sobota, 12 grudnia 2009

Drobiazgi

Łapię się ostatnio na pewnej trudności pisania. Łatwiej mi zamieszczać cytaty z aktualnych lektur niż napisać coś od siebie. Nawet gdy odkrywałem u siebie chęć sięgnięcia po klawiaturę, to gdy tylko pisanie się opóźniło, chęć mijała…

W mijającym tygodniu taka chęć chwyciła mnie dwa razy. Po raz pierwszy, gdy poproszono mnie o opinię o artykule. (Przyznaję, że zapewne dlatego, iż uchodzę za osobę względnie ‘zoilowatą’, a komuś zależało na krytyce.) Artykuł przeczytałem kilkukrotnie, by wydać jakąś opinię, możliwie bezstronną. Czytam, czytam i coraz bardziej się dziwię. Autor na przykład opisuje wybór dwóch elementów ze zbioru, powiedzmy i, j ze zbioru A. W języku naturalnym piszemy jakoś tak: „wybieram dwa różne elementy i i j ze zbioru A”. Co robi autor? Pisze „wybieram elementy jak następuje”, po czym następują (w po przerwie) dwa wzory ujęte klamrą: istnieje taki i, które należy do A, oraz istnieje takie j, różne i, które to i należy do A. (Że opiszę je, zamiast szukać możliwości zamieszczenia wzoru-ilustracji.) Treść niby ta sama, czyta się dużo wolniej, a przede wszystkim zajmuje kilka razy więcej miejsca w artykule. Powiedzmy 5-6 wierszy (osobne wiersze na wprowadzenie, pierwszy wzór i drugi, większe symbole, odstępy… może nawet z 7?) do jednego. Po co?

(Odpowiedziałem sobie po co – autor ma niewiele do powiedzenia, a stara się robić wrażenie. Rozczytanie wzoru pominie połowa czytelników, nawet nie domyślając się banalności za nim stojącej. A wrażenie jest – przybywa objętości, sama forma graficzna sprawia wrażenie pewnego wyrafinowania, mądrości autora niedostępnej profanom.
Ale tu pytanie drugie – jak zwrócić na to uwagę? Wypada mi się odnosić do meritum, a nie do odczuć na temat intencji autora… W końcu we wzorach nie ma nic złego. Bardzo często wprowadzają one skondensowaną precyzję do sformułowań, które w języku naturalnym nie chcą być precyzyjne… Nie tu, ale trudno mi wskazać na ich błędność.
Jakoś rozwiązałem ten swój problem, dzieląc swoją opinię na część bardziej i mniej oficjalną. Pozostało zaś pytanie o wykorzystanie wzorów – bardziej ujmują, czy odejmują one czytelników?)

Druga rzecz, o której chciałem napisać nastąpiła wczoraj. Przed koncertem NOSPRu byłem na prelekcji (czy wprowadzeniu) pani red. Anny Woźniakowskiej na temat Mozarta i jego muzyki. Pani redaktor (Radio Kraków), często z dykcją prof. Wiktora Zina, opowiadała o utworach Jana Chryzostoma Wolfganga Teofila (plus za wymienienie wszystkich imion), będąc przy tym pełną zachwytów nad geniuszem. Nawet pół biedy zachwytów nad słoneczną włoskością zaklętą w jego muzyce (jakby mniej romantyczny Karol Rafał Bula zatytułował swój program do tego samego koncertu: „Muzyka Mozarta – zaklęte w dźwiękach promienie słońca”), ale te romantyczne legendy powtarzane bezkrytycznie. I to rezonowanie bezkrytyczności wśród publiczności! (Gdy np. pani redaktor mówiła o pisaniu przez Mozarta z głowy i bez poprawek, usłyszałem zza pleców teatralny szept: „Jak prawdziwy geniusz!”.) I polecenie na zakończenie Mojego życia z Mozartem Erica-Emmanula Schmitta (a sam pisałem pozytywnie…)…

Wielokropek nadużywany w poprzednim akapicie wyraża pewien niesmak. Nie oburzenie, ale poczucie niesmaku brakiem harmonii. Za dużo tych słodkości, za dużo czułostkowości. Nie chciałbym z tego robić przytyków pani red. Woźniakowskiej, bo to popularny i lubiany styl opowiadania o muzyce. Szepty na sali, opinie rzucone w koncertowych przerwach, to wszystko zdaje się to potwierdzać. A to wszystko takie mało… klasyczne. Nie pasuje do Mozarta.

Brak komentarzy: