Krzykliwa okładka z czaszką i wulkanem zapowiada naukowy horror. Dobrze, że kupowałem na okładkę nie zwracając uwagi. W środku trudności są zupełnie inne niż zapowiedź kolejnej zagłady (choć kończąc autor i o działalności człowieka wspomina) – otóż, wbrew zapowiedziom z ostatniej strony, mamy tu trochę żargonu naukowego. Ale nie tyle by mnie zniechęcić. Wręcz przeciwnie – taka zmiana tematu wśród ostatnich lektur (że często cytuję, to nie muszę tłumaczyć, co czytam) była mi potrzebna.
Ewolucja i zagłada traktuje o wielkich wymieraniach, głównie „wielkiej piątce” wielkich wymierań, choć czym bliżej współczesności i tym więcej treści. Autor nie ulega popularnym teoriom (zwłaszcza nie lubi hipotezy „impaktu” – mimo, że zmuszony jest przyznać, iż w końcu kredy miał on pewne znaczenie), przeciwnie, stara się wyłuszczyć, co na ten temat wie nauka. A powiedzmy sobie szczerze – wie niewiele. Zresztą nie ma się czemu dziwić – czas niszczy świadectwa, a nawet tam gdzie są one obecne, utrudnia porównanie z przyrodą znaną z naszych czasów.
Wielkie wymierania okazują się trudnym tematem. Najpierw unikano takiego rozumienia, wskazują na stopniowość przemian w przeszłości Ziemi. Potem się okazało, że przynajmniej w czasie geologicznym, pewne wydarzenia zachodziły „nagle” (co nadal może oznaczać dziesiątki i setki tysięcy lat) – ale nagłość wcale nie jest utrudnieniem – wprost przeciwnie.
Nie wiemy niczego konkretnego. Zwykle wymiernia były związane ze zmianami poziomu morza –dokładniej z jego przyborem (tylko dwa wielkie wymierania z listy autora się z wyłamują z tego schematu), połączonym z – i to przyczyna zapewne ważniejsza – anoksją, czyli zmniejszeniem zawartości tlenu w wodzie. (Tu uwaga: takie zjawisko powinno w pierwszym rzędzie dotykać fauny i flory morskiej – i rzeczywiście, głównie badania dotyczą właśnie jej, co do reszty jest jeszcze trudniej.) Skąd się one wzięły nie wiadomo dokładnie – przyczyn mogło być kilka, od ruchów skorupy ziemskiej
(i jej wypiętrzania, lub odwrotnie), po zmiany klimatu.
Zmniejszanie się obszaru morskiego też może być przyczyną (jest związane np. z końcem kredy – czyli najsłynniejszym wielkim wymieraniem, które zabrało nam dinozaury); ale autor wymienia jeszcze zmiany klimatyczne (niezależnie od wpływu na poziom morza), oraz wulkanizm. Problem polega na tym, że wiele z tych zjawisk jest mniej lub bardziej spółczesnych i – jak można się przekonać – nie wpływały one znacząco na faunę i florę. (Jednak, jak przekonuje autor, „wielkie wymierania” to raczej przykład ekstremalny czegoś zwyklejszego – może więc większe skomasowanie, albo szybkość zmian?)
To co wiadomo najlepiej, to to, że giną głównie zwierzęta duże i dobrze wyspecjalizowane. Powody są proste – duże zwierze, oznacza jednocześnie dłuższy cykl reprodukcji, a więc i wolniejsze dostosowanie do zmian środowiska. Jednocześnie duże zwierze wymaga większego obszaru do życia -- tymczasem wymierania się wiążą zwykle z ograniczeniem miejsc dogodnych do przeżycia. Podobnie jest ze specjalizacją – największe szanse mają zwierzęta małe i ‘uniwersalne’ – jak choćby… szczury. To zresztą, że właśnie małe i uniwersalne były dawne ssaki miało im pomóc przetrwać
podczas wymierania dinozaurów.
Z tego punktu widzenia nasza przyszłość jest niepewna. Człowiek jest stworzeniem dużym, o wolnej wymianie pokoleń. Z drugiej strony wszędobylskim, dostosowującym się (częściowo dzięki technice) do bardzo różnych warunków. A to z kolei dobrze.
