czwartek, 28 sierpnia 2008

Powarszawsko

Nie miało być o Warszawie, ale kontrole tak rozleniwiają, że nie stać mnie na nowy, oryginalny wpis. Zresztą, skoro są wątpliwości, czy ja się nie wybrałem do Warki, to chyba powinienem je rozwiać…

Jak typowy parweniusz z prowincji w Warszawie pierwsze kroki skierowałem do pałacu. (Wcale liczne kroki, bo nie był to PKIN.) I proszę, jak tu pięknie widać stołeczność i tradycje, bo i przybysz z prowincji sprzed stu, czy dwustu lat mógłby napisać niemal to samo, podczas gdy w Warce mógłbym odwiedzić co najwyżej dworek szlachecki!

W pałacu zresztą nie zabawiłem długo (pałace to zdecydowanie zbyt wysokie progi na moje nogi) i zostałem odwieziony do innej placówki służbową lancią. Lancia, nie lancia, któż wgląda tak ściśle… Nie robiło mi to większej różnicy, ale muszę powiedzieć, że partner w kontroli lubi wyprosić samochód z kontrolowanej instytucji, albo mieszkanie służbowe na parę dni…

Kontrola sama w sobie była dość krótka, ponieważ okazało się, że nie dostałem wcześniej znacznej części potrzebnych materiałów. Polegała więc głównie na kserowaniu. Zaoszczędzony czas stracę z nawiązką czytając te wszystkie dodatkowe materiały.

Zaoszczędzony (chwilowo) czas chciałem przeznaczyć na spacer po Warszawie. Tym bardziej, że ucieszyłem się, iż placówka znajdowała się blisko Filtrów, czyli miejsca, które w Warszawie nieźle kojarzę, a przynajmniej nie gorzej od Placu Zamkowego. Prawidłowo zszedłem więc po schodach (bo na piechotę)

Image Hosted by ImageShack.us

i zacząłem szukać skrótu przez Park J. Piłsudskiego; po czym zamiast na Tytusa Chałubińskiego skierowałem się w Aleję Niepodległości. Nie byłoby to nic złego, gdyby nie ciążące w torbie ksera i laptop, oraz ‘kontrolne’ buty, które bardziej nadają się do lancii niż do spacerów. Gdy w końcu zorientowałem się, że wokół mnie staje się coraz mniej stołecznie i że muszę wykonać zwrot o 180 stopni (oczywiście nie od razu, było mi wstyd tak zawrócić na pięcie, bo i gdzie się podział mój męski instynkt przestrzenny wyrobiony w czasach wspólnoty myśliwsko-zbieraczej? skończyło się na serii zwrotów o 90 stopni) nie miałem już ochoty (zostawiając ją po lewej ręce) na obfotografowywanie Kolumny Zygmunta dla potrzeb potestowania Photosyntha.

Ale za to poznałem słabiej mi znane części Warszawy. Przechodziłem, np. koło Muzeum Geologicznego. Do samego muzeum nie wszedłem – zbyt słabo pamiętałem cokolwiek z geologii, pamiętając jednocześnie, że jest co pamiętać. Cóż, taki jest efekt nauki szkolnego geografa lubiącego geologię, który wypytawszy o spędzanie wakacji, pytał dalej jakie skały w danym miejscu się spotyka. I nie było dobrze, gdy ktoś nie wiedział, że chodząc po Beskidach, chodzi po fliszu karpackim złożonym z piaskowców, łupków, iłów i margli. Wtedy jeszcze piryt od złota rozróżniałem, obecnie już nie. Taka jest już ewolucja człowieka, czy raczej dewolucja, że coraz więcej faktów potrafi się stawać obojętnych.

Image Hosted by ImageShack.us

Muzeum „zwiedzałem” jedynie z zewnątrz podziwiając zdjęcia o tematyce geologicznej. Fascynująca sprawa: podchodzę do zdjęcia przedstawiającego osła, a podpis brzmi jakoś tak: „Skały wulkaniczne na Sycylii.” Potem były jeszcze gejzery (mając gejzery to się na Islandii w średniowieczu nie nudzili…), mamut i dinozaur.

Image Hosted by ImageShack.us

Powyżej: Odeon z podpisem.

W końcu udało mi się dostać na Chałubińskiego. Muszę przyznać, że ulica robi dość smutne wrażenie. Zwłaszcza MON. Szary, „brudny” budynek, plakat Pągowskiego zachęcający do wstępowania do wojska jako największy wyróżnik, oberwana ‘nowa nazwa’ (www.mon.gov.pl) – lepiej już wyglądało nieodległe www.mi.gov.pl, albo jak to się kiedyś mówiło, gdy jeszcze Internet nie był tak popularny, Ministerstwo Infrastrtuktury.

Image Hosted by ImageShack.us

Stąd już blisko było do Dworca Centralnego, “Dubai-Kebab. Dania śródziemnomorskie” w przejściu podziemnym (a chyba powinno być: „dania znad Zatoki Perskiej”?), oraz Zachęty, mojego ulubionego wypełniacza reszty czasu przed odjazdem z Warszawy.

Image Hosted by ImageShack.us

Wczoraj w Zachęcie było niewiele: wystawa wideo instalacji Lecha Majewskiego (jedną znałem z Katowic), oraz pokonkursowa wystawa projektów na ekspozycję stałą w Muzeum Fryderyka Chopina w Warszawie, o której pisała już Pani Kierowniczka. I właściwie w sprawie Muzeum Chopina pozostaje mi się zgodzić – wygrał projekt najlepszy, który może muzeum ożywić.

Jednym z moich ulubionych miejsc w Zachęcie jest sklepik. Tym razem zaskoczył mnie dużą liczbą sprzedawanych DVD (w tym zestaw filmów Bergmana), CD z muzyką współczesną Mykietyn (płytę już mam, choć jeszcze nie przesłuchałem, dziwiąc się co ja też takiego swojskiego słyszę w Allegro energio. Trio z III Kwartetu D-dur Dvořaka…) oraz Knittel („Pory roku” przekraczał resztę mojego budżetu wyjazdowego, a szkoda, bo nie widzę go w sklepach internetowych). Nie kupiłem jednak żadnej płyty, a jedynie „Wiedzę tajemną” Davida Hockneya (dzięki przecenie do 42,105263…% ceny pierwotnej – a dodaję, że obie ceny bez reszty dzieliły się przez pięć i nie przekraczały 100 zł), skąd już wiem, że Ingres zapewne stosował camera lucida, a mam zamiar dowiedzieć się o wiele więcej! (Która to wiedza zapewne podzieli z czasem losy szkolnej wiedzy o skałach, ale chwilowo mnie bawi.)

Image Hosted by ImageShack.us

Pozostał mi powrót, czyli Pą-check i trzygodzinna kontemplacja reklamy przejazdów pociągami intercity do Krakowa – „Ploteczki o kieckach. I sukiennice.” (I pomyśleć, że ostatnio zwiedzałem Kraków niefachowo, bez plotek o kieckach i bez sukiennic… Obiecuję się poprawić na przyszłość.)

Brak komentarzy: