niedziela, 10 maja 2009

Kwiaty w krzywonosie

Dzisiaj przerywnika operowego nie będzie. Owszem, ostatnio często w niedziele sobie leniuchuję zamiast przygotowywać fotosy i doprawiać je tekstem – tym razem jednak zostałem zdopingowany do odkurzenia dawno nie oglądanej opery i nawet było blisko. Ale – wybrałem się na koncert i na fotosy zabrakło mi czasu. Może za tydzień.


Koncertu opisywać nie będę – chciałem Wam tylko pokazać pewne zdjęcie (niestety, warunki przekraczały możliwości mojego aparatu, stąd zdjęcie jest nieostre), oto kwiaty wstawione do krzywonosa:


darmowy hosting obrazków


(Na marginesie koncertu jednak pewna drobna uwaga – otóż jeśli chrapiecie, proszę, nie przysypiajcie na koncertach. Dzisiaj szczęśliwie koncert kończył Marsz weselny ze Snu nocy letniej Mendelssohna i pan, który przysnął na Intermezzu, zdołał się obudzić. Ale nie zawsze autorzy programu biorą to pod uwagę!)


(Ale, nie wypada mi się śmiać – sam wczoraj miałem taki przypadek, że po pierwszych taktach III części VI Symfoniiczęści IV… Szczęśliwie było to na CD, a nie w sali koncertowej.)


I jeszcze jedno zdjęcie – przy okazji wizyty w Decymber Palace obejrzałem fotografie Miriam Petranovej z cyklu My celebrities, które mi się tak spodobały, że kupiłem kartki celem rozesłania. Ktoś chce? Jeszcze mam – wystarczy przesłać mi własne namiary pocztowe. A przykład (Billy Idol*) poniżej:


darmowy hosting obrazków

---
*) z opisem: typowa punk rockowa instrumentalizacja / emanuje charyzmą Billy'ego Idola i zawiera wiele żądlących punktów.

sobota, 9 maja 2009

Pan Bóg ma prawo

Pan Bóg ma prawo nie chcieć mieć za swoich wyznawców ludzi głupich.
Głupich to znaczy takich, którzy sobie wybrali głupotę, wybrali swoją ciasnotę, którzy chcą mieć fides bez quaerens intellectum. Którzy chcą oswajać z zamkniętymi oczami – bo rozum to nasze otwarte oczy. Wyobrażasz sobie, jak można oswoić innego, zmuszając siebie i jego do zamknięcia oczu? Przecież co chwilę będziecie się zderzać!

Ks. prof. Józef Tischner w Ks. Józef Tischner, Jacek Żakowski Tischner czyta Katechizm, Znak 2000

Kupiłem dawno, ale jakoś książka zgubiła się na mojej półce i dopiero teraz wypłynęła. Czytam więc. I się dziwię. Ks. prof. Józef Tischner mówi o rewolucji kopernikańskiej w religii (de facto w Kościele), jaką wnosi Katechizm. I ja wciąż mam wrażenie, że to książka z przyszłości, albo z innego Kościoła. (Jak choćby tu.)

piątek, 8 maja 2009

Motywy pogańskie

Wiele motywów pogańskich przeszło z jednej religii do drugiej – wystarczy przypomnieć wizerunek skarabeusza pchającego przed sobą kulkę z zaschniętego krowiego gnoju. Dla starożytnych Egipcjan kulka ta symbolizowała czerwoną kulę wschodzącego słońca, a żuk – demiurga „który narodził się sam z siebie”. Późne pogaństwo przejęło ten symbol tym chętniej, że uznawało, iż ten rodzaj chrząszczy istnieje tylko w rodzaju męskim… Ale termin grecki „urodzony sam z siebie” (monogenez) znaczy również w przypadku Chrystusa „jednorodzony” i w kazaniach chrześcijańskich skarabeusz stał się symbolem Odkupiciela, który „pchał błoto naszego ciała, dotąd bezkształtnego i nieruchawego, na ścieżkę cnoty”, „który podniósł biedaka z kupy gnoju”. Żaba, „zrodzona ze szlamu rzecznego”, najpierw w formie kijanki, służyła do ilustracji pojęcia „zmartwychwstania”, według tego, co mówił hierogramatyk Chairemon, jeden z preceptorów Nerona, a dwie z licznie zachowanych lamp w formie tego zwierzęcia zawierają inskrypcję: „ja jestem zmartwychwstaniem”. Horapollon, myśląc o kijankach, czyni je symbolem „istoty ludzkiej” nieuformowanej. Co do chrześcijan, których przekonanie o zmartwychwstaniu
miał tę dobrą stronę, że rozwiązywało problem wielkich kosztów związanych z balsamowaniem zwłok, mogli oni również posługiwać się tym bardzo popularnym symbolem. Czy to w hieroglifach Horapollon, ostatni hierogramatyk, wyczytał, że nadszedł moment, by pójść za Chrystusem? W każdym razie przeszedł na chrześcijaństwo z własnej woli, podczas gdy Syryjczyk Damaskios wciąż trwał przy starych wierzeniach.