---
Tony Hallam Ewolucja i zagłada. Wielkie wymierania i ich przyczyny, tłum. Marcin Ryszkiewicz, Prószyński i S-ka, 2006
środa, 8 kwietnia 2009
wtorek, 7 kwietnia 2009
Klatki
W tęsknocie i ciężko szumiącym ogrodzie zoologicznym ludzie oglądają dla rozrywki dzikie zwierzęta, ciągnąć za sobą swoje własne przenośne więzienia. Niewidzialne na oko klatki ludzkie otaczają ofiary nieprzeniknioną aurą. Jakby palisadą żelazną.
Oto klatka małżeńska: pięcioro w niej tkwi. Stoją przed tapirem, odrutowani, otępieni.
Dzieci, młode, pokrzykują nerwowo.
Urodziły się w moralnej niewoli.
Tam znowu uczeń, zgarbiony, przepracowany, posuwa się w klatce szkolnej, w klatce tresury. Ogląda ptaki egzotyczne.
Siedzi na ławce panna, w klatce próżności. Srebrny list, niepotrzebnie w upalny dzień narzucony na szyję, wyciągniętą jak przed nie istniejącym lustrem, i powłóczyste spojrzenie. Trzewiczki, naturalnie, za ciasne. Stąd smutek w oku.
Opodal, ramie w ramię, stoi para narzeczonych w dobrowolnej klatce miłości. Klatka niewidzialnymi różami obrośnięta, zamki podwójne. Będą w niej pocałunki, potem przykre nieporozumienia, wreszcie dzikie awantury. Będzie drżała od wstrząsających nią ramion stęsknionego za wolnością jednego z nich dwojga.
Piękny park, piękny zwierzyniec.
Ciągną klatki przesądów, głupoty, ubóstwa, bogactwa. Uderzają o siebie, brzękają z cicha. Twarze ludzi – jakże przygasłe, obojętne.
Patrzą, nie widząc. Wymijają po tygrysiemu wzrok obserwatora, który zawsze i wszędzie znajduje się, nieporuszony.
Maria Pawlikowska-Jasnorzewska ze Szkicownika poetyckiego (1939) (z tomu Być kwiatem?..., Świat Książki 2007
(Idea ludzkich klatek spodobała mi się, ale miałem też pewne poczucie siłowości w jej eksploatowaniu. Jednak cytuję i przesyłam Wam ze swojej przykomputerowej klatki.)
Oto klatka małżeńska: pięcioro w niej tkwi. Stoją przed tapirem, odrutowani, otępieni.
Dzieci, młode, pokrzykują nerwowo.
Urodziły się w moralnej niewoli.
Tam znowu uczeń, zgarbiony, przepracowany, posuwa się w klatce szkolnej, w klatce tresury. Ogląda ptaki egzotyczne.
Siedzi na ławce panna, w klatce próżności. Srebrny list, niepotrzebnie w upalny dzień narzucony na szyję, wyciągniętą jak przed nie istniejącym lustrem, i powłóczyste spojrzenie. Trzewiczki, naturalnie, za ciasne. Stąd smutek w oku.
Opodal, ramie w ramię, stoi para narzeczonych w dobrowolnej klatce miłości. Klatka niewidzialnymi różami obrośnięta, zamki podwójne. Będą w niej pocałunki, potem przykre nieporozumienia, wreszcie dzikie awantury. Będzie drżała od wstrząsających nią ramion stęsknionego za wolnością jednego z nich dwojga.
Piękny park, piękny zwierzyniec.
Ciągną klatki przesądów, głupoty, ubóstwa, bogactwa. Uderzają o siebie, brzękają z cicha. Twarze ludzi – jakże przygasłe, obojętne.
Patrzą, nie widząc. Wymijają po tygrysiemu wzrok obserwatora, który zawsze i wszędzie znajduje się, nieporuszony.
Maria Pawlikowska-Jasnorzewska ze Szkicownika poetyckiego (1939) (z tomu Być kwiatem?..., Świat Książki 2007
(Idea ludzkich klatek spodobała mi się, ale miałem też pewne poczucie siłowości w jej eksploatowaniu. Jednak cytuję i przesyłam Wam ze swojej przykomputerowej klatki.)
poniedziałek, 6 kwietnia 2009
Spojrzenia
Ówczesne kroniki wspominają o tej scenie bardzo pobieżnie, nie podając żadnych szczegółów. A przecież bardzo byśmy chcieli wiedzieć, jak odbyła się ceremonia, w jakich dekoracjach, w obecności jakich baronów Alienor dopełniła wymaganego obrzędu i włożyła kruchą dłoń starej damy w twarde dłonie króla, który mógłby być jej synem. Ale łatwo nam domyślić się, jakie spojrzenie wymieniło tych dwoje ludzi, gdy ona podniosła się, ucałowawszy, zgodnie z obyczajem, jego rękę.
