chodzi o dość wąskie pojmowanie historii. Podobne wrażenie wywierają słowa tych ludzi, którzy nawołują, byśmy powrócili do klasyków, którzy mówią, że dziś studenci nie dość czytają Homera i Wergiliusza. Ale jak próbowałem wcześniej zasugerować, robią to, chcąc posłużyć się Homerem i Wergiliuszem do zdezawuowania literatury współczesnej, spraw, które niepokoją nas dzisiaj (tj. płci, rasy, klasy społecznej itd.). Twierdzą, że straciliśmy kontakt z naszym dziedzictwem – głównie europejską cywilizacją judeochrześcijańską, że więcej czasu powinniśmy spędzać, czytając prawdziwych mistrzów przeszłości. [...]
Daniel Barenboim i Edward W. Said „Paralele i paradoksy”, tłum. Aleksander Laskowski, PIW, Warszawa 2008
Oczywiście trafiali się tacy, którzy HIP ubierali w różne ideologiczne kostiumy. Jak też i tacy, którzy rozumieli go fundamentalistycznie. Ale, czy cały ten ruch jest taki? A przede wszystkim, czy rzeczywiście jest znakiem ubóstwa i powrotem do przeszłości?
W muzyce nie chodzi o powrót do dziedzictw (oczywiście, są wyjątki), tak jak nie chodzi o postęp – chodzi o przeżycia. Przeżycia, które w zwykłych koncertach filharmonijnych bardzo się skonwencjonalizowały. HIP był próbą odnajdywania głębszej treści poprzez eksperymenty z odtwarzaniem dawnej formy. Próbą, która odniosła większy sukces niż próby twórców muzyki współczesnej. Ale pod pewnymi względami idącą w podobnym kierunku.
Zresztą wszyscy trzej rozmówcy, równie niechętni HIPowi, zakładają, że muzyka, to to, co wykonuje się w filharmoniach. Że Jan Sebastian Bach jest alternatywą dla Elliotta Cartera. Że pop, rock, etno – to jakiś nieistotny margines. Tymczasem jest (a przynajmniej ja tak to postrzegam) odwrotnie. „Klasyka” – cała, od Hildegardy z Bingen po Agatę Zubel, stanowi margines dzisiejszej kultury (nie chciałbym, by rozumiano to pejoratywnie – chodzi mi tylko o udział w muzyce słuchanej współcześnie). Stanowi go przy całym swym zróżnicowaniu i przy mojej zgodzie z Barenboimem, że muzyka współczesna pomaga lepiej rozumieć muzykę w ogóle, zauważam, że słuchacze wcale nie mają zbiorowego poczucia potrzeby lepszego rozumienia muzyki. Zwłaszcza, że wcale często nie przychodzą do „klasyki” z innej części „klasyki”, ale z domów wypełnionych rockiem, popem, czy etno. A to również mogą być klucze do lepszego zrozumienia, niektórych utworów, nikt chyba nie uznałby za coś w rodzaju moralnego obowiązku, zapoznania się z nimi, by lepiej smakować, powiedzmy, współczesne wykonania Vivialdiego.
Gdy czytam wypowiedzi Barenboima, który jednocześnie – jak dalej to zacytuję – odcina się od skrajnych interpretacji społeczny, ale który jednocześnie dostrzega w muzyce wyraz jej społecznego miejsca w danej epoce; to muszę zauważyć, że być może społeczna rola muzyki w baroku, czy klasycyzmie była zapewne bliższa dzisiejszej, niż w okresie romantyzmu. Albo mniej – odcinając się jednak od takich „społecznych” interpretacji – dzisiejsze rozumienie muzyki często stoi w opozycji do ducha romantycznego. Romantyzm, choćby takiego Wagnera, postrzegany jest raczej jako ciężar i balast, niż twórcza i pomocna w odbiorze wartość.
To wszystko prowadzi mnie do stwierdzenia, że nie widzę obecnie w muzyce jednej tradycji i jednego rozumienia. I bardzo dobrze! Każdy może wybrać to, co mu odpowiada. Dlaczego nie?