Pierre Chigin Ostatni poganie (tłum. Joanna Stankiewicz-Prądzyńska) Czytelnik 2008

środa, 6 maja 2009

Na wyższym poziomie

1-45
Pewien szermierz, gdy się zestarzał, powiedział: „Przez całe życie uczymy się, przechodząc kolejne etapy. Na samym dole uczymy się, ale nic z tego nie wychodzi. Myślimy, że jesteśmy do niczego. Inni też są tego zdania. Na tym etapie nie ma z nas pożytku. Na poziomie średnim też jeszcze jesteśmy nieużyteczni, ale dostrzegamy własne braki, widzimy też braki innych. Na wyższym poziomie możemy być dumni ze swych uczynków, cieszymy się, gdy inni nas chwalą, widzimy też ludzkie ułomności. I jeszcze wyżej, na kolejnym poziomie, nie zdradzamy się ze swoją wiedzą. Ludzie widzą nasze mistrzostwo. Zazwyczaj jest to kres naszej drogi. A gdy uda się nam wejść jeszcze wyżej, jest tam poziom, gdzie Droga się urywa. Jeśli zapuścimy się w Drogę dostatecznie głęboko, w końcu dostrzeżemy rzeczy nieskończone i nie myślimy już, że doszliśmy do kresu. Dobrze już znamy własne niedostatki, nie uważamy naszego życia za zrealizowane w pełni, nie ma w nas ani pychy, ani przesadnej skromności”. Mistrz Ygyau powiedział kiedyś: „Nie znam drogi do przezwyciężania innych, lecz poznałem drogę do zwycięstwa nad sobą. Skoro staliśmy się lepsi niż wczoraj, od jutra zacznijmy się doskonalić; przez całe życie, dzień po dniu, trzeba dążyć do perfekcji. To też nie kończy się nigdy”.

Yamamoto Jōchō Hagakure (Ukryte wśród liści) tłum. Krystyna Okazaki, (w Estetyka japońska, t. 3, pod red. Krystyny Wilkoszewskiej, Universitas, Kraków 2005)

wtorek, 5 maja 2009

Nad ich głowami zawiązało się tajne porozumienie

Gdy czytamy relację Jana z Efezu, kusi nas, żeby porównać te wydarzenia na przykład z buntem w Stambule, kiedy to janczarzy domagali się od sułtana głowy wielkiego wezyra, albo – by przenieść się do czasów jeszcze nam bliższych – do prześladowań Ormian w końcu XIX wieku czy Greków w roku 1954. Błędem jednak byłoby przypisywać je, tak jak i męczeństwo Hypatii z Aleksandrii, jakiemuś determinizmowi geograficznemu czy „klimatycznemu”. Fanatyzm religijny nie ma nic wspólnego z szerokością geograficzną ani z rasą, nie ma nawet wiele wspólnego z religią w imieniu której działa. Trzeba podkreślić, że chrześcijańskie masy w Bizancjum były oburzone arystokratycznym charakterem pogaństwa. Chrześcijanie mieli wrażenie, że nad ich głowami zawiązało się tajne porozumienie jakichś wielmożów, co było dla nich nieznośne, tym bardziej że nie bardzo wiedzieli, jak na nie zareagować. Porozumienie to, jak się okazało, nie przyniosło radykalnej zmiany, więc krwawe egzekucje szybko położyły mu kres. Pogaństwo ludzi wpływowych zaś korzystało z poparcia ludu, ale tylko w prowincjach oddalonych od centrum, w którym znajdowała się władza, w wyizolowanej Dolinie Bekaa, w Osroene – Edessa była z pewnością miastem chrześcijańskim, lecz leżała blisko Harranu i tamtejszego skupiska niepoprawnych pogan.
Pierre Chigin Ostatni poganie (tłum. Joanna Stankiewicz-Prądzyńska) Czytelnik 2008

Prześladowania Ormian kojarzą mi się już z XX wiekiem, ale to akurat drobiazg, jeśli chodzi o znaczenie dla cytowanego fragmentu. Czy autor ma rację? Zapewne częściowo tak – ale chyba trochę za prosto rozprawia się z tematem. Podejrzliwość, zawiść – zapewne. Ale też odwołanie się do poczucia wspólnoty – w tym przypadku destrukcyjnego. (A Hypatia to jeszcze inny przypadek, przynajmniej jak jej męczeństwo opisuje Pierre Chingin – to wynik osobistego pojedynek dwóch (chrześcijańskich) zarządców Aleksandrii – świeckiego i kościelnego, doprowadzając do morderstwa Hypatii, ten drugi. mógł uczynić swoisty przytyk temu pierwszemu. Co nie przeszkodziło mu zostać świętym.)