Regine Pernoud Alienor z Akwitanii (tłum. Eligia Bąkowska) PIW 1980
Było kiedyś o bajkopisarstwie Paula Murraya Kendalla. Tymczasem tu, czytając, miałem podobne wrażenie – po 238 stronach biografii Eleonory Akwitańskiej miałem wrażenie, że ową starą damę znam, że w spojrzeniu musi się zawierać jej życiowa droga – płocha młodość u boku Ludwika VII, sukcesy i spętanie u bogu Henryka II, wzlot i śmierć ukochanego syna href=http://pl.wikipedia.org/wiki/Ryszard_I_Lwie_Serce>Ryszarda, gdy już skutecznie i odpowiedzialnie rządziła państwem. Może trudniej było wypowiadać się za króla Filipa, ale i on musiał to wiedzieć…
Ale, wróć! Poddałem się przecież jedynie pewnej sugestii płynącej z faktu lektury biografii (konkretnej biografii). Podczas lennego hołdu jego bohaterowie nie musieli myśleć jak ja. Nie tylko nie musieli – zapewne pochłaniały ich bardziej aktualne tematy niż droga życiowa Eleonory Akwitańskiej, polityka, zdrowie, wymogi rytuału. Aż się sam sobie dziwię, że dałem się zasugerować.
Regine Pernoud Alienor z Akwitanii (tłum. Eligia Bąkowska) PIW 1980
Było kiedyś o bajkopisarstwie Paula Murraya Kendalla. Tymczasem tu, czytając, miałem podobne wrażenie – po 238 stronach biografii Eleonory Akwitańskiej miałem wrażenie, że ową starą damę znam, że w spojrzeniu musi się zawierać jej życiowa droga – płocha młodość u boku Ludwika VII, sukcesy i spętanie u bogu Henryka II, wzlot i śmierć ukochanego syna href=http://pl.wikipedia.org/wiki/Ryszard_I_Lwie_Serce>Ryszarda, gdy już skutecznie i odpowiedzialnie rządziła państwem. Może trudniej było wypowiadać się za króla Filipa, ale i on musiał to wiedzieć…
Ale, wróć! Poddałem się przecież jedynie pewnej sugestii płynącej z faktu lektury biografii (konkretnej biografii). Podczas lennego hołdu jego bohaterowie nie musieli myśleć jak ja. Nie tylko nie musieli – zapewne pochłaniały ich bardziej aktualne tematy niż droga życiowa Eleonory Akwitańskiej, polityka, zdrowie, wymogi rytuału. Aż się sam sobie dziwię, że dałem się zasugerować.
niedziela, 5 kwietnia 2009
O zaletach kultu bredni
Najfantastyczniejszy kult bredni panuje wśród dzieci. Jak wiadomo, są to istoty, które w ogóle prawdy i faktycznego stanu rzeczy nie uznają. Przyjdzie taki pędrak do drugiego i zaproponuje mu, żeby został koniem – proszę! Ten już rży i parska, wierzga i bryka, a tamten jest furmanem. Kawałek sznurka, który jeden drugiemu zarzucił na ramiona, wystarczy, żeby stworzyć smarkatego centaura (człekonia). Nikt mu nie wytłumaczy, gdy pędzi „zaprzężony”, że jest Jasiem lub Stasiem. Jest bowiem Bucefałem lub Pegazem, ewentualnie dorożkarską szkapą. Dziecko, nawet współczesne (anno radio, kino, auto, kilo, foto i moto), nie obejdzie się bez bajki, złudy, wymysłu i czarodziejstwa. Biada niemądrym rodzicom, którzy by swe dzieci wychować chcieli rzeczowo, logicznie, realnie, „zgodnie z obecnym stanem wiedzy”, prostując ich fantastyczne o świecie i otaczających przedmiotach pojęcia! Pociecha wyrośnie na kretyna, na złego, tępego kretyna. Chłopiec, któremu by zaczęto tłumaczyć, że chociaż pędzi w szpagatowej uprzęży, to jednak nie jest koniem, choćby się dał przekonać, nigdy nie będzie szczęśliwy. Nawet posady dobrej nie dostanie. A już na pewno ani prochu nie wymyśli, ani Ziemi nie wstrzyma i nie ruszy Słońca, ani Pana Tadeusza nie napisze, ani wyżej wzmiankowanej wiedzy luminarzem nie będzie. Straszne to myśli: dziecko z tzw. zdrowym rozsądkiem i trzeźwym na świat patrzeniem. Maleństwo się rodzi, po pewnym czasie zaczyna mówić – i od razu, bez przygotowania, mówi nieprawdę. To znaczy, że fantastyka jest zjawiskiem przyrodzonym. Potem dopiero głupiejemy, my, smutni dorośli ludzie.