* * *
Obiecałem odcięcie się Barnboima – proszę:
Daniel Barenboim: Nie jest to trudne, bo z zasady wykonuję taką muzykę, którą chcę wykonywać, dlatego, że mnie interesuje, fascynuje i chcę podzielić się nią z innymi ludźmi. A ty mówisz, że dziś muzyka jest protestem przeciwko społeczeństwu.
Edward W. Said: Ja cię tylko pytam.
PS.
I jeszcze jeden cytat, by uniknąć złego rozumienia Barenboima:
<
I podobnie [PAK: Jak w teologii o Bogu] nie sądzę, żeby można było rozmawiać o muzyce. Można mówić jedynie o subiektywnych odczuciach, jakie w nas budzi.
środa, 28 maja 2008
Robiąc porządki na dysku
Długie godziny spędzam obecnie na próbach* instalowaniu systemu (XP na służbowej Toshibie, nie nie mogę sobie zabrać tej Toshiby do domu i użyczać znajomym paniom do opracowania scenariuszy programów telewizyjnych... to nie ministerstwo sprawiedliwości... płacą też mniej...), krótsze na porządkowaniu dysku – wszystko to w związku z przenosinami do nowego laboratorium. I właśnie robiąc porządki na dysku znalazłem wypisy z „Anegdot z koloratką”. Nie publikowałem ich chyba jeszcze, a że śmiech to zdrowie, to postanowiłem nieco wspomóc NFZ:
Kapłan udowadniał drugiemu kapłanowi, że „Pan Jezus jest Ślązokiem, bo mo oma na Annabergu”.
Ksiądz pyta dzieci:
– Kochane dzieci, kto mi powie, co to jest pycha?
– Pycha to jest wtedy, gdy mama coś dobrego ugotuje! – szybko odpowiada uczeń.
Wszystkie sakramenty ustanowił sam Jezus Chrystus – mówi ksiądz proboszcz tytułem wprowadzenia do ewangelii o weselu w Kanie Galilejskiej.
– Jakimi słowami ustanowił sakrament małżeństwa? – zapytał uczniów.
Jedna z uczennic cokolwiek zakłopotana mówi:
– Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie a niewiastę.
Chłopiec na pierwszej spowiedzi:
– Pożądałem żonę bliźniego swego.
Kapłanowi aż głos odebrało:
– W tym wieku?!
– Tak – wyjaśnia penitent – bo robi lepsze naleśniki niż mama.
Na przerwie między lekcjami ksiądz pyta uczniów:
– Jaka jest najlepsza rada na pokusę?
– Najlepiej jej ulec – stwierdził jeden z uczniów.
– Trzeba jej ulec, bo może się więcej nie powtórzyć – dodał drugi.
Alumn Romuald Rak pyta kolegę Szczepana Rożka:
– Szczepon, a ty grosz na klawierze?
– Jo wola na stole – odpowiada zapytany – Na klawierze nie, bo karty się bardzo ślizgają.
Ksiądz Stanisław Maliński opowiada:
– Proszę księży, idę sobie kiedyś koło kina „Rialto”, a tam pod mostem siedzi niewidomy z żółtą opaską na rękawie i czyta gazetę. Nie wytrzymałem:
– Ależ panie kochany, tak nie można! Niewidomy, a czyta gazetę.
A on mi na to:
– Cy jo cytom? Jo sie ino obrazki oglądom.
Spotykają się przedstawiciele trzech wielkich religii i debatują nad wszechmocą Bożą.
Ksiądz mówi, że była wielka burza, wiatr łamał drzewa, a wtedy zwrócił się w modlitwie do Pana Boga i nagle wokół niego zapanował spokój, zaświeciło słońce.
Iman wychwala wszechmoc Allaha, opisując swoje przeżycie: „Jestem na pustyni. Nagle burza piaskowa, a ja wznoszę modlitwy do Allaha i nagle tam, gdzie stoję, piękna pogoda, słońce słowem cud”.