PS.
Jakoś się nie mogłem do tej notki przemóc i leżała ona wśród gotowych do umieszczenia od jakiegoś czasu. Ale mowa Prezydenta w niedzielę przypomniała mi, że czas najwyższy.

niedziela, 3 maja 2009

Madrygałowy przerywnik od świętowania i Mahlera

Słucham Gustava Mahlera, ale że sięgnąłem i po inne posiadane nagraniach symfonii, to zajmuje mi to bardzo dużo czasu. Zresztą, weźmy sześć nagrań 2. Symfonii, po powiedzmy 80 minut jedno… Tak więc szukałem odskoczni, a Basia zobowiązała do słuchania ku jej czci madrygałów, więc wybór był dość oczywisty. No, może nie zupełnie – nie wróciłem bowiem do Całego tego Monteverdiego, ale do wcześniejszego DVD Fagiolinich: L’Amfiparnaso - komedii madrygałowej Orazio Vecchiego.

darmowy hosting obrazków
I Fagiolini.

Ta produkcja to kompletne przeciwieństwo operowych filmów – mamy bardzo skromny spektakl, półamatorski w gruncie rzeczy (nie mówię o śpiewie i narracji). Za całą scenografię służy jedna uniwersalna ścianka, oraz wywieszony z tyłu ekran z uliczką dawnego miasta. Do tego maksymalnie (nie licząc jednej sceny) troje śpiewaków przekwalifikowanych w aktorów (szczęśliwe maski i nawiązania do formy comedia dell’arte, nie wymagało od nich szczególnych umiejętności). I narrator.

darmowy hosting obrazków
Tak to wygląda – z lewej śpiewacy, na scenie ‘aktorzy’ – osoba grająca nie śpiewa. Z prawej chyba ramię narratora.

I narrator to mocny punkt produkcji – Simon Callow odczytuje wcześniej (dla słuchaczy, przede wszystkim) wierszowane streszczenia kolejnych scen-madrygałów. Bo faktycznie jeden madrygał to jedna scena – z wyjątkiem fragmentu, gdzie zadufany doktor, zalecający się do pięknej Izabelli, stara się zaśpiewać madrygał, co stanowi część sceny – zresztą tam Orazio Vecchi przerabia madrygał Cipriano de Rore.

darmowy hosting obrazków
Simon Callow czyta.

I tak wygląda ten spektakl – śpiewacy śpiewają z boku sceny (czasami musi zajść zmiana w obsadzie wśród ‘aktorów’, gdyż śpiewak jest akurat potrzebny do wykonania madrygału), ‘aktorzy’ odgrywają sceny, a Simon Callow czyta. W realizacji na DVD mamy kilka madrygałów zrealizowanych jak proste teledyski – nagrano je (nie śpiew, rzecz jasna) w parku.

darmowy hosting obrazków

W swoim czasie bardzo ten spektakl mi się podobał – madrygałów zwykle słuchacz ‘nie rozczytuje’, a nawet jeśli, to nie zawsze wykonawcy dbają o podkreślenie ich treści. Tutaj mamy treść (banalną historyjkę o Izabelli, córce Pantalona, którą paru chce mieć za żonę, podczas gdy ona nie wie, czy jej ukochany żyje), którą jednak możemy śledzić razem z muzyką, wyłapując żarty (choćby hiszpańskiego kapitana Cardona), czy aluzje (choć spektakl nawiązuje do poczucia humoru dawnej włoskiej ulicy, a nie dworu, to autorzy nie próbują sugerować, że jakiś madrygał jest ‘pornograficzny’, zresztą Vecchi (a raczej jego librecista – Giulio Cesare Croce, zapewne) nie daje po temu okazji). Sam zaś spektakl pojmuję też trochę jako krok na drodze Fagiolinich w kierunku łączenia madrygałów i teatru.

piątek, 1 maja 2009

Czosnek przeciwko wampirom

Notki miało dzisiaj nie być, ale postanowiłem poratować Hoko, gdyby znowu spotkał Drakulę -- czosnek ze skanesnu:



darmowy hosting obrazków