Julian Tuwim (w Antoni Słonimski, Julian Tuwim W oparach absurdu, ISKRY 2008)
1. No tak, co ma powiedzieć dziecko wychowane na „Sondzie”?
2. Bucefał? Pegaz? No dobrze, co to jest Pegaz, to jeszcze średnie pokolenie wie, bo pamięta czołówkę telewizyjną. Ale Bucefał – to nie dla dzieci, zdecydowanie. A poza tym, gdzie dziecko ma widzieć konia? To dopiero absurd! Dzisiaj, gdy się dziecku za proponuje by było koniem, to może zacznie udawać Romana Giertycha – ale nie dziecko z każdego domu. Gdyby zaproponować zostanie bolidem Kubicy – o, to co innego! (Oczywiście bolidu sprawnego, a nie z palącym się silnikiem!)
Julian Tuwim (w Antoni Słonimski, Julian Tuwim W oparach absurdu, ISKRY 2008)
1. No tak, co ma powiedzieć dziecko wychowane na „Sondzie”?
2. Bucefał? Pegaz? No dobrze, co to jest Pegaz, to jeszcze średnie pokolenie wie, bo pamięta czołówkę telewizyjną. Ale Bucefał – to nie dla dzieci, zdecydowanie. A poza tym, gdzie dziecko ma widzieć konia? To dopiero absurd! Dzisiaj, gdy się dziecku za proponuje by było koniem, to może zacznie udawać Romana Giertycha – ale nie dziecko z każdego domu. Gdyby zaproponować zostanie bolidem Kubicy – o, to co innego! (Oczywiście bolidu sprawnego, a nie z palącym się silnikiem!)
sobota, 4 kwietnia 2009
Wciągnąć do rejestru
W sentencji wyroku powiedziano: „W Japonii jest takie stare powiedzenie, że nie może pod jednym niebem żyć mężczyzna wraz z zabójcą ojca, matki, pana lub starszego brata. Jeżeli mężczyzna chce zabić takiego mordercę, musi najpierw zawiadomić o tym Hyojosho i określić, musi to w ciągu ilu dni i miesięcy spodziewa się swój zamiar wykonać, musi to być bowiem wciągnięte do rejestru urzędu. Jeżeli zabije mordercę bez takiego uprzedzenia, sam będzie traktowany jak zwykły morderca”.
Jolanta Tubielowicz Historia Japonii, Ossolineum 1984
---
Dodam, że chodzi o słynną sprawę 47 roninów, mścicieli Asano Naganoriego, którzy zabili Kirę Yoshinakę. Sprawa nie była prosta – czyn roninów raczej uchodził za etycznie właściwy (samuraj powinien pomścić swego pana), ale jednak był szkodliwy dla porządku publicznego. I to rozdwojenie w cytowanej sentencji widać.
Jolanta Tubielowicz Historia Japonii, Ossolineum 1984
---
Dodam, że chodzi o słynną sprawę 47 roninów, mścicieli Asano Naganoriego, którzy zabili Kirę Yoshinakę. Sprawa nie była prosta – czyn roninów raczej uchodził za etycznie właściwy (samuraj powinien pomścić swego pana), ale jednak był szkodliwy dla porządku publicznego. I to rozdwojenie w cytowanej sentencji widać.
piątek, 3 kwietnia 2009
Wczoraj sejm sie obradzał
Wczoraj znów walny sejm się obradzał. Przyszło dużo różnych mężczyzn. Wszyscy zasiedli w wielkiej sali na fotelach, a kilku na takim podwyższeniu jak estrada. I potem taki jedne, siwy już, powiedział do tych, co siedzą na sali, że on otwiera posiedzenie. To zaraz wyszedł z tych fotelów jeden brunet i powiedział do innych, że on chce, żeby rząd dał pieniądze, bo bez pieniędzy żadne życie. I tak długo mówił , a tamci to słuchali i tak kiwali głowami, że niby oni też nie mają forsy. A ten siwy to kręcił w palcach ołówek i miał taki dzwonek i czasem sobie dzwonił i wszyscy się śmieli. Potem to ten brunet wrócił na swoje krzesło, a wyszedł jeden Żyd i tak krzyczał na Polaków, że co oni sobie myślą. No dobrze. I jak skończył, to zaraz wstał ksiądz i dobrze mu nagadał. A potem to wyszedł jeden oficer i mówił o sołdatach, że oni są dobrzy. To wszyscy krzyczeli: „Wiwat! hura!”. A potem mówił taki starszy elegancki człowiek i mówił – że chłopy chcą zabrać ziemię. Te chłopy mu krzyczeli, że on sam jest złodziej, to po co się czepia. A on – nic, tylko dalej swoje. Na to ten siwy wstał i zaczął wołać: „Co to jest?” Więc chłopy się uspokoiły i tylko jeden się odgrażał. A jak siwy powiedział, że zamyka posiedzenie, to wszyscy wstali i zaczęli lecieć do drzwi. Byczo było!