Rabin mówi: „To nic. Bóg w judaizmie jest wszechpotężny”. I opowiada: „Jest szabat. Wchodzę do synagogi, zauważyłem leżący portfel pełen banknotów dolarowych. Nie wolno mi się schylić i cokolwiek zrobić”. Wtedy wznoszę ręce do góry i słyszę głos Boga: „Szabat trwa wokół ciebie, a tu, gdzie stoisz, jest wtorek”.
Ks. Jan Górecki „Anegdoty z koloratką”
---
*) Ze względu na problemy ze sterownikami do w miarę nowego laptopa, są to próby wciąż nieudane, choć zrobiłem już wszystko zgodnie z zaleceniami z internetu. A preinstalowana Vista jest niezupełnie zgodna z wykorzystywanym oprogramowaniem...
Kapłan udowadniał drugiemu kapłanowi, że „Pan Jezus jest Ślązokiem, bo mo oma na Annabergu”.
Ksiądz pyta dzieci:
– Kochane dzieci, kto mi powie, co to jest pycha?
– Pycha to jest wtedy, gdy mama coś dobrego ugotuje! – szybko odpowiada uczeń.
Wszystkie sakramenty ustanowił sam Jezus Chrystus – mówi ksiądz proboszcz tytułem wprowadzenia do ewangelii o weselu w Kanie Galilejskiej.
– Jakimi słowami ustanowił sakrament małżeństwa? – zapytał uczniów.
Jedna z uczennic cokolwiek zakłopotana mówi:
– Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie a niewiastę.
Chłopiec na pierwszej spowiedzi:
– Pożądałem żonę bliźniego swego.
Kapłanowi aż głos odebrało:
– W tym wieku?!
– Tak – wyjaśnia penitent – bo robi lepsze naleśniki niż mama.
Na przerwie między lekcjami ksiądz pyta uczniów:
– Jaka jest najlepsza rada na pokusę?
– Najlepiej jej ulec – stwierdził jeden z uczniów.
– Trzeba jej ulec, bo może się więcej nie powtórzyć – dodał drugi.
Alumn Romuald Rak pyta kolegę Szczepana Rożka:
– Szczepon, a ty grosz na klawierze?
– Jo wola na stole – odpowiada zapytany – Na klawierze nie, bo karty się bardzo ślizgają.
Ksiądz Stanisław Maliński opowiada:
– Proszę księży, idę sobie kiedyś koło kina „Rialto”, a tam pod mostem siedzi niewidomy z żółtą opaską na rękawie i czyta gazetę. Nie wytrzymałem:
– Ależ panie kochany, tak nie można! Niewidomy, a czyta gazetę.
A on mi na to:
– Cy jo cytom? Jo sie ino obrazki oglądom.
Spotykają się przedstawiciele trzech wielkich religii i debatują nad wszechmocą Bożą.
Ksiądz mówi, że była wielka burza, wiatr łamał drzewa, a wtedy zwrócił się w modlitwie do Pana Boga i nagle wokół niego zapanował spokój, zaświeciło słońce.
Iman wychwala wszechmoc Allaha, opisując swoje przeżycie: „Jestem na pustyni. Nagle burza piaskowa, a ja wznoszę modlitwy do Allaha i nagle tam, gdzie stoję, piękna pogoda, słońce słowem cud”.
Rabin mówi: „To nic. Bóg w judaizmie jest wszechpotężny”. I opowiada: „Jest szabat. Wchodzę do synagogi, zauważyłem leżący portfel pełen banknotów dolarowych. Nie wolno mi się schylić i cokolwiek zrobić”. Wtedy wznoszę ręce do góry i słyszę głos Boga: „Szabat trwa wokół ciebie, a tu, gdzie stoisz, jest wtorek”.
Ks. Jan Górecki „Anegdoty z koloratką”
---
*) Ze względu na problemy ze sterownikami do w miarę nowego laptopa, są to próby wciąż nieudane, choć zrobiłem już wszystko zgodnie z zaleceniami z internetu. A preinstalowana Vista jest niezupełnie zgodna z wykorzystywanym oprogramowaniem...
wtorek, 27 maja 2008
Gdzie kończy się dla mnie HIP?
Cieszę się z nowego (no... sprzed tygodnia) zakupu płytowego – płyta nazywa się „The Last Concerts” W. A. Mozart Wien, 1791 i zawiera 27. Koncert fortepianowy B-dur K. 595, oraz Koncert klarnetowy A-dur (K. 622), w wykonaniu Freiburg Barockorchester pod kierunkiem Gottfrieda von der Goltza. Na klarnecie gra Lorenzo Coppola; a na pianoforte: Andreas Staier.
Właśnie! Pianoforte! Wymieniałem tytuł, wykonawców, a to o instrument chodziło. Choć może niezupełnie – bo cenie Andreasa Staiera. A o pianoforte chodzi mimo wszystko.
Otóż przywykłem do wykonań HIP (historically informed performance) w muzyce barokowej. Słuchanie Bacha, czy Handla w innym wykonaniu jest co prawda dla mnie czasami do przyjęcia, ale już nie zawsze. Z Vivaldim jest jeszcze gorzej... Ale, o ile dla baroku moje ucho przyjmuje HIP jako konwencje naturalną, to z klasykami wiedeńskimi już tak nie jest. A przynajmniej nie zawsze. Właściwie poza HIP nie wychodzę chyba tylko w Haydnie. U Beethovena odwrotnie – HIP to wciąż dla mnie ciekawostka. A Mozart jest gdzieś po środku.
Trudno mi przeprowadzić granicę – dokąd sięga dla mnie HIP. Tym bardziej, że wybitni wykonawcy tworzą także ciekawe realizacje muzyki romantycznej czerpiąc z tej konwencji. I też przynosi to dobre skutki – choć nie jest już głównym nurtem. Ale, przyjmując że granica przebiega, gdzieś przez twórczość Mozarta – przedtem będąc regułą, a później ciekawostką, to gdzie ona przebiega, konkretnie?
Opery? Nie robi mi to większej różnicy, choć wciąż nie przestaję się zachwycać tym jak Christie (w konwencji HIP) poprowadził „Uprowadzenie z seraju”. Symfonie? Także plus dla realizacji HIP. Pianistyka... No i tu się zaczyna problem...
Problemem jest dawne pianoforte. Otóż pianoforte solo jest już dla mnie ciekawostką. Rzadko słucham go dla zwykłej przyjemności; jeśli już to dla bardziej wymyślnej przyjemności – posmakowania bardziej egzotycznego brzmienia, odmiennego rozumienia muzyki. Jest lepiej z akompaniamentem pianoforte w operach. Ale gorzej, gdy przychodzi do koncertów fortepianowych... Bo czy pianoforte może brzmieć dobrze z orkiestrą? Zachowywać właściwą równowagę? Czasami w to wątpię – tak bywa, ale tylko bywa, w 27. Koncercie fortepianowym z dobrym Andreasem Staierem. Pianoforte wydaje się zbyt słabym, cichym instrumentem, by prowadzić dialog z orkiestrą. A może tylko nie jestem przyzwyczajony?
Bo dyskutując o HIP należałoby dobrze przyjrzeć się przyzwyczajeniom. Bo z jednej strony nowy fortepian jest lepszy od pianoforte z czasów Mozarta. Z drugiej strony, w muzyce nie tyle mamy postęp, co raczej ewolucję, gdzie każdy zysk okupiony jest jakąś stratą. Fortepian nabrał mocy, pewności, wypiękniał, ale stracił część dawnej subtelności i pewnej świeżości. Oczywiście wiele z tych określeń jest czysto subiektywnych – ale właśnie subiektywizm jest tu istotnym czynnikiem, zarówno podkreślając niejednoznaczność przemian, jak i niejednoznaczność ocen i potencjalne znaczenie przyzwyczajenia.
PS.
Zwrócono mi uwagę (ukłony dla Andrzeja), że granica między HIPem a wykonawstwem... tradycyjnym (chyba lepiej byłoby je nazwać postromantycznym, z uwzględnieniem wpływu Wagnera na wykonawstwo muzyki) jest płynna, bo oba style wpływają na siebie i przenikają się. To prawda. Niemniej nadal wcale często można doszukać się pewnych wzorców, czy elementów charakterystycznych -- takich jak specyficzne brzmienie pianoforte, o które chodziło mi w dzisiejszej notce.
Właśnie! Pianoforte! Wymieniałem tytuł, wykonawców, a to o instrument chodziło. Choć może niezupełnie – bo cenie Andreasa Staiera. A o pianoforte chodzi mimo wszystko.
Otóż przywykłem do wykonań HIP (historically informed performance) w muzyce barokowej. Słuchanie Bacha, czy Handla w innym wykonaniu jest co prawda dla mnie czasami do przyjęcia, ale już nie zawsze. Z Vivaldim jest jeszcze gorzej... Ale, o ile dla baroku moje ucho przyjmuje HIP jako konwencje naturalną, to z klasykami wiedeńskimi już tak nie jest. A przynajmniej nie zawsze. Właściwie poza HIP nie wychodzę chyba tylko w Haydnie. U Beethovena odwrotnie – HIP to wciąż dla mnie ciekawostka. A Mozart jest gdzieś po środku.
Trudno mi przeprowadzić granicę – dokąd sięga dla mnie HIP. Tym bardziej, że wybitni wykonawcy tworzą także ciekawe realizacje muzyki romantycznej czerpiąc z tej konwencji. I też przynosi to dobre skutki – choć nie jest już głównym nurtem. Ale, przyjmując że granica przebiega, gdzieś przez twórczość Mozarta – przedtem będąc regułą, a później ciekawostką, to gdzie ona przebiega, konkretnie?
Opery? Nie robi mi to większej różnicy, choć wciąż nie przestaję się zachwycać tym jak Christie (w konwencji HIP) poprowadził „Uprowadzenie z seraju”. Symfonie? Także plus dla realizacji HIP. Pianistyka... No i tu się zaczyna problem...
Problemem jest dawne pianoforte. Otóż pianoforte solo jest już dla mnie ciekawostką. Rzadko słucham go dla zwykłej przyjemności; jeśli już to dla bardziej wymyślnej przyjemności – posmakowania bardziej egzotycznego brzmienia, odmiennego rozumienia muzyki. Jest lepiej z akompaniamentem pianoforte w operach. Ale gorzej, gdy przychodzi do koncertów fortepianowych... Bo czy pianoforte może brzmieć dobrze z orkiestrą? Zachowywać właściwą równowagę? Czasami w to wątpię – tak bywa, ale tylko bywa, w 27. Koncercie fortepianowym z dobrym Andreasem Staierem. Pianoforte wydaje się zbyt słabym, cichym instrumentem, by prowadzić dialog z orkiestrą. A może tylko nie jestem przyzwyczajony?
Bo dyskutując o HIP należałoby dobrze przyjrzeć się przyzwyczajeniom. Bo z jednej strony nowy fortepian jest lepszy od pianoforte z czasów Mozarta. Z drugiej strony, w muzyce nie tyle mamy postęp, co raczej ewolucję, gdzie każdy zysk okupiony jest jakąś stratą. Fortepian nabrał mocy, pewności, wypiękniał, ale stracił część dawnej subtelności i pewnej świeżości. Oczywiście wiele z tych określeń jest czysto subiektywnych – ale właśnie subiektywizm jest tu istotnym czynnikiem, zarówno podkreślając niejednoznaczność przemian, jak i niejednoznaczność ocen i potencjalne znaczenie przyzwyczajenia.
PS.