Antoni Słonimski, Julian Tuwim W oparach absurdu, ISKRY 2008 (z 1 kwietnia 1922)
To tyle aktualności politycznych.
Antoni Słonimski, Julian Tuwim W oparach absurdu, ISKRY 2008 (z 1 kwietnia 1922)
To tyle aktualności politycznych.
czwartek, 2 kwietnia 2009
Podelegacyjnie
Tym razem nie zapowiadałem absencji – pamiętając, jak skończyła się poprzednia zapowiedź. Choć akurat tym razem byłem pewny, że do Internetu się nie podłączę.

Odkładając do plecaka: W oparach absurdu
Cóż tu pisać? Nawet ból niewymowny braku przypisów w Nowych Wiadomościach Literackich z 1 kwietnia 1936 roku nie napina szelek. Absurd nasz niepowszedni niczym balonik napełnił się w prima aprilis, zdejmując ciężar wzroku z przytorowych sarenek. Ufff… Sarenki dziękują panom Antoniemu S. i Julianowi T. Dowody wdzięczności zajęła prokuratura.

Bananowiec (na drugim planie, rzecz jasna). Można się częstować. (Wydział Biologii UAM, kampus Morasko.)
Morasko robi wrażenie. Choćby dlatego, że znane mi z regionu rozbudowy zwykle wciskają się w miasto, a nie w las. Nawet jeśli las, gdzieś jest. Akademia Muzyczna też niczego sobie – przynajmniej z zewnątrz (w przeciwieństwie do budynków kompleksu Moraska nie wchodziłem).

Swoją drogą, w grudniu słyszałem opowieść o tym, że państwo ma za dużo pieniędzy. I nie ma ich na co wydawać (z przykładami, planowania inwestycji na przyszłe lata już, byle wydać, bo przecież darowane…). Odnoszę wrażenie, że z punktu widzenia „góry” hierarchia ważności jest następująca: budynki, instytucje, ludzie i sprzęt na którym pracują. (Może jeszcze coś po środku.) No cóż, budynkiem można się pochwalić jako swoim sukcesem, a tym co w ludzkich głowach się zmieni, już nie bardzo.

(I dlaczego oni szukają kociaka na Opolszczyźnie? Zły adres!)

Malarz malujący akt na wystawie. A właściwie chwilowo schylający się po coś…
Rogalików św. Marcina nie kupiłem. Prima aprilis to nie jest właściwa data. A może powinienem? Jakoś nie uprawiałem turystyki cukierniczej. Może powinienem zacząć?

Odkładając do plecaka: Ostatni poganie
Pierre Chuvin zarysował bardzo ciekawy temat, ale po lekturze wcale nie byłem mądrzejszy niż przed. Bo na dobrą sprawę, co znaczy poganin? (Pierre Chuvin wskazuje na hipotezę, że chodziło o ‘miejscowych’, którzy identyfikują się z lokalna tradycją, bo chrześcijaństwo było w znacznej mierze napływowe – ale przecież i sam nie mierzy jego trwania na podstawie statystyk migracji.) Z tym jest problem, zwłaszcza gdy poganom nie wolno składać ofiar i modlić się publicznie. Jak jeszcze można ukazywać trwale i ku pamięci potomnych, własne przekonania religijne? Wszystko to, jak elementy dawno rozbitej układanki – coś wiemy, o magii zwłaszcza, bo ona była wyrazista (choć i autor ma rację, że jednocześnie żałośnie nieporadna i kompromitująca dla własnych wyznawców); coś wiemy o uroczystościach i świętach (ale te mają często tradycję dłuższą – jak wywodzi autor, Izyda w Katanii stała się św. Agatą, ku niezmąconej radości świętujących 5 lutego); coś wiemy o gustach literackich i odwołaniach do grecko-rzymskiej klasyki; coś wreszcie wiemy o chłopach, którzy długo jeszcze stosowali dawne rytuały (choć już bez świątyń i zorganizowanego kultu). To jednak nie daje przekonującego obrazu umierającej religii i filozofii.