Zwrócono mi uwagę (ukłony dla Andrzeja), że granica między HIPem a wykonawstwem... tradycyjnym (chyba lepiej byłoby je nazwać postromantycznym, z uwzględnieniem wpływu Wagnera na wykonawstwo muzyki) jest płynna, bo oba style wpływają na siebie i przenikają się. To prawda. Niemniej nadal wcale często można doszukać się pewnych wzorców, czy elementów charakterystycznych -- takich jak specyficzne brzmienie pianoforte, o które chodziło mi w dzisiejszej notce.
poniedziałek, 26 maja 2008
Dwa rodzaje świętych
“There are two sort of saints: the saints by nature, and the saints from fear. The saint by nature has a spontaneous love of mankind; he does good because to do so gives him happiness. The saint from fear, on the other hand, like the man who only abstains from theft because of police, would be wicked if he were not restrained by the thought of hell-fire or of his neighbours’ vengeance. Nietsche can only imagine the second sort of saint; he is so full of fear and hatred that spontaneous love of mankind seems to him impossible.”
Bertrand Russell “History of Western Philosophy and its Connection with Political and Social Circumstances from the Earliest Times to the Present Day”.
Tłumaczę (bez pretensji o szczególną wierność):
"Są dwa rodzaje świętych: święci z natury i święci ze strachu. Święty z natury cechuje się spontaniczną miłością do człowieka; czyni dobrze, ponieważ przynosi mu to szczęscie. Święty ze strachu, z drugiej strony, tak jak człowiek, który powstrzymuje się od kradzieży ze względu na policję, byłby grzesznikiem, gdyby nie powstrzymywały go myśli przed ogniem piekielnym, lub zemsta bliźnych. Nietzsche wyobrażał sobie jedynie ten drugi rodzaj świętych; był tak pełen strachu i nienawistny, że spotnaniczna miłość do człowieka wydawała mu się niemożliwa."
Nie, nie chodzi mi o Nietzschego. Ale chodzi mi o rzeczywiście dwie różne postawy. Tu oczywiście skrajne (ale świętość niejako z definicji jest skrajna, nieprawdaż?). Bo rzeczywiście, często spotykam ludzi, którzy uważają, że tylko jedna z nich jest możliwa. Weźmy taką ekstremalną sytuację z piątkowej wycieczki -- dwóch sąsiadów w podróży, byłych wyborców Samoobrony... Chociaż nie... to zbyt skrajny przypadek...
PS.
"Powiedział, że honor, l'honneur, nie może być podrzymywany przywilejami szkodliwymi dla toku służby, że honor, l'honneur, jest to bądź negatywne pojęcie nieczynienia czegokolwiek godnego potępienia, bądź pewnego rodzaju współzawodnictwo w celu zyskania aprobaty zwierzchności i nagród, które ją wyrażają."
Lew Tołstoj "Wojna i pokój" -- tak jakoś mi się skojarzyło...
Bertrand Russell “History of Western Philosophy and its Connection with Political and Social Circumstances from the Earliest Times to the Present Day”.
Tłumaczę (bez pretensji o szczególną wierność):
"Są dwa rodzaje świętych: święci z natury i święci ze strachu. Święty z natury cechuje się spontaniczną miłością do człowieka; czyni dobrze, ponieważ przynosi mu to szczęscie. Święty ze strachu, z drugiej strony, tak jak człowiek, który powstrzymuje się od kradzieży ze względu na policję, byłby grzesznikiem, gdyby nie powstrzymywały go myśli przed ogniem piekielnym, lub zemsta bliźnych. Nietzsche wyobrażał sobie jedynie ten drugi rodzaj świętych; był tak pełen strachu i nienawistny, że spotnaniczna miłość do człowieka wydawała mu się niemożliwa."
Nie, nie chodzi mi o Nietzschego. Ale chodzi mi o rzeczywiście dwie różne postawy. Tu oczywiście skrajne (ale świętość niejako z definicji jest skrajna, nieprawdaż?). Bo rzeczywiście, często spotykam ludzi, którzy uważają, że tylko jedna z nich jest możliwa. Weźmy taką ekstremalną sytuację z piątkowej wycieczki -- dwóch sąsiadów w podróży, byłych wyborców Samoobrony... Chociaż nie... to zbyt skrajny przypadek...