---
Pierre Chigin Ostatni poganie (tłum. Joanna Stankiewicz-Prądzyńska) Czytelnik 2008

A młodzież niezmotoryzowana przekonuje, że można używać słów na k… i na ch…, kompletnie bez agresji, bez złości, nawet nie po to by uwolnić demony irytacji, ale po prostu, z przyzwyczajenia.
Odkładając do plecaka: W oparach absurdu
Cóż tu pisać? Nawet ból niewymowny braku przypisów w Nowych Wiadomościach Literackich z 1 kwietnia 1936 roku nie napina szelek. Absurd nasz niepowszedni niczym balonik napełnił się w prima aprilis, zdejmując ciężar wzroku z przytorowych sarenek. Ufff… Sarenki dziękują panom Antoniemu S. i Julianowi T. Dowody wdzięczności zajęła prokuratura.
Bananowiec (na drugim planie, rzecz jasna). Można się częstować. (Wydział Biologii UAM, kampus Morasko.)
Morasko robi wrażenie. Choćby dlatego, że znane mi z regionu rozbudowy zwykle wciskają się w miasto, a nie w las. Nawet jeśli las, gdzieś jest. Akademia Muzyczna też niczego sobie – przynajmniej z zewnątrz (w przeciwieństwie do budynków kompleksu Moraska nie wchodziłem).
Swoją drogą, w grudniu słyszałem opowieść o tym, że państwo ma za dużo pieniędzy. I nie ma ich na co wydawać (z przykładami, planowania inwestycji na przyszłe lata już, byle wydać, bo przecież darowane…). Odnoszę wrażenie, że z punktu widzenia „góry” hierarchia ważności jest następująca: budynki, instytucje, ludzie i sprzęt na którym pracują. (Może jeszcze coś po środku.) No cóż, budynkiem można się pochwalić jako swoim sukcesem, a tym co w ludzkich głowach się zmieni, już nie bardzo.
(I dlaczego oni szukają kociaka na Opolszczyźnie? Zły adres!)
Malarz malujący akt na wystawie. A właściwie chwilowo schylający się po coś…
Rogalików św. Marcina nie kupiłem. Prima aprilis to nie jest właściwa data. A może powinienem? Jakoś nie uprawiałem turystyki cukierniczej. Może powinienem zacząć?
Odkładając do plecaka: Ostatni poganie
Pierre Chuvin zarysował bardzo ciekawy temat, ale po lekturze wcale nie byłem mądrzejszy niż przed. Bo na dobrą sprawę, co znaczy poganin? (Pierre Chuvin wskazuje na hipotezę, że chodziło o ‘miejscowych’, którzy identyfikują się z lokalna tradycją, bo chrześcijaństwo było w znacznej mierze napływowe – ale przecież i sam nie mierzy jego trwania na podstawie statystyk migracji.) Z tym jest problem, zwłaszcza gdy poganom nie wolno składać ofiar i modlić się publicznie. Jak jeszcze można ukazywać trwale i ku pamięci potomnych, własne przekonania religijne? Wszystko to, jak elementy dawno rozbitej układanki – coś wiemy, o magii zwłaszcza, bo ona była wyrazista (choć i autor ma rację, że jednocześnie żałośnie nieporadna i kompromitująca dla własnych wyznawców); coś wiemy o uroczystościach i świętach (ale te mają często tradycję dłuższą – jak wywodzi autor, Izyda w Katanii stała się św. Agatą, ku niezmąconej radości świętujących 5 lutego); coś wiemy o gustach literackich i odwołaniach do grecko-rzymskiej klasyki; coś wreszcie wiemy o chłopach, którzy długo jeszcze stosowali dawne rytuały (choć już bez świątyń i zorganizowanego kultu). To jednak nie daje przekonującego obrazu umierającej religii i filozofii.
---
Pierre Chigin Ostatni poganie (tłum. Joanna Stankiewicz-Prądzyńska) Czytelnik 2008
A młodzież niezmotoryzowana przekonuje, że można używać słów na k… i na ch…, kompletnie bez agresji, bez złości, nawet nie po to by uwolnić demony irytacji, ale po prostu, z przyzwyczajenia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