PS.
"Powiedział, że honor, l'honneur, nie może być podrzymywany przywilejami szkodliwymi dla toku służby, że honor, l'honneur, jest to bądź negatywne pojęcie nieczynienia czegokolwiek godnego potępienia, bądź pewnego rodzaju współzawodnictwo w celu zyskania aprobaty zwierzchności i nagród, które ją wyrażają."
Lew Tołstoj "Wojna i pokój" -- tak jakoś mi się skojarzyło...
niedziela, 25 maja 2008
Animula vagula blandula
Animula vagula blandula,
Hospes comesque corporis,
Quae nunc abibis in loca,
Pallidula rigida nudula,
Nec ut soles dabis iocos?
Polubiłem ten wiersz cesarza Hadriana. Ale z łaciną dzisiaj -- także moją -- jest źle. W związku z tym szukałem tłumaczeń. Ale, które jest dobre? Pierwsze znalazłem takie, nie znam tłumacza (zapewne zapomniałem wynotować, a teraz nawet nie wiem skąd je wziąłem...):
Duszyczko moja, tkliwa i ruchliwa,
Ciała gościu i wspólniczko,
Co pójdziesz teraz w ostępy ciemności,
Twarde i nagie, i pełne bladości,
A żartów stroić już zwykłych nie będziesz.
Potem znalazłem tłumaczenie Zygmunta Kubiaka:
Duszyczko, kochana wędrowniczko,
Ciała gościu i wspólniczko,
W jakie ty strony odejdziesz,
Bladziutka, naga, zziębnięta,
Gdzie żartować, jak zwykle nie będziesz.
A tak tłumaczy (prozą) Władysław Kopaliński:
Duszyczko ulotna, miła, gościu, druhu mego ciała, dokąd się wybierasz teraz, blada, smutna, zagubiona, bez swej dawnej wesołości?
PS.
Próbując ustalić dokładny tekst łaciński (bo spotkałem dwa warianty) natknąłem się na przekłady obcojęzyczne -- George Gordon Byron:
Ah! gengle, fleeting, wav'iring sprite,
Friend and associate of this clay!
To what unknown region borne
Wilt thou now wing thy distant flight?
No more with wonted humour gay,
But pallid, cheerless, and forlom.
Hospes comesque corporis,
Quae nunc abibis in loca,
Pallidula rigida nudula,
Nec ut soles dabis iocos?
Polubiłem ten wiersz cesarza Hadriana. Ale z łaciną dzisiaj -- także moją -- jest źle. W związku z tym szukałem tłumaczeń. Ale, które jest dobre? Pierwsze znalazłem takie, nie znam tłumacza (zapewne zapomniałem wynotować, a teraz nawet nie wiem skąd je wziąłem...):
Duszyczko moja, tkliwa i ruchliwa,
Ciała gościu i wspólniczko,
Co pójdziesz teraz w ostępy ciemności,
Twarde i nagie, i pełne bladości,
A żartów stroić już zwykłych nie będziesz.
Potem znalazłem tłumaczenie Zygmunta Kubiaka:
Duszyczko, kochana wędrowniczko,
Ciała gościu i wspólniczko,
W jakie ty strony odejdziesz,
Bladziutka, naga, zziębnięta,
Gdzie żartować, jak zwykle nie będziesz.
A tak tłumaczy (prozą) Władysław Kopaliński:
Duszyczko ulotna, miła, gościu, druhu mego ciała, dokąd się wybierasz teraz, blada, smutna, zagubiona, bez swej dawnej wesołości?
PS.
Próbując ustalić dokładny tekst łaciński (bo spotkałem dwa warianty) natknąłem się na przekłady obcojęzyczne -- George Gordon Byron:
Ah! gengle, fleeting, wav'iring sprite,
Friend and associate of this clay!
To what unknown region borne
Wilt thou now wing thy distant flight?
No more with wonted humour gay,
But pallid, cheerless, and forlom.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